Ludzie kiedyś wiedzieli co się dzieje w ich rodzinnej wsi, może czasem we wsi lub miasteczku obok, ale to już pobieżnie i nieszczegółowo.
Nie przeżywali wojen „nie swoich”,
snu z powiek nie spędzały im zamorskie epidemie, nie docierały do nich odgłosy wybuchu wulkanów nieznanych, nie rachowali ofiar zabójstw całego globu, nie nieśli na barkach krzyży całego świata, tylko swoje własne.
Własne zadrapania piekły, własne siniaki goiły się tęczowo, własne dzieci chorowały, matka zaniemogła, sąsiad nabruździł, nie obrodziło w polu, piorun stodołę spalił, babka umarła… Wszystko trudne, lecz bliskie i swoje, pojedyncze, więc na miarę jednych pleców pochylonych, jednego kompletu włosów siwiejących, jednego skołatanego serca, jednego ludzkiego życia.

Dziś żyjemy jakby tysiącem istnień, cierpimy nie tylko swoje rany, umieramy nie swoim głodem, martwimy się o nie swoje dzieci, przechodzimy żałobę po nie swoich zmarłych, nasz własny jęk znika w requiem krzyku boleści całego świata.

Wiemy tak wiele, czujemy tak dużo, a jesteśmy tak samo bezbronni i bezradni jak ci, co nic nie wiedzieli, nic nie słyszeli, żyli ze wzrokiem ogarniającym własne podwórko.
– Mamo, nie słuchaj tego, nie oglądaj – strofuję jak małe dziecko, gdy znowu mi opowiada z przerażeniem w oczach co usłyszała, przeczytała i wyoglądała.
– Nic mi się nie chce – mówi. Sama chora, ledwie chodząca, po tygodniu spędzonym w szpitalu, martwi się o cały świat i to, co się na nim dzieje.
* * *
I znowu staje przede mną Chrystus w Ogrójcu. Jego wiedza przytłaczająca, ogromna, nie na miarę człowieka. To, co czuł, miażdżyło jak tłocznia wina.
Krwawy pot bezradności wobec ogromu tej nocy. Szloch ludzkiej drobiny zgniecionej wszechwiedzą o całym złu świata.

Czy nie upodabniamy się coraz bardziej do Niego?
Zanurzeni w ciemności, w niej drżący. Z wieku na wiek, z roku na rok, z dnia na dzień coraz bardziej.
Jeśli tak, jeśli powtarzamy Jego los, to już tylko krzyż i zmartwychwstanie. Dwa ostatnie przystanki historii.
Potem.
Ach, potem…
Ludzkie serce może tylko przeczuwać ogrom tego światła.
Prze – czuwać, bo czuć w pełni byłoby zbyt wiele.
Za mali jesteśmy, by unieść całą ciemność, za mali, by pomieścić całe światło.

Drobne okruszki na stole Boga.