kolory dzieciństwa

 

Nigdy nie narzekałam na czasy mojego dzieciństwa. Obiektywnie rzecz biorąc nie były różowe, ale jako dziecko odbierałam je inaczej. Przecież i tak nie wiedziałam, że może być lepiej, bardziej kolorowo, bardziej dostatnio, więc cieszyliśmy się tym, co było, jakby to była jedyna możliwa rzeczywistość. I dla nas była. Wtedy była jedyna.

Dziś – jako dorosła osoba – rozumiem to jeszcze lepiej. Ten czas był darem, wszystkie okoliczności życia były prezentem od Boga; sceneria, w jakiej wzrastałam nauczyła mnie tak wiele.

Więc jestem wdzięczna, że przyszło mi urodzić się i dojrzewać w takim, a nie innym czasie, w ubogim komunistycznym kraju, wśród ludzi, którzy jednak nie dali się pochłonąć ani szarości ani smutkowi.

Może dlatego teraz radzę sobie jakoś z szarymi porankami i nie wzrusza mnie fakt, że nie mam wszystkiego.

*  *  *

Pozostały jednak we mnie pewne rysy, które śmieszą nawet mnie samą.

Bo oto wchodzę do kotłowni i widzę w koszu na rozpałkę wrzucone zeszyty w kolorowych okładkach. Są piękne, w subtelne kwiaty, róże, polne maki.

Niewiele myśląc, wyjmuję je z kosza, sprawdzam czy zapisane do końca

( Tak, matma Hani:), a potem delikatnie odrywam okładki i zabieram.

– Kto wyrzucił takie piękne okładki do spalenia? – pytam z udawaną złością wchodząc do sypialni.

Dziewczynki podnoszą na mnie nieprzytomnie czarne oczęta. Właśnie oglądają bajkę o jakichś księżniczkach. Jak zwykle urządzają kino na naszym wielkim łożu.

– Ale te zeszyty się skończyły – tłumaczy mętnie właścicielka.

– Ale jak mogłaś wyrzucić takie piękne okładki? Przecież można je przerobić na zakładki do książek – tłumaczę i nagle łapię się na myśli, że takich zakładek mam już z dwadzieścia. Leżą w zgrabnym stosiku na brzegu półki, bo nie przepuszczę przecież żadnej okładce w piękny deseń.

– Albo wiem! – wykrzykuję – Dotnę kartki, zszyję igłą i zrobię z nich nowe zeszyty! Na moje notatki.

Dziewczynki uśmiechają się rozbawione moimi planami.

Ale one tego nie rozumieją.

Nie wiedzą co to znaczy, gdy wszystkie zeszyty są w szarych okładkach, a gdy czasami zdarzył się taki, który był bladozielony lub bladoróżowy, człowiek czuł się niewymownie szczęśliwy:)

Dlatego z tamtych czasów został mi niegroźny „hopl” na punkcie pięknych okładek. Zawsze zwracam na to uwagę i gdy kupuję zeszyty dzieciom i gdy wybieram notatniki na moje osobiste zapiski.

Może to i prawda, że nie ocenia się książki po okładce, ani prezentu po opakowaniu, ale chętniej jednak sięgamy po książki w pięknych obwolutach, a najdroższy prezent zawinięty w gazetę straci jednak na wartości.

*  *  *

Moja babcia, wychowana podczas wojny, w dużej, biednej rodzinie zjadała każdą kromkę chleba do ostatniego okruszka, nie pozwalała zmarnować nawet skrawka skórki. Ja ratuję okładki zeszytów od spalenia…

Na zawsze zostają w nas czasy dzieciństwa, pamięć niedostatku, wdzięczność za spełnione marzenia.

