hej kolęda, kolęda

 

Dziś dzień kolędowy, czyli od rana czekamy na księdza. Wiadomo, że idzie od pierwszego domu od lasu, więc łatwo obliczyć naprędce, że nim dotrze do nas mieszkających obok kolejnego zagajnika – przy najlepszych wiatrach – zajmnie mu to co najmniej godzinę.

Więc spokojnie piję herbatę, potem pijemy razem kawę, niespiesznie zgarniam ze stołu, który od wigilii stoi w salonie (wciąż ubrany odświętnie i z adwentowym wieńcem) kubeczki, szklanki i talerzyki pozostawione przez ucztujące stadko wczoraj wieczorem. Potem wyjmuję dwa złote świeczniki, nieco nadpalone białe świeczki i starą, jeszcze po Babci Niebieskiej pasyjkę. Do małego talerzyka wlewam odrobinę święconej wody ( przez chwilę tylko się zastanawiam czy w tej butelce aby napewno jest święcona, a nie woda egzorcyzmowana czy np.cudowna z Gietrzwałdu przywieziona mi przez Bellę – można się pogubić:) i układam obok małe kropidełko splecione z jasnych wiórków.

Od dziecka fascynowało mnie kropidło, uwielbiałam je wyjmować z takiej specjalnej szafki w domu i dotykać. Było w nim coś nieziemskiego, magnetycznego. Tamto, z mojego domu rodzinnego było już pociemniałe od wielokrotnego kontaktu z wodą, nasze jest jeszcze zupełnie młodym kropidełkiem, jasnym i niemal dziewiczym.

Układam to wszystko, ustawiam, okruszki ze stołu zgarniam. Stare angielskie kolędy robią za tło moim poczynaniom, słońce zakrada się przez duże okna kuchni i salonu, a w międzyczasie sobie z mężem poranną pogawędkę ucinamy. Jest spokojny poranek, ani ja ani on nie musimy się spieszyć do pracy, a i dzieci nie budzimy z nadmiernym wyprzedzeniem. Niech się wyśpią.

W końcu jednak czas najwyższy, więc mężulek wspina się na poddasze i podejmuje pierwszą próbę reanimacji towarzystwa.

Próba jest tylko częściowo skuteczna, bo po pewnym czasie słyszymy szuranie na schodach i schodzi 1/4 naszego potomstwa, czyli Nusia.

Trzeba odczekać jeszcze kolejną dłuższą chwilę nim szuranie się ponowi i oto w kuchni pojawia się Alusia.

– Czy budziłaś może Laurę? – tata jest ciekawy.

– Tak – odpowiada szybko najstarsza latorośl – Budziłam, ale pocałunek prawdziwej miłości nie zadziałał. – wyłuszcza szczegóły operacji.

🙂

Niestety, na Lalcię nie działa ani ww.pocałunek, ani kolejne apele rodzicielskie. Ona musi sama dojrzeć do tak brzemiennej w skutki decyzji „wstać czy jeszcze pospać?” i to w czasie ferii świątecznych.

Zresztą, do wszystkich innych rzeczy też dojrzewa powoli i z rozmysłem;)

 

Ostatecznie udaje się i wszyscy „zdanżają” rychło w czas. – jak mówiła moja druga babcia.

Ale chyba tylko dlatego „zdanżają” , że tym razem po naszej wsi chodzi ksiądz flegmatyk, więc dotarcie do nas zajęło mu ostatecznie ponad dwie godziny:)

W tamtym na przykład roku był u nas pędziwiatr, który biegał aż mu sutanna furkotała, a na koniec przesiadł się na pożyczonego quada i resztę kolędy dokończył w tempie błyskawicy.

 

🙂

Tak czy owak nie przeraża nas fakt kolędy, ani nie peszy. Lubię ten zwyczaj, choć przecież – za sprawą Ksawerego – wizytę duszpasterską mamy co najmniej kilkadziesiąt razy w roku. A o Bogu i wierze rozmawia się w naszym domu naprawdę nie tylko od wielkiego dzwonu.

Możnaby zastanowić się głębiej nad formatem takiej wizyty. Czy ma być szybko i oględnie, czy powoli, z namysłem i dogłębnie? W tym właśnie czasie, czy rozłożona na cały rok? Czemu ma służyć? Co ze sobą nieść?

I wszystko – jak zawsze – zależy od człowieka. Od kapłana i od tych, którzy go przyjmują.

 

Przysłowie „gość w dom, Bóg w dom” w przypadku wizyty księdza przestaje być przenośnią literacką. Gdybyśmy o tym pamiętali z tej jednej i tej drugiej strony, może dotarlibyśmy do najgłębszego sensu kolędy.

 

Każdy z nas jest „Christo foros – niosący Chrystusa” i „Christo fora – niosącą Chrystusa”, lecz w sposób najdoskonalszy możliwy na tej ziemi jest nim kapłan – „Alter Christus – drugi Chrystus”.

O ileż łatwiej byłoby, gdybyśmy takim go widzieli, o ileż łatwiej, gdyby on był na tyle transparentny, by nie zasłaniać sobą Chrystusa.

Ale wciąż żyjemy na tej niedoskonałej ziemi. Są księża flegmatycy, jąkały, pędziwiatry, budowlańcy, menagerowie, nerwusy, a my nie umiemy przebić się przez tę ciężką powłokę zewnętrzną i ujrzeć w nich Tego, Który przychodzi.

Więc takie spotkania kolędowe są wprost proporcjonalne do naszej niedoskonałości.

Ale dobrze , że są; tak jak dobrze jest, że i my jesteśmy:)

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *