Mam dzień wolny.
Mąż zawiózł dziewczynki do szkoły, a ja wyskoczyłam z łóżka, uchyliłam okno, zrobiłam kawę w moim kubeczku z dzikimi bratkami i spowrotem wskoczyłam pod kołdrę.
Mam dzień wolny.
Leży przede mną jak rozłożona księga z czystymi kartkami, na przestrzał gotowa, by ją zapełnić.
Oczywiście „wolny” nie oznacza, że na kuchennym stole nie leży zapisana po brzegi kartka z listą rzeczy do zrobienia na dziś, a w głowie nie piętrzy się stos innych – równie ważnych zadań:)
Ale teraz, rano jeszcze o tym nie myślę.
Delektuję się zapachem maja, jego brzmieniem, jego słońcem, chłodnym powiewem od okna i ciepłem kawy w rękach, ciszą, obecnością Boga i uśmiechniętych świętych wkoło.

Zegar cyka jakby mniej śpiesznie, wydłużając mi sekundy poranka.
Nasze córki twierdzą, że nie mogłyby zasnąć z takim „cykaniem”, ale nam to nie przeszkadza.
Dźwięk upływu czasu jest kojący. Z biegiem lat zaczynasz rozumieć, że czas nie jest twoim wrogiem, lecz – jak wszystko pomyślane przez Boga – sprzymierzeńcem. Dobrym przyjacielem, który prowadzi we właściwym kierunku, zbliża do upragnionego celu. Coraz bardziej upragnionego.
Do końca twojego czasu. I początku twojej wieczności.
Z biegiem lat uczysz się też, że nic nie jest stracone bezpowrotnie. Że każdy poranek jest czystą kartą i nowym początkiem, że co dzień możesz zacząć od nowa pisać swoją historię. Nawet jeśli poprzednie strony zagryzmoliłeś tak, że trudno w nich doszukać się sensu.
Oto dzień stoi u moich stóp jak wierne psisko, patrzy mi w oczy, czeka.
Idę.

Czytam z kubkiem kawy w dłonicach i majową zielonością za oknem… i uśmiecham się do Ciebie na odległość.
Dziękuję Bogu, że jesteś, Rut.
To najpiękniejsze słowa, jaki można usłyszeć na tej ziemi: dziękuję Bogu za ciebie🌸
I ja za Ciebie dziękuję Alu🎁
I ja… za Was obie 🙂