długa droga z nocy

 

Pewnie to będzie najdłuższy wpis, jaki kiedykolwiek zrobiłam ma blogu.

I pewnie jeden z najbardziej osobistych.

Zmagałam się długo z myślą czy zamieścić te moje notatki tutaj. 

To trudne. Bo opowiadają historię z samych głębin serca.

Ale ta myśl, że historie, które mi się przydarzają nie należą tylko do mnie

… chyba mnie przekonała.

 

Więc, jeśli macie czas, posłuchajcie…

Złamany patyk cz.1
( napisane w połowie października 2020r.)

Hortensje wylądowały w garderobie. Schowały się wgłąb, za sukienki zwiewne, płaszcze jesienne i pudełka z szalikami, tuż obok walizki w kratę. Stoją nobliwe matrony w wazonie z odrobiną wody i zasychają w zupełnej ciemności.


Jeśli postawię je w świetle, stracą kolory i zszarzeją.


* * *
Czasem pytamy Boga: Dlaczego ta ciemność spowija moje życie, dlaczego pojawia się raz po raz jakby ktoś wsadzał mnie nagle do szafy?
Pytam i ja.
Bo od czasu śmierci Ewy nie żyję w blasku. Nie jest to już głęboka czerń „zaraz po”, ale szarość podobna zimowym porankom. Miękka szarość spowijająca dna szafy.
Mimo prób nie mogę się z niej wyszamotać.
Po co jest?
Nie wiem.
Może właśnie po to, by zachować we mnie coś, co utrwala się jak kolory w kwiatach hortensji.
Bolesny lecz konieczny zabieg.

I tylko odrobina wody na dnie wazonu.

Świergot córeczki, całus od syna, szorstka dłoń męża głaszcząca moje włosy, różaniec w sadzie, parę miłych słów od przyjaciół, sztaluga i paleta zmieszanych farb.

Parę kropel, by nie umrzeć za szybko.



Złamało mnie to. Ta śmierć przyjaciółki.
Złamało, choć sama sobie wydawałam się nie do zdarcia.


Miesiąc temu dostałam wynik rezonansu kręgosłupa. Gdy go zobaczyłam i rozszyfrowałam medyczne terminy, na chwilę zamarłam z zaskoczenia.
Jak to możliwe? – pytam sama siebie.
Ekstruzja 12 mm – duża przepuklina kręgosłupa, krążek międzykręgowy pękł zupełnie, a jądro miażdżyste wylało się z niego. W zasadzie powinnam zwijać się z bólu, chodzić zgięta w pół, brać silne leki przeciwbólowe, mieć niedowład nóg lub ich zupełny paraliż, powinnam mieć mnóstwo objawów, których nie mam.
Dlaczego mój kręgosłup wygląda jakby był złamany?
Może dlatego, że cała jestem złamana, a kręgosłup to tylko alegoria mego stanu.

Uważam.
Uważam na mój kręgosłup, ważę każdy ruch, boję się, że pewnego dnia przestanę chodzić.
Uważam.
Uważam na moją złamaną duszę, podświadomie unikam możliwości jej ponownego złamania. Dlatego zerwałam niemal wszystkie kontakty z przyjaciółmi i bliskimi osobami, ze znajomymi. Nie dzwonię, nie piszę, wycofałam się z relacji.
Bo jakiś wewnętrzny bufor bezpieczeństwa podpowiada mi, że gdyby znowu ktoś bliski odszedł nagle, już tego nie przetrwam. Więc niech nikt nie będzie mi zbyt bliski, niech więc nigdy już tak nie zaboli odejście.

Proste mechanizmy nosimy w sobie. Najprostsze na świecie.
Unikać bólu nawet za cenę utraty wszystkiego.
Chodzić krzywo, gdy boli z jednej strony.
Uciec.
Wytworzyć pancerz nad raną.
Nie pozwalać dotykać nikomu, patrzeć nawet.

Nie jestem niczym więcej niż złamanym patykiem. Lecz wciąż wierzę, że złamanym po coś.

” Zadaję wam minimum cierpienia, jakie jest potrzebne do waszego wzrostu we Mnie i wypełnienia powołania”
( Jezus do Alicji Lenczewskiej )

* * *
Złamany patyk w Rękach Boga.
Do czego można użyć złamanego patyka?
Do niczego.


Moja mama mówiła mi w dzieciństwie słowa: ” Tobą się można podeprzeć jak złamanym kijem”. Bolesne. Palące.
Teraz te słowa stały się prawdą. Jestem złamanym kijem. Złamanym aż do samego rdzenia.
Tylko Bóg wie po co jestem i co ze mną zrobić.
To dziwne, ale On lubi podpierać się złamanymi patykami:)
Matka Teresa z Kalkuty była jednym z nich.