 

 

O ruttka

Szczęśliwa żona od 25 lat, mama czwórki dzieci, w tym trójki dorosłych. Poszukiwaczka skarbów w codzienności, zakochana w Bogu i oddana Maryi. Zapatrzona w biblijną Rut - wierną aż do bólu i umiejącą zbierać z pól te kłosy, które przeoczyli inni. Kochająca poezję, książki, muzykę, rośliny, malowanie i piękno w każdej postaci.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

9 odpowiedzi na kolory dzieciństwa

  1. Rivulet pisze:

    Nie zjadam skórek, nie wyciągam okładek z kosza, ale każdego dnia dziękuję Bogu, że mogę żyć jak w miarę zdrowy człowiek. Przez całe dzieciństwo myślałam, że dorosłość też minie mi w przychodniach i szpitalnych salach.
    Coś zostaje…

  2. Alicja M.M. pisze:

    W dzieciństwie moim marzeniem było duże pudełko kredek ołówkowych. (Przez „duże” rozumiałam więcej niż 12 kolorów). Poza tym byłam mistrzynią „reanimowania” flamastrów. Dostawałam się do wkładu i powoli nasączałam go wodą ze strzykawki. Dodatkowym bonusem było uzyskanie mniej intensywnego koloru, zatem pewne urozmaicenie. Ten głód kolorów, odcieni, pamiętam doskonale. Taki symptom PRL-u. Ale kto wie, może dzięki temu zyskałam umiejętność rozróżniania subtelnych odcieni przyrody: kwiatów, liści, kory drzew, kamyków.

  3. mama+trójeczki pisze:

    Ja z kolei nie mam żadnego sentymentu do PRL-u. Dobrze pamiętam te szare zeszyty:) Jak Ciebie cieszą mnie kolorowe okładki, ale też śliczne wnętrza, ładna architektura, możliwość wyjazdu gdzie się chce i kiedy się chce (no oprócz czasu epidemii 😉 Podoba mi się, jak pięknieje Polska. Czasem wspominam, jak np. kiedyś wyglądał wyjazd dzieci na kolonie, jakie tam były warunki i cieszę się, że moje dzieci mają inaczej, że mogę podróżować czyściutkim pociągiem, a nie wchodzić do niego przez okno:) Nasze dzieci chyba nie wierzą mi w niektóre historie z tamtych lat:)

    • Alicja M.M. pisze:

      Wchodzenie przez okno, to przynajmniej efektowne. Pamiętam jazdę autokarem na długiej trasie, której jednym z przystanków był dworzec w Kielcach. I reakcje nas podróżnych, gdy wracaliśmy do owego autokaru. Głośno dzielono się wrażeniami… z toalety dworcowej. Była czyściutka! I z mydłem i z papierem toaletowym! Tak oto chwalebnie zapisały się Kielce w mej pamięci. Ciekawe, jak młodzi odebraliby taką opowieść:)

      • mama+trójeczki pisze:

        Twoja historia dobrze podsumowuje te czasy:)
        U nas hitem wspomnieniowym jest moja kolonia w Łebie. Mieszkaliśmy tam w małych domkach z piętrowymi łóżkami. Leżąc na plecach na piętrze łóżka, nogami podnosiłyśmy dach domku! No sama dziś nie mogę w to uwierzyć:)

        • Alicja M.M. pisze:

          Dla kolonistów to mogła być uciecha, dla ich rodziców (dowiedzieli się?) zapewne mniej…

          • mama+trójeczki pisze:

            Chyba im nie powiedziałam. Być może nie było to dla nas aż tak ekscytujące. Ot, podnoszenie nogami dachu domu, w którym się mieszka. Takie tam… 😉

  4. ruttka pisze:

    Wspominacie widzę:)
    Ja z kolonii nie zapomnę drewnianych domków, które uroczo pachniały, lecz niestety nocą wychodziły z desek roje szczypawek;) Moje koleżanki dostawały spazmów. No i dania popisowego kuchni kolonijnej : klusek z białym serem i skwarkami. Tego nie dałam rady zjeść mimo wszelkich starań:(

    • Alicja M.M. pisze:

      Biały ser w towarzystwie skwarek dla mnie zaskakujący! Nie wpadłabym na to, choć lubię nieoczywiste połączenia w kuchni.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *