Stoję przed lustrem w łazience, rozplątuję koczek, wyjmuję jakąś suchą gałązkę z jasnych włosów.
Właśnie wróciłam z mężem ze starego sadu za drogą, który zaniedbany i zostawiony samopas przez ostatnie dziesiąt lat, zdziczał i zmienił się w nieprzebyty gąszcz. Teraz jest nasz i kawałeczek po kawałeczku, wieczorami porządkujemy go.
Bo gdy nawet jesteśmy zmęczeni dniem, to i tak perspektywa podnoszenia z upadku czegoś tak pięknego, jest nieodparcie kusząca. Wkładamy więc długie spodnie, długie rękawy, długie buty, rękawice, związuję włosy, mąż bierze duży sekator i idziemy.

– Zobacz jak pięknie.
– Ale dużo dziś zrobiliśmy.
– Jak tu będzie ładnie, gdy skończymy.
Tak mówimy, ściągając kolczaste gałęzie zdziczałych śliw i grusz, zrywając kłujące liany jeżyn, wycinając samosiejki brzóz, osik, sosen i kruszyny.
Praca do lekkich nie należy, trzeba się i nagimnastykowac, naszarpać, nadźwigać, a i uważać na oczy, nie porwać ubrań, nie porobić sobie zbyt głębokich ran i nie przebić stopy cierniem. Zwykłe zadrapania są wliczone w rachunek.

– Chyba taką pracę lubisz najbardziej – stwierdza bardziej niż pyta mąż.
Odgarniam pasmo włosów przyklejonych do czoła.
– Tak – mówię – Nie ma lepszej pracy jak porządkować prawdziwy bałagan. Bo co to za radość sprzątać coś, co i tak jest czyste, układać, co i tak ułożone, zmieść parę pyłków kurzu?
I tak wycinamy ten splątany gąszcz, a naszym oczom pokazują się nowe piękne zakątki, polanki zarośnięte paprociami, rosochate jabłonie.

– To wygląda jak tajemniczy ogród – stwierdziła parę tygodni temu Lalcia, gdyśmy stanęły obie w paprociach wysokich po kolana, w snopie promieni przemykających pomiędzy starymi konarami drzew.
* * *
Teraz stoję przed lustrem. Sucha gałązka zaplątała się we włosy. Wyjmuję ją delikatnie palcami i myślę:
– Jaka to rozkosz dla Boga zobaczyć jak czyjeś pełne cieni serce przemienia się w świetlistą polanę.
I rozumiem co miał na myśli mówiąc: „Więcej jest radości z jednego grzesznika, który się nawraca niż z 99 sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia.”

Tak.
Więcej radości sprawia mi ocalanie takich miejsc jak stary sad niż ścieranie kurzu w moim pięknym salonie.
Nawet jeśli to pierwsze bardziej boli i więcej kosztuje.
Stoi obok mnie. Wysupłuje z włosów resztki cierni. Uśmiecha się.

– Warto było – mówi.
– Warto – odpowiadam.

Piękne słowa. Życie jak ogród.
Teraz już wiem, gdzie leży Kraina Łagodności. Wiem również, że jej początek sięga tam, gdzie Hania roztacza swój piękny uśmiech pełen zrozumienia dla spraw niewypowiedzianych.
🙂