Leżymy jak co wieczór na naszym wielkim łożu w sypialni. To już nasz rytuał, że kolacja w kuchni i pogaduchy w salonie przenoszą się właśnie tu.
Omawiamy dzień, każdy coś dorzuca od siebie, rzeczy śmieszne, poważne i zadziwiające. Ja z dziewczynkami oglądam krótkie filmiki z Ig i raz po raz się nimi inspirujemy. Te gwiazdy zrobione z kartek książki na przykład:) Albo…
– O, widzicie! – wykrzykuję jak dziecko – Dwie baterie i szklanka wody i powstaje taki wir – zrywam się z łóżka i zaczynam grzebać w misteczce z bateriami. Tak, mamy na nie specjalną miskę z bambusa;) Nie pytajcie dlaczego. Po prostu tak:) Jesteśmy mistrzami nieoczywistości wszelakich.
– Ale że co? – nie rozumie mężulek.
– Nic, nic. Muszę to wypróbować!!! – krzyczę wybiegając do kuchni.
– Eee, nie działa – wracam po chwili zrezygnowana – Albo baterie za słabe, albo oni mają w tej szklance coś innego niż woda.
Dziś spróbuję z octem:)

No i znowu leżymy, przekomarzamy się i śmiejemy. Ja – jak zwykle – napraszam się żeby ktoś mnie pogłaskał po plecach:)
– Ostatnio rozmawialiśmy w szkole – zaczyna Nusia – i opowiadałam moim koleżankom, że dzieciaki przyjechały na weekend do domu i siedzieliśmy w salonie ( dodam, że Adaś zwykle nie siedzi, lecz leży rozciągnięty przez środek na dywanie:) i rozmawialiśmy, żartowaliśmy, słuchaliśmy muzyki… A wtedy jedna koleżanka powiedziała, że ona wogóle nie rozmawia ze swoim bratem.
– Ale jak to? – wtrąca pytanko Laura.
– No, że oboje siedzą każde w swoim pokoju i prawie się nie widzą cały dzień i prawie nie odzywają się do siebie.
– Co??? – wykrzykuje najmłodsza latorośl – Ja bym nie mogła nie rozmawiać z Adamem!! On ciągle mnie zaczepia i łaskocze. I nawet jak jestem w swoim pokoju, to mam otwarte drzwi i widzę go jak leży na swoim łóżku. Czasem myślę, że to nie jest on, tylko jedna ze stert z jego ubraniami:)
Tak, tak. Sterty z ubraniami to specjalność naszego syna:) Dodam, że sterty są mieszane, czyli rzeczy świeżo uprane z tymi przepoconymi razem:)
– Jak tak rozmawiam z moimi znajomymi, to ja mam najwspanialszą rodzinę – podsumowuje Nusia – Taką normalną.
* * *
Być normalną rodziną w tym dziwnym świecie. Zastanawiam się dlaczego się nam udaje, jaki jest przepis na to. A może jest jakiś jeden tajemniczy składnik, który sprawia, że ciasto wyrasta i smakuje wszystkim.
Ale nic mi nie przychodzi do głowy. Bo naprawdę nie robimy nic nadzwyczajnego ani kosztownego ani trudnego.
Jesteśmy najzwyczajniejsi w świecie.
Po prostu jesteśmy, żyjemy.

Więc ten cud normalności nie pochodzi od nas i nie jest naszym dziełem.
Lecz dlaczego dziś jest tak rzadki?

