coś szalonego

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

– Zróbmy coś szalonego – kusi czasem Rut męża, gdy życie
wpadnie w utarte koleiny i podróż zrobi się już nazbyt monotonna.

I czasami wystarczy tylko upieczenie jakiegoś placka,
czasami spacer pod siąkającym niebem, czasem wieeelkie przemeblowanie, a czasem…    taki
wypad we dwoje w siną dal, jaki zafundowali sobie, gdy Rut była w szóstym
miesiącu ciąży Dusiem.

Jesień była rozmokła, słotna, o zimnych płonących czerwono
zachodach słońca.

– Zróbmy coś szalonego – powiedziała ciężarówka, która miała
dosyć zaszycia w domowych pieleszach.

 

– Ale co? – jak zwykle w takich razach zapytał Miś.

– Pojedźmy prosto przed siebie – rzuciła pomysł Rut – tam,
gdzie nas poprowadzi droga.

Rutka nie tylko była wówczas ciężarówką, ale także
współwłaścicielką czerwonej buczącej ciężarówki. Zapewnili więc nianię dla swej
córeczki ( w tej roli – ciocia Lena) , wsiedli i pojechali zostawiając za sobą
szarą strużkę dymu i charakterystyczny zapach diesla.

 Na początku droga
była dobrze znaną szosą prowadzącą do pobliskiej wioski. Miło i pewnie się nią
jechało w świetle przygasającego dnia. Za znajomą wioską droga wciąż była równa
i prosta i zachęcała do dalszej podróży przez łąki i pola. Lecz nagle asfalt
się skończył tuż przed bramą kaplicy, a szlak podróży zwinnie zakręcił pod
kątem prostym i stał się zwykłą bitą drogą wciśnięta pomiędzy chałupki i
skromne gospodarstwa. Ale – jak się rzekło A, trzeba rzec też B, więc czerwona
ciężarówka małżeństwa szukającego szalonej przygody prychnęła raźno,
skręciła  i przejechała przez wioskę
wzbijając za sobą nieco kurzu. Sioło należało do niewielkich i przytulało się
jednym boczkiem do lasu. Droga teraz była leśnym duktem, nieco wybitym, acz
rysującym się malowniczo. Nieco się 
praktyczny mąż zawahał ( słuszna obawa o zawieszenie!) nim zredukował
bieg i wjechał pomiędzy drzewa.

– Jedźmy – nagliła jednak szalona żonka.

Las był piękny, pachniał igliwiem i grzybami, a droga była
coraz mniej zdecydowana: „biec dalej czy się skończyć na najbliższym jałowcu”.
Ostatecznie jednak pobiegła i wyprowadziła dyszącą ciężarówkę na skraj nieco
zrudziałej łąki.

Miś był gotów zatrąbić do odwrotu, ale oboje dostrzegli
pokusę nie do odparcia. Przez środek łąki aż po horyzont biegły dwa czarne ślady
opon. Jawny znak, że cywilizacja ludzka i tu dotarła.

– Jeżdżą tędy. – zauważyła Rutka – Ciekawe gdzie?

Musieli koniecznie sprawdzić. Zresztą, obiecali sobie
jechać, gdzie ich powiedzie droga, więc niehonorowo teraz się wycofać.

Och, widok był przepiękny. Na otwartej przestrzeni, niczym w
amfiteatrze, widać było całe widowisko pt. jesienny zachód słońca.

Tę emocjonującą podróż przerwał jednak nagle i brutalnie…
elektryczny pastuch rozciągnięty jak na drwinę przed maską czerwonego auta.

– Musimy zawracać – zdecydował Miś i wrzucił bieg wsteczny.

I nic.

Koła zabuksowały tylko, a ciężarówka została w miejscu
unieruchomiona na podmokłej łące.

Kierowca wyskoczył z kabiny 
i szybko ocenił sytuację: ciężkie auto ugrzęzło w czarnej ciapai.
Usiłował jeszcze ratować sytuację  podrzucając co miał na pace pod opony, ale
wszystko na próżno.

Jak to się mówi – byli uziemieni.

A tu zmrok zapada szybko jak kurtyna, nigdzie ni żywego
ducha,  wiatr dmie na pustkowiu. Nagle
romantyczna sceneria przestała być taka ekscytująca.

– Idę do wioski po pomoc – oznajmił mąż kobiety, której
zachciało się szaleństw miast siedzenia przy ciepłym grzejniku pod bezpiecznym
dachem. Ona sama musiała zostać, gdyż miała bezwzględny zakaz dłuższego
chodzenia. O, gdyby ją zobaczył teraz jej stateczny Pan Ginekolog! Siedziała
samotnie w kabinie i chcąc nie chcąc kontemplowała uroki nadrzecznej łąki w
blaskach gasnącego dnia. I wielkim wysiłkiem woli powstrzymywała napływające
wizje watahy wilków wychodzących na nią z lasu czy hord równie dzikich
rozbójników.

– Nigdy więcej szaleństw – obiecywała sobie solennie drżąc
od chłodu.

Miś wrócił po jakichś 20 minutach, a za nim pyrkał  krzepki traktorek. Wysiadł zeń roześmiany od
ucha do ucha chłopek, o twarzy rumianej jak jabłuszko i gumiakach lśniących jak
lustro.

– Oooo, my już niejednego stąd wyciągali – śmiał się – kilka
razy na tydzień – dodał barwny szczegół i zapiał ze śmiechu jak kogut nie
przymierzywszy.

– A co tam jest dalej? – dopytywał Miś podpinając linkę
holowniczą

– A cóżby? Rzeka – odparł ubawiony człowieczek

– Jest most?

– Nie.

 

W tym momencie niewysłowiona wdzięczność dla elektrycznego
pastucha zalazła serca wędrowców aż po brzegi:)

 

Gdy słońce chowało się za horyzont, czerwona ciężarówka zamigała
światłami na wiejskiej drodze i popędziła w kierunku domowego ciepełka. A za
nią wciąż rechotał mały traktorek i jego rubaszny właściciel obdarowany za
przysługę nową ciepłą kufajką w kolorze zgaszonego lazuru.

 

W błędzie jest jednak ten, kto spodziewał się radykalnej
zmiany filozofii pomysłodawczyni całego przedsięwzięcia.

Niewiele wody upłynęło w rzece, gdy znów kusiła statecznego
męża:

– Misiu, zróbmy coś szalonego.

 

I zawsze wtedy wspominają swą podróż do krainy, gdzie kończy
się droga i zdrowy rozsądek:)

 

 ***************************

 

A wczoraj?

Wczoraj chciałam go wyciągnąć na wieczorny
spacer. Laurka spała, Dusio by popilnował chwilę. Narzuciłabym tylko sweter, bo
koszulę nocną mam zupełnie do letniej sukienki podobną.

– Nie, może jutro – powiedział – Zmęczony jestem.

I dobrze go rozumiem, bo Rada Pedagogiczna trwała pięć
godzin, z czego połowę zalało bagno niewybrednej kłótni kilkorga osób.

– Czuję się brudny, jak oblepiony błotem – skarży się mąż po
powrocie.

 Wiem. Ludzie czasem
tak bolą. Ich głupota, ich zawiść, wzajemne pretensje, ich ego rozdęte jak balon.

Czasem po prostu marzysz, by pójść gdzie cię oczy poniosą i
nie boisz się łąk podmokłych, bo ludzie przerazili cię bardziej.

Zróbmy coś szalonego. Sprawmy, bo wokół nas nie było błota.

O ruttka

Szczęśliwa żona od 20 lat, mama czwórki dzieci, w tym dwójki dorosłych. Poszukiwaczka skarbów w codzienności, zakochana w Bogu i oddana Maryi. Zapatrzona w biblijną Rut - wierną aż do bólu i umiejącą zbierać z pól te kłosy, które przeoczyli inni. Kochająca poezję, książki, muzykę, rośliny i piękno w każdej postaci.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Wszystko. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *