Śnieg już prawie się roztopił, bałwan stoi smętnie przekrzywiony z garnkiem na bakier. Rano mgła jak mleko, mżawka i błoto rozjeżdżające się spod opon i butów. Auto zaparowuje od środka momentalnie, światła innych aut rozbryzgują się na mokrym asfalcie i kłują w oczy. Chlapa, szaro i obskurnie.
Po co są takie dni? Po co?
Żeby powiedzieć Ci jeszcze raz „kocham” mimo, że nic ku temu nie nastraja. Gdy jest ciemno, zimno i bez fajerwerków.
Kochać Cię wiernie także ukrytego, szczelnie zawiniętego z szary pled, milczącego.
I nauczyć się wyostrzać wzrok, by nawet w morzu szarości odnaleźć kroplę Twego piękna. Wyostrzyć słuch, by nawet w najgłębszej ciszy usłyszeć Twój oddech.
Wyczulić serce, by kochało Cię nawet bez lukru.
