bajeczka o ziarnku grochu

 

W trakcie lekcji słyszę z torby sygnał przychodzącego sms- a.

Nie mogę odebrać od razu, bo akurat roztaczam przed maluchami obrazy słowno- gestykulacyjne, które mają im przybliżyć dzisiejszy temat. Gdybym teraz przerwała i sięgnęła do torby, czar by prysł. A co gorsza – dzieci, które od paru już minut nie oddychają z wrażenia, zachłysnęłyby się nieoczekiwanym haustem powietrza:)

Sms stacza się więc jak ziarenko grochu na samo dno świadomości.

Ale jak to ziarenko grochu – w sprzyjających warunkach szybko wypuszcza zielony pędzik. Już w pokoju nauczycielskim zaczyna kiełkować z mojej pamięci i w końcu przebija się przez ciemne jak czarnoziem warstwy zapomnienia.

W trakcie rozmowy z koleżanką sięgam więc po komórkę, otwieram i czytam:

„Zatankowałem ci auto, stoi na tym samym miejscu. Kocham cię.”

Ach.

” Ja też cię kocham” – odpisuję ukradkiem.

 

* * *

Moje życie.

Nie brak w nim krzyży, nocy i niepewności, a mimo to jest jak najpiękniejsza baśń. Wystarczy tylko dostrzec każde, nawet najmniejsze ziarenko grochu i potraktować je z taką atencją jakby było całym globem.

 

 

 

wolny dzień

Mam dzień wolny.
Mąż zawiózł dziewczynki do szkoły, a ja wyskoczyłam z łóżka, uchyliłam okno, zrobiłam kawę w moim kubeczku z dzikimi bratkami i spowrotem wskoczyłam pod kołdrę.
Mam dzień wolny.
Leży przede mną jak rozłożona księga z czystymi kartkami, na przestrzał gotowa, by ją zapełnić.
Oczywiście „wolny” nie oznacza, że na kuchennym stole nie leży zapisana po brzegi kartka z listą rzeczy do zrobienia na dziś, a w głowie nie piętrzy się stos innych – równie ważnych zadań:)
Ale teraz, rano jeszcze o tym nie myślę.
Delektuję się zapachem maja, jego brzmieniem, jego słońcem, chłodnym powiewem od okna i ciepłem kawy w rękach, ciszą, obecnością Boga i uśmiechniętych świętych wkoło.

Zegar cyka jakby mniej śpiesznie, wydłużając mi sekundy poranka.
Nasze córki twierdzą, że nie mogłyby zasnąć z takim „cykaniem”, ale nam to nie przeszkadza.
Dźwięk upływu czasu jest kojący. Z biegiem lat zaczynasz rozumieć, że czas nie jest twoim wrogiem, lecz – jak wszystko pomyślane przez Boga – sprzymierzeńcem. Dobrym przyjacielem, który prowadzi we właściwym kierunku, zbliża do upragnionego celu. Coraz bardziej upragnionego.

Do końca twojego czasu. I początku twojej wieczności.

Z biegiem lat uczysz się też, że nic nie jest stracone bezpowrotnie. Że każdy poranek jest czystą kartą i nowym początkiem, że co dzień możesz zacząć od nowa pisać swoją historię. Nawet jeśli poprzednie strony zagryzmoliłeś tak, że trudno w nich doszukać się sensu.

Oto dzień stoi u moich stóp jak wierne psisko, patrzy mi w oczy, czeka.
Idę.

 

połamany las

 

Po ostatnim kwietniowym ataku zimy, okoliczne lasy wyglądają jak kaleki. Sterczą kikutami obłamanych gałęzi, straszą niezabliźnionymi ranami, niebezpiecznie pochylone, przygarbione nad ścieżkami olbrzymy gotowe runąć przy kolejnym podmuchu wiatru. Skrzypią, skarżąc się nad głowami przechodzących. Wiele z nich już nigdy nie wróci do pionu, wiele jest skazanych na szybszy lub odroczony nieco w czasie upadek. Wiele już leży, barykadując ścieżki zwierząt i ludzkie drogi.
Gdy idziemy lasem, patrzymy więc raz po raz w górę, oceniamy kąt nachyłu pni, stopień oderwania konarów, skalę niebezpieczeństwa, omijamy najbardziej połamane olbrzymy.


Coraz częściej ktoś do mnie pisze, dzwoni, umawia się na rozmowę.
– Rut, proszę pomódl się – słyszę i od razu cała truchleję. Przez chwilę boję się pytać w jakiej intencji mam się modlić, jakbym liczyła, że odwlekając to pytanie, sprowokuję inną niż zwykle odpowiedź.
Ale ona jest prawie zawsze taka sama, choć upleciona z innych słów, innych westchnień, innych łez.

Prawie zawsze to prośba o ratunek dla małżeństwa, rodziny, która chyli się ku upadkowi jak drzewo w lesie.
I modlę się jak umiem, pomagam jak potrafię, towarzyszę, rozmawiam.

I…
coraz bardziej czuję się właśnie tak, jak czuje się małe dziecko stojące pośrodku wstrząsanego żywiołem lasu. Drzewa skrzypią, drżą, płaczą, jedno po drugim rozrywane na strzępy zwalają się do stóp, świszczy wiatr, odpadają potężne konary, a dziecko stoi i nie wie co ma zrobić. Nic nie rozumie. Zbyt struchlałe, by uciekać. Zbyt słabe, by powstrzymać nawałnicę. Przerażone, że wszystkie drzewa wokół runą.
– A jeśli i mnie to spotka? – myśli.
Ale nic takiego się nie dzieje.
– Jakim cudem jeszcze żyję? – pyta.

– Rut, od razu pomyślałam o tobie. Nie wiem dlaczego – mówi zapłakana Maria z pięciomiesięczną córeczką na ręku.
– Bo jestem chuda jak ostatnia deska ratunku – obracam w żart jej słowa.
Uśmiecha się przez łzy.
– Tak – mówi.
Podaję jej olejek św. Rity.
– Proś ją o pomoc.

*  *  *

Jeszcze jedno drzewo niebezpiecznie pochyla się, obok drugie ostatkiem sił utrzymują korzenie. Gdzieś w oddali suchy trzask łamanego drewna, potem głuchy huk i … cisza.

Módlcie się, proszę za rodziny. Za swoje własne małżeństwa i za innych.
Póki nie skończy się ta straszna zima.

 

 

 

ostatnia chwila

 

Przyjechał Max z workiem muszli, zapaleniem nerwu w stopie, ogorzałą twarzą i opowieściami.
Był z kumplami na kajakach w Rumunii. Szalona męska wyprawa. Pięciu rosłych panów w malutkim autku, na dachu bagażnik dachowy, a za nimi przyczepka z czterema kajakami i bagażami. Kilkanaście godzin podróży, a potem w kajaki.


Wśród opowieści jest i taka:
– Na środku jeziora, duża fala, musiałem trzymać dziób kajaka wciąż pod falę, bo gdyby przekręciło mnie bokiem, od razu by mnie zalało, albo przewróciło. I tak już miałem wodę w środku. Gdybym wypadł, zanim by ktoś to zauważył i podpłynął, w takiej temperaturze, o zmroku… – Max nie kończy, ale wiemy jaki bylby efekt.
– Płynęliśmy już wiele godzin, a horyznot tak daleko, że widać tylko czubki drzew. W końcu zrobiło mi się wszystko jedno: czy dopłynę, czy zostanę już tu na zawsze. – kończy brodaty brat.

Alegoria wielu żyć wielu z nas.
Walka z wiatrami, z wysoką falą, noc, zimno, samotność. Aż w końcu ta niebezpieczna myśl: poddać się. Zmęczeniu ciała, smutkowi duszy, myślom rozpaczy, podpowiedziom szepczącym w środku głowy: „Po co ci to? Zostaw. Najwyżej zginiesz.”

Może właśnie te chwile są najważniejsze w naszym życiu. Może całe życie trenujemy na mniejszych przeszkodach, nabieramy tężyzny i sił, by w takich sekundach nie zatrzymać się, jeszcze raz uderzyć wiosłem, wyczytać nadzieję z ostatniej smugi światła na horyzoncie.

I przetrwać.

Dziś Max jest z nami. Ze spokojem pokazuje zdjęcia jeziora, swojego kajaka, zachodu słońca nad wodą.
Stopa jeszcze boli, ale reszta dobrze.
– A te wielkie muszle to kogo? – pyta Lalcia.
– Ślimaka – odpowiada Max.
– Ale chyba nie jednego – śmieję się, wysypując parę kilo tego cennego ładunku z worka.


Muszle śmierdzą padliną, więc trzeba je porządnie wymoczyć i umyć zanim staną się pamiątką po wyprawie, która mogła być ostatnia.

 

# znaczek 92

” Ty Panie, zawsze jesteś taki sam… niezmiernie dobry, święty i sprawiedliwy; dobre, święte i sprawiedliwe jest wszystko, co czynisz…
A ja… nie potrafię trwać długo w jednym stanie, jakby siedem razy na dzień odmieniała się nade mną pogoda.
A przecież od razu jest lepiej, gdy tylko zechcesz i wyciągniesz ku mnie pomocną dłoń, bo Ty sam bez udziału ludzi możesz mnie wesprzeć i tak mnie umocnić, że już twarz moja nie będzie się ciągle zmieniać, ale w Tobie tylko serce będzie trwać i sdpoczywać.”

O naśladowaniu Chrystusa, Tomasz a Kempis, Księga III

 

popołudniowe wianki

 

Popołudnia spędzam z łopatką w dłoni, konewką i w kwiecistych ogrodniczych rękawiczkach. Pośród bzyczenia pszczół i trzmieli ochoczo zwiedzających przybytki kwiatów. Ja pośrodku tego barwnego ruchliwego spektaklu, oświetlona wielką lampą słońca mam swoje małe zadania.

A to ratuję po kolei krzaczki stokrotek i niezapominajek, zagrożone zbliżającą się budową warsztatu męża i instalacją oczyszczalni, a to dosiewam goździki brodate i onętki, a to szukam w trawie zagubionych siewek rudbekii, a to podlewam bratki i pelargonie w doniczkach…

Wciąż jest coś do zrobienia, do ocalenia, do ulepszenia. Nawet jeśli jest to praca tak mała, że zauważają ją tylko mrówki nieodłącznie mi towarzyszące.
I Ktoś jeszcze widzi. Czuję Jego wzrok przenikający.
Ten, Który nie przeoczy niczego. Nawet mego drgnienia powiek, cóż dopiero nadgarsków poparzonych pokrzywą i podrapanych dłoni. Wszystko policzy, doda, doceni.

Staram się naśladować Jego uważność, być spostrzegawcza. Docenić wysiłek hiacynta, który nieopatrznie przygnieciony kamieniem, jednak – klucząc ku światłu – wydostał się i zakwitł. Odepchnąć kamień, uratować kwiat, podeprzeć krzywą łodyżkę.
Podziękować za kolory tulipanów, które widziane pod słońce, przepuszczają światło jak witraże. Za pomponiastość stokrotek, za kępki szczypioru, które wyrosły w najmniej spodziewanym miejscu, za wędrujące fiołki, staruszki jabłonie obsypane pączkami rumianymi jak policzki młodych dziewcząt, kobierce szmaragdowej trawy przetykane słońcami mleczy…

Moje popołudnia są splecione jak wianek z prac małych i wielkiej modlitwy uwielbienia i nie sposób powiedzieć, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie.

Najpiękniejsza kompozycja florystyczna.