U nas nauczyciele mówią, że z każdym rokiem w klasach jest coraz mniej tzw. normalnych dzieci. Niestety tak jest, ten rok to znowu potwierdził. Nie chcę podawać konkretnych przykładów, ale takie akcje, jakie mają miejsce nawet w młodszych klasach, to kiedyś były chyba tylko w szkołach z dużym procentem dzieci z patologicznych rodzin. Trudno w to uwierzyć, ale my naprawdę widzimy to na własne oczy.
U nas w domu jest różnie: są też kłótnie, często siedzą w swoich pokojach, a w salonie z nami najczęściej, gdy powinni się u siebie uczyć. Ale gdy słyszę i widzę te akcje, to mówimy z koleżankami do siebie (dosłownie dziś tak było), że jak możemy narzekać na swoje dzieci, one w tym wszystkim jednak są naprawdę normalne. I to mnie zdrowo dystansuje, gdy zaczynam mieć do nich za duże wymagania.
Wiem o czym mówisz kochana. Niestety i u nas są akcje.
Ale też zdarzają się prawdziwe cuda np. chłopiec w tamtym roku bardzi agresywny w słowie i czynie, nagle się odmienił. Jest głośny, ale teraz potrafi przeprosić. A gdy podczas pielgrzymki niósł krzyż i wypsnęło mu się przekleństwo, przeprosił natychmiast Jezusa i Go pocałował. Takie akcje staram się zapamiętywać i regularnie o nich opowiadać innym żebyśmy nabrali otuchy:)
My jesteśmy już na tyle zdemoralizowani, że w takiej sytuacji mówimy, że pewnie już był u psychiatry i bierze leki, tylko rodzice nic nie mówią. Ale prawda jest taka, że znam takie przypadki przemian. Dzięki trudnym rozmowom i przy zaangażowaniu rodziców przecież wiele można zmienić na lepsze. I to też się dzieje i daje nadzieję.
Całuski. Dobrego dnia
Ale dlaczego demoralizowani? Bo przypuszczamy, że ingerował też lekarz? Przecież to bywa czasem potrzebne, w psychice odbija się wiele chorób (zresztą także czysto somatycznych). Akurat w przypadku psychiatrii nadal świadomość społeczna jest za mała, nie mówiąc już o realnych możliwościach dotarcia do pomocy (w każdym razie w ramach NFZ).
Mamie trójeczki chodziło chyba o to, że my jako nauczyciele jesteśy zdemoralizowani, czyli tak sceptyczni wobec możliwości cudownych przemian w uczniach, że od razu podejrzewamy, że za cudowną przemianą stoją po prostu leki:)
Ja tak to zrozumiałam. Nie wiem czy dobrze, mamo trójeczki?
I rzeczywiście ten uczen, o którym pisałam został objęty opieką psychiatry, ale ponoć źle tolerował leki więc nie wiem czy jest na lekach czy nie
Ale mimo wszystko wolę wierzyć, że to także jego osobista praca, wpływ dobrej mamy, odizolowanie od przemocowego ojca i wiele jeszcze czynników + łaska Boża sprawiły ten cud zmiany. A zmiana jest naprawdę radykalna.
Nic nie mam przeciwko lekom, one naprawdę często są bardzo wielką pomocą dla takich dzieci.
W mojej intencji nie była akurat odwołania do tej konkretnie sytuacji, o które pisałaś, raczej uogólnienie. Myślę, że w wielu trudnych, złożonych sytuacjach każdy z iluś potrzebnych do zaistnienia zmiany elementów jest niejako potrzebny „na sto procent”. A Bóg działa w nich wszystkich, i poprzez „nienamierzalną” z zewnątrz łaskę, i poprzez to, co da się określić, wskazać, nazwać.
I ta normalność właśnie jest atakowana, więc nic dziwnego, że jest jej coraz mniej.
Ja też patrząc na nasz dom (nieraz głośny i pełen bałaganu) zastanawiam się, jak mam dziękować za tą naszą normalność… i to, że lubimy ze sobą być 🙂
Rut, dobrze wyjaśniłaś:) Miałam na myśli, że po prostu rzadko wierzymy w przemiany, podejrzewamy, że dziecko już jest na lekach. Ale- jak napisałam – też wierzę, że takie przemiany są możliwe.
Odnośnie komentarza Alicji M.M. : sami namawiamy rodziców na wizyty z dzieckiem u psychiatry. Świadomość społeczna wcale nie jest tak mała, skoro coraz więcej siedmiolatków przychodzi już z orzeczeniami, a czasem na lekach. I narasta to wręcz lawinowo. I właśnie to szybko narastające zapotrzebowanie na psychiatryczne leczenie maluchów – a nie sam fakt leczenia – zastanawia, zasmuca, przeraża… Przynajmniej my tak czujemy.
Dobrego weekendu:)
Mnie też ten lawinowy wzrost zastanawia i częściowo przeraża. Ale znajduję (na swój użytek) bardziej optymistyczny aspekt odpowiedzi (poza tymi oczywistymi pesymistycznymi, jak np. szybkość radykalnych zmian w świecie, za którymi psychika ludzka nie nadąża). Może po prostu nie do końca jesteśmy świadomi, jak wielki procent ludzi (dzieci i nie tylko) w minionych czasach był niejako z góry „skreślany”, bo „coś było z nimi nie tak”, bo nie rokowali dobrze, a nie umiano temu zaradzić (i faktycznie późniejszy los takich wyrzutków zwykle „potwierdzał” pierwotną diagnozę). Ci ludzie byli niejako niewidoczni. (Jeszcze z dzieciństwa pamiętam szok, w miejscowości sanatoryjnej, na widok osób z ograniczeniami ruchowymi).Myślę też, że to trochę jak z medycyną w ogóle: możemy się niepokoić, że np. jest coraz więcej ludzi z takimi czy innymi chorobami, ale to paradoksalnie skutek postępu medycyny, tego, że ratuje się ludzi, którzy kilkadziesiąt lat temu byliby nie do uratowania. A w kwestii leczenia psychiatrycznego, faktycznie mój ogląd dotyczy bardziej starszego pokolenia, i tu jednak bywa ciężko.