Zbieram w domu pranie. Najpierw jasne, potem kolorowe i na koniec ciemne. Chodzę po pokojach i pytam czy ktoś coś chciałby dodać od siebie w tej kwestii. A że nie ma mego jedynego syna, sama się w jego pokoju szarogęszę i wszelkimi znanymi mi matczynymi sposobami sprawdzam czy ubrania leżące tu i ówdzie są czyste i pachnące świeżością.
Do szafek nie zaglądam. Pozostawiam im swobodę cieszenia się swoją własną tajemnicą.
Od jakiegoś czasu jest pewien problem z terminowością oddawania do prania ubrań Adama.
Proszę, nagabuję, żartuję, złoszczę się, ale niewiele to zmienia.
Gdy zaś bez wiedzy właściciela sama sprawę rozstrzygam, z kolei właściciel złości się i ciska argumentując, że to i owo jeszcze czyste było.
Ostatnio znów to zrobiłam. I właściciel upranych ubrań się wściekł. Chodził naburmuszony, ciskał się od ściany do ściany i zbywał moje próby porozumienia wiele znaczącym buczeniem. W końcu nałożył sobie porcję spaghetti ( taki obiad potrafię zrobić jedną ręką:) i siadł naprzeciw mnie przy kuchennym stole.
Patrzyłam na niego i jego chmurną twarz. Spokój zalewał moje serce.
– Synku – zaczęłam ciepło – ja nie robię tego tobie na złość. Zrozum to. Kocham cię i zależy mi byś chodził w czystych ubraniach. Dlatego się o ciebie troszczę. Przecież wiesz.
Nie podniósł głowy znad talerza, choć po jego twarzy zaczęły przelewać się fronty na zmianę pogody.
Siedzieliśmy w milczeniu długo. Skończył obiad, podniósł się i niespodziewanie pojawił się obok, przytulił się policzkiem do policzka.
– Pyszny obiad ugotowałaś. Dziękuję. – i pocałował mnie.
– Kocham cię. – przypomniałam jeszcze raz.
– Ja też cię kocham. – odparł łagodnie.

Czasem buntujemy się przeciw czemuś, za co powinniśmy wdzięczni.
Czasem trzeba powiedzieć „kocham” choćby to się wydawało nie wiem jak oczywiste.