Więc jeśli jesteś kimś takim w swoich lub czyichś oczach, nie zdziw się, że On właśnie po ciebie wyciągnie swoją Rękę.


*  *  *  *  *  *

Złamany patyk cz.2

Tamte słowa napisałam w pierwszej połowie października. Nie zamierzałam ich nigdy publikować tutaj.
Własną noc trzeba przeżyć samotnie aż do końca. Jezus, w chwili największej udręki w Ogrójcową noc, oddalił się od uczniów na odległość rzutu kamieniem, nie płakał przy nich, nie opowiadał co czuje.
Pamiętam o tym, by nie dzielić z nikim chleba ciemności, bo dla kogoś innego razowy ciemny chleb mojej nocy może być trucizną.


Więc nigdy nie mówiłam i nie będę do was mówić z głębi moich nocy, a one są. Czasem długie i bolesne.

Dziś jednak mogę Wam już opowiedzieć o tej nocy, bo ona przeminęła.
W jednej sekundzie rozpłynęła się i zabłysło światło.
Powinnam Wam o tym opowiedzieć, bo to wielka łaska i cud, a cudów nie wolno ukrywać, bo są zawsze dane jako światło dla wielu.

Wiecie już jak głęboka była ciemność, w której żyłam od wielu miesięcy. I że przestałam się już nawet szamotać, by się od niej uwolnić. Opadałam siłą bezwładu jak opada omdlałe ciało coraz głębiej na dno jeziora. Wszystko gasło.
Zawsze po pewnym czasie, po walce i buncie i gniewie i łzach, przychodzi ten moment, gdy zgadzasz się na to i poddajesz się, bo już wiesz, że o własnych siłach nie pokonasz otchłani, która cię wciąga.
Modlisz się tylko bez słów, zdając na Jego wolę.
„Uratuj mnie” – w głowie już tylko ta jedna myśl jak ostatnia iskra.

 


W październiku doszłam do tego momentu.
Modliłam się już tylko jedną modlitwą: „Jezusie, synu Dawida, ulituj się nade mną”.
Jedna z najstarszych modlitw kontemplacyjnych. Podobna do ludzkiego oddechu Modlitwa Jezusowa.
Tą modlitwą modliła się Ewa, gdy już przeczuwała, że…

… to był dzień, kiedy moja choroba nieco odpuściła. Na tyle, że pomyślałam o wyjściu na dwór żeby zaczepnąć świeżego powietrza. Dzień był jasny, przejrzysty, na wskroś złoty, pewnie pełen zapachów jesieni, choć ja ich nie czułam. Dziewczynki ubrały się i poszły ze mną. Miałam tylko pójść na koniec sadu, by zobaczyć krzew leszczyny, który – jak zachęcał mnie mąż – mienił się jak wykuty ze złota. Zobaczyłam go. Był piękny, ale ja już od dawna nie widziałam kolorów. Wszystko było jak przysypane cienką warstwą popiołu. Chciałam wracać, ale dziewczynki wyciągnęły mnie za bramę, bo „mamo, tam jest jeszcze dalej klon taki złoty, że wygląda jakby świecił między innymi drzewami”. Poszłam dalej, tą drogą, którą kiedyś z Ewą lubiłyśmy razem chodzić. Przed oczami stanęła mi ta nasza ostatnia letnia wyprawa.
Moje córki tymczasem obsypywały się złotymi liśćmi klonu. Rzeczywiście świecił z daleka jak morska latarnia przytulona do ciemnego klifu ściany lasu. Był piękny, ale…

 


– Mamo, chodźmy jeszcze dalej – prosiła Laurka.
Teraz widzę – to był podstęp z Jego strony. Zaplanował to już dawno i prowadził mnie jak po sznurku do miejsca, które wyznaczył.
Poszłyśmy.
Inka jak biały duch za nami. Jej niebieskie oczy lśniły jak szafiry, gdy przemykała obok naszych nóg.
A potem dalej i dalej, w las.
W końcu zmęczona nieco stanęłam na szczycie tego pagórka, który tu wszyscy górą nazywają i spojrzałam na drogę przed sobą. Wyglądała jak ciemna brama otwarta na przestrzał na pola. Coś pociągało ku tej przestrzeni, całej złotej w dali, jasnej od kiełkujących już ozimych zbóż i drobnych żółtych kwiatków pomiędzy źdźbłami.


Trudno nazwać w ludzkim języku ten widok, jego barwy płonące w jesiennym słońcu.

Milczałam patrząc.


I w tej jednej sekundzie nagle ze zdumieniem poczułam, że znów oddycham lekko, bez wysiłku, że ciężar, który niosłam opadł, a ja jestem uwolniona. Światło wdarło się jak wartki potok do mojego wnętrza, rozsadziło skały i mury i zalało wszystko : myśli, uczucia, serce, każdą komórkę ciała.
W jednej sekundzie noc odeszła.
Barwy znów były barwami, znowu usłyszałam szelest liści, śpiew ptaków, dostrzegałam każdy misternie piękny szczegół kory, mchu, patyczków na drodze… Wszystko eksplodowało mi w oczach, uszach, sercu.
Sama wyciągnęłam córki jeszcze dalej, w pole, na sam jego złoty środek, dalej w las, na drogę… Śmiałam się.
Nie mogłam w to uwierzyć i gdy wracałam do domu, szłam jeszcze ostrożnie bojąc się, że jakimś nieopatrznym ruchem, gestem spłoszę światło jak ulotnego motyla. Że to tylko złudzenie.
Ale tak się nie stało. Światło zostało.
Znowu zaczęłam się śmiać i przytulać dzieci, planować co posadzę na wiosnę, wkładać kwiaty do wazonu, zasypiać spokojnie i budzić się z rozkoszą, powoli wracać…

*  *  *

26 października po południu w środku lasu zostałam przywrócona do życia. Dokładanie 8 miesięcy po śmierci Ewy.
Nikt kto nie doświadczył tej ciemności, nie zrozumie też światła tej jednej sekundy, tam. 

Ale ja wiem, że to był cud tak samo wielki jak wskrzeszenie Łazarza.

Można się narodzić drugi raz, i trzeci i czwarty. Za każdym razem, gdy Jego Dłoń wydobędzie cię już omdlałego z samego dna topieli.
Już parę razy to dla mnie zrobił.
Dlatego wciąż jestem.

Głaszczę minioną noc jak czarnego kota i pytam: po co przyszłaś? czego mnie nauczyłaś? powiedz mi kiedyś.

Kiedyś Ci opowiem Rut po co są wszystkie noce. Bądź cierpliwa. Kiedyś Ci powiem.
I po co są złamane patyki też będziesz wiedziała.
Kiedyś.


Kiedyś to niedługo.

 

 

O ruttka

Szczęśliwa żona od 20 lat, mama czwórki dzieci, w tym dwójki dorosłych. Poszukiwaczka skarbów w codzienności, zakochana w Bogu i oddana Maryi. Zapatrzona w biblijną Rut - wierną aż do bólu i umiejącą zbierać z pól te kłosy, które przeoczyli inni. Kochająca poezję, książki, muzykę, rośliny i piękno w każdej postaci.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

9 odpowiedzi na długa droga z nocy

  1. Agata pisze:

    „Pamiętam o tym, by nie dzielić z nikim chleba ciemności, bo dla kogoś innego razowy ciemny chleb mojej nocy może być trucizną” – dziękuję Ci za cały wpis, za odwagę i piękno Twojego świadectwa, choć mnie, dziś, potrzeba było przeczytać to jedno zdanie. Dziękuję.

  2. Rivulet pisze:

    Znam to uczucie wychodzenia z nocy… Taka ulga…
    U mnie na razie szaro. Kiedyś wróci słońce, póki co muszę czekać.

    Tak mi się ten patyk skojarzył z nadłamaną trzciną i ledwo tlącym się knotkiem 🙂

  3. Agaja pisze:

    Rutko, czytam ze łzami w oczach.

    Dziękuję.

    „kiedyś ci powiem…”

  4. Maria pisze:

    Rut…
    Dziękuję…
    Za otworzenie serca, za podzielenie się swoim doświadczeniem.
    Z ciemności do światła, do Tego, który jest Światłem.
    Wszystko co napiszę ponad to, będzie banałem… Dlatego podzielę się słowami kogoś, kto takie doświadczenie dobrze znał i przeżywał:
    „Chwała Ci, Boże Niepojęty, za to światło ciemnych nocy – które jedynie może przywrócić mnie Tobie!” (ks. Franciszek Blachnicki)
    A kiedyś On nam powie do końca, po co to wszystko…

  5. Beata pisze:

    Rut
    dziękuję,że jesteś

  6. Pani Łyżeczka pisze:

  7. ruttka pisze:

    Dziękuję Wam za to, że jesteście, za każde słowo i milczącą obecność też💮🌸🌼🌺

  8. Marzanka pisze:

    Przytulam Cię. Mocno.

  9. Ama pisze:

    Rut, dziękuję za to co napisałaś. Niech blask Bożego Narodzenia króluje w Tobie i w Twoim Domu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *