gdybym…

 

Gdybym miała napisać książkę o sobie, pewnie zaczynałaby się tak…

*  *  *

Padał deszcz. Miło się sluchało jego szeptu. Był pełen jakichś tajemnic i tęsknot, których zwykłe slowa nie potrafią wyrazić.

– Podobnie jak szum wiatru – pomyślała.

Była noc, mąż i dzieci spali, więc nie mogła wypowiedzieć tego na głos. Zresztą, nie trzeba. Myśli wypowiedziane blakną zwykle jak uprany materiał. Myśli nie lubią być wystawiane na światło dnia codziennego. Rozwijają się w ukryciu, ciepłe i ciche jak pędy roślin. Aż w końcu, pewnego dnia przebiją pułap i wtedy…

Wtedy już wszystko będzie wiadome.

– Tylko nikt nie wie czy to będzie jeszcze na tym, czy już na drugim świecie – znowu pomyślała i uśmiechnęła się sama do siebie.

Więc deszcz, szum wiatru, chlupanie fal to jeden i ten sam język, wyrażający wszystko to, co niewyrażalne. I jeszcze może mruczenie kota.

Tak, miała koty. Czworo dzieci i cztery koty.

Do tego mnóstwo książek, stary dom, stary sad, który powoli, bardzo powoli zamieniał się w las.

Miała talerze i kolorowe kubki, i drewniany dębowy stół, a dokoła sześć krzeseł, miała śliczne sukienki w szafach i delikatne firanki w oknach, miała rodzinę i bliższych i dalszych przyjaciół…

Miała tyle rzeczy i tylu wspanialych ludzi wokół.

I naprawdę czuła się szczęśliwa.

A to szczęście najbardziej czuła właśnie nocą, gdy wszystko cichło, całe to bujne życie wokół. I wtedy, leżąc już na poduszce, w zupełnej ciemnosci, obok chrapiącego zmęczonego męża, czuła jak szczęście rozlewa się ciepłą falą po całym ciele. I od tego wszystkiego już jej się nie chciało spać. Bo jak spać jak w całej tobie chlupie szczęście? I za chwilę wychlupie się jak z pełnej konewki.

Więc wstawała i chodzila po domu. Czasem w zupełnej ciemności, a ciemność tu na wsi była najprawdziwsza na świecie. Zwłaszcza w taką pochmurną noc, gdy nie widać księżyca ani piegów gwiazd.

Zresztą, wiele, bardzo wiele rzeczy i spraw tu na wsi było prawdziwszych niż gdziekolwiek indziej. I ciemność, i światło, i zimno i upał, i praca, i odpoczynek. Jedzenie też było bardziej jedzeniowate, a głód był prawdziwym głodem, pragnienie nie było udawane, ani zmęczenie.

Czasem zapalała światło, czasem świecę. Potem siadała na podłodze i patrzyła przez duże oszklone drzwi w tę zupełną ciemność i śpiew deszczu.

I wszystko się w niej układało jak kostki domina. Jedna kropka do jednej kropki, dwie do dwóch, sześć do sześciu, masło do masła.

Bo dzień czasami komplikuje wszystko i gmatwa i bywa, że się pogubisz w tej gęstwinie. Lecz noc jest czasem układania. Nie tylko głowy do poduszki.

– Dobrze, że są noce – kolejna myśl przypłynęła jak mały stateczek z papieru.

 

🙂 🙂 🙂

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *