– A wies mamo, ze świety Mikołaj to widzi jak ty i tatuś cięsko placujecie dla swoich dzieci? – zadaje mi zagadkę znad miseczki budyniu.
– Tak myślisz?
– Tak. – krótko i z całą pewnością odpowiada wylizując łyżeczkę.
Cieszy mnie to, że moje dziecko to widzi i że święty Mikołaj zauważa i że Ten Najświętszy też. Że nie nudzi Go patrzenie jak zmagam się zmywając górę garnków, misek i innych takich, na które w zmywarce szkoda miejsca. A uzbierało się tego dziś trochę, bo na obiad Miś zrobił zapiekankę z ziemniakami, kiełbasą i fasolką szparagową, więc szklane naczynie żaroodporne. Po pracy ja zabrałam się za gotowanie „przegąski” dla moich dzieci, czyli wspomnianego budyniu na żółtkach, a potem za pieczenie bez, więc sterta naczyń wypiętrzyła się jak Himalaje.
Wiecie, nigdy mi się nie udawały te bezy i zupełnie straciłam rezon, aż tu niedawno… zupełnie spontanicznie podjęłam decyzję: „próbuję jeszcze raz”. Wrzuciłam trzy białka, które stały w lodówce, stertę cukru pudru, szczyptę soli i na koniec trochę mąki ziemniaczanej. Wszystko na oko, bez żadnego przepisu, z samej dobrej woli i intuicji kulinarnej, którą nie wiem skąd, ale posiadam. I bezy wyszły jak marzenie.
Ten i następny raz. A teraz i trzeci – tym razem dla Nusi na szkolny kiermasz ciast. Dostanie zań szóstkę:)
Z tymi bezami jak z wieloma rzeczami w życiu. Nie wychodzą, bo nie nadszedł czas.
– Przechodzimy wszystko etapami – mówił ojciec Andrzej na weekendowych rekolekcjach, na które znów się wybrałam.
– Nie trzeba się denerwować, trzeba być spokojnym. Czasem etapy są długie, bo takie są potrzebne. Bóg wie dlaczego. Jeden idzie szybciej, drugi -wolniej. Bóg wie dlaczego. Nie trzeba się dziwić, że mam 40 czy 50 lat i dopiero coś zrozumiałem, dopiero czegoś mnie nauczyło życie. Tak miało być. Ani szybciej, ani wolniej. W odpowiednim tempie i czasie.”
W moim życiu jest podobnie. Tyle rzeczy nagle odsłania się przede mną jak oczywiste oczywistości. I sztuka pieczenia bez i inne trudniejsze sztuki.
Tak po ludzku myślisz: „Szkoda, że dopiero teraz. Ile bym zdziałał, gdyby wcześniej. Ileż łatwiej byłoby żyć.” Ale to tylko ludzkie ograniczone spostrzeganie. On widzi inaczej. Patrzy z miłością jak zmywam te garnki jeden po drugim. Patrzy z miłością jak mój mąż w tym czasie roznieca ogień w piecu, by rodzinie było ciepło. Nic nie jest przeoczone, nic nie jest nieważne, nic nie jest błahe. Nawet nasze potknięcia dopuszczone są po coś.
Bóg jako jedyny nie mruga – jak ostatnio przeczytałam w książce – nic mu nie umknie z naszego trudu, nie przeoczy żadnego szczegółu. Widzi więcej niż my. Widzi całość. 100%. Nasze oczy muszą mrugać i wciąż umykają nam kawałki prawdy o nas, o życiu, o świecie, o innych ludziach. Tylu rzeczy nie rozumiemy. Na przykład roli czasu, jego przetaczania się między dniami byśmy dopiekli się z każdej strony na beżowo jak bezy.
Mam 41 lat i posiadłam tajemnicę pieczenia bez.
Bez czego?
Bez specjalnego wysiłku:) Po prostu nadszedł czas.
