piegi Boga

 

Słońce i Niedziela. Idealne połączenie.

 

Cały poranek siedzimy na patio. My z Alą pijemy kawę, Lalcia bawi się z kotami, Hania czyta książkę na leżaku. Po jakimś czasie znika na chwilę we wnętrzu domu i w chwilę potem słyszymy:

– O nie! Zrobiły mi się piegi z jednej strony!

Jak to możliwe? – śmieje się.

– Siedziałaś jednym policzkiem do słońca – mówię – Teraz usiądź w drugą stronę.

I tak robi:)

Tylko ona odziedziczyła bladą cerę i piegi na twarzy. Nie po mnie. Ja jestem z tych, którzy momentalnie łapią słońce i brązowieją jak ciastka w piekarniku.

Hania ma piegi po tacie. No, a i w mojej rodzinie, gdzieś ten gen się zabłąkał, bo Amelka jest cała nakrapiana.

 

Piegi.

Ludzie uważają je za drobne niedoskonałości skóry. Kiedyś panny próbowały pozbywać się ich sokiem z cytryny, lub po prostu unikając słońca.

Bo piegi są papierkiem lakmusowym słonecznych promieni. Chowają się zimą i budzą co wiosna.

Faustyna też je miała, lecz na portrecie malarz wykasował tę przypadłość. Nie uchodzi, by święta była aż tak niedoskonała:)

A przecież są takie niedoskonałości, które są wręcz doskonałe.

Ogromna wrażliwość, która moczy oczy przy każdej wzruszającej scenie, rumieńce, gdy się wstydzisz, drżenie głosu, gdy wyznajesz miłość, siwe włosy ze zmartwienia chorobą bliskiej osoby, podkrążone oczy, bo zamiast spać znowu myślałeś o Bogu, podrapane dłonie, bo nieobca ci praca fizyczna, kurze pazurki wokół oczu od uśmiechania …

Niektórzy skłonni są twierdzić, że miłosierdzie jest niedoskonałością Boga, że to pewna zbyt daleko posunięta pobłażliwość lub niekonsekwencja z Jego strony.

Bo jak to? Przecież musi być sprawiedliwie ! Starszy syn z Ewangelii też to zarzucał swemu ojcu.

A to przecież najdoskonalsza niedoskonałość, najlogiczniejsza nielogiczność miłości.

Piegi Boga w promieniach miłosierdzia.

I jeszcze jedna rzecz o naszych drobnych niedoskonałościach. Znalazłam ją jak ziarnko maku, wertując „Dzienniczek” Faustyny.

Gdy wyrzucała sobie pewną drobną sprawę, Jezus rzekł:

” Gdyby nie było tej drobnej niedoskonałości, nie przyszłabyś do mnie… Przychodzisz…prosisz o przebaczenie…wylewam ogrom łask na twą duszę, a niedoskonałość niknie; … nic nie tracisz, ale wiele zyskujesz…”

O, drobne błogosławione niedoskonałości🌸

 

 

 

rocznica

 

Tylko jemu jednemu przyrzekłam związać mój los z jego losem.

Tylko jemu jednemu.

Nie dając sobie furtki odwołalności.

I tylko Jemu.

Im dwóm.

Nikomu więcej.

Moja decyzja, prawie boska w swej nieodwołalności i sprawczości.

– Przysięgam. Niech się tak stanie.

I stało się.

 

Miłość jest decyzją.

Właśnie decyzją.

Nie porywem, nie wiatrem, który dziś jest, a jutro ustaje.

Aktem woli, nie serca.

Aktem skały, nie żagla skłonnego poddawać się wiatrom.

Niech

się tak stanie.

To już prawie ćwierć wieku.

 

 

 

trening serca

 

Mam takie dni.

Raz na jakiś czas, od czasu do czasu, bywają, rzadko, cyklicznie, niespodziewanie, często.

Nawet trudno określić regułę ich występowania. Bo zdarza się, że kilka dni z rzędu jest właśnie takich, lecz jest i tak, że długo długo nic, a potem wystrzeli któryś jak fajerwerk. Bywają takie soboty, prawie wszystkie, ale i wtorki, czwartki lub niedziele. Trudno to odgadnąć, bo choć poniekąd masz na nie wpływ, to jednak nigdy nie przewidzisz jak będzie.

 

Są jak cud.

Dni tak barwne i wypelnione po brzegi, że trudno je nawet opisać czy jak snop zboża zebrać wieczorem i związać powrósłem. Nie mieszczą się w ramiona, wyobraźnię, słowa.

Są jak ten dywan w dużym pokoju mojego rodzinnego domu. Mnóstwo barw, wzorów, kwiaty, esy-floresy, geometyczne i zupełnie nie, kształty przypominające pnącza roślin i zwierzęce pyszczki. Całe dzieciństwo spędziłam na nim, wodząc palcem po jego liniach, przekładając włos tak, by ornament był wypukły, próbując nazwać choć niektóre detale, układając gry na jego planszy

I takie dni mam w moim życiu. Takie jak ten barwny dywan.

Dziś był jeden z nich.

Słoneczny i z wiatrem o zimnym oddechu, pełen zajęć, a jednak odpoczęłam nim tak bardzo. Z dobrym jedzeniem ( resztki świąteczne) i miłymi rozmowami, pełen planów i ich realizacji. Wśród rodziny, lecz także gość się znienacka pojawił. W domowych pieleszach, lecz i z wypadem do miasta po nową firankę. Z zajęciami prozaicznymi jak gotowanie rosołu i zmywanie, ale także rozwijając skrzydła wyobraźni przy robieniu wiosennego wieńca i wyszywaniu płóciennego serduszka. Nasze w pocie czoła wycinanie dzikiego zagajnika i relaks przy muzyce i herbatce z cytryną. Modlitwa i praca. Bycie razem i samotne chwile zadumy. Śmiech i przekomarzanki i snucie poważnych tematów. Marzenia o przyszłości i wspominki. Film, książki, bukiet forsycji, śpiew rudzika…

Było w nim wszystko, różności i przeróżności, rzeczy, które z pozoru nie pasują do siebie, a potem okazuje się, że tworzą doskonałą pełnię.

* * *

W takie dni łatwo jest być wdzięcznym, radosnym i zadowolonym. Nic nie kosztuje uśmiech, a sen przychodzi szybko i lekko. Serce wciąż wyśpiewuje hymny pochwalne.

Wiadomo – przyjdą dni chudsze, bardziej dżdżyste, gdy wysiłkiem ponad miarę wyda się samo podniesienie powiek.

Ale może serce nauczone pieśni wdzięczności, nie zapomni jej tak szybko. Serca są pojętne.

I zanuci cichutko nawet w mroku: Bądź pochwalony za wszystko.

 

 

Maria

 

Wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno… poszła.

Gdy jeszcze było ciemno.

Zatrzymały mnie dziś te słowa Ewangelii, zastygłam, nic już nie słyszałam, nic już nie widziałam.

Gdy jeszcze było ciemno, ona poszła Go szukać.

Nie wtedy, gdy świtało, gdy blask okraszał drogę, gdy łatwiej o nadzieję i mniejszy strach.

Szukać Go, gdy jeszcze jest ciemno. I nie wiesz jak długo to potrwa. Lecz ty szukasz, choć kula ciemności ciąