Laurka ściąga z parapetu mały tomik oprawny w foliową granatową okładkę. Zaraz potem ściąga coś co grzechocze jak korale. Usadawia się w znajomy mi sposób i układa na kolanach zdobycze z wyraźnym zamiarem ich użycia.
Otwiera tomik i zagłębia w nim wzrok, potem bierze drewniany różaniec.
– Przed chwilą się modliłaś. Może już wystarczy – oponuję ze śmiechem, widząc jak wertuje moją Biblię.
– Nie. Jesce jedno POMODLENIE. – wyjaśnia poważnie i unosi palec jak kropkę nad i. Zupełnie jak to mają w zwyczaju rasowi kaznodzieje.
Dzieci są lustrami. Łatwo się w nich przejrzeć.
Jak to dobrze, że czasem – zaglądając w głąb ich oczu – można odnaleźć tych lepszych siebie. I uśmiechnąć się. Zupełnie tym samym uśmiechem, jakim patrzymy na promień słońca, który przedarł się przez chmury.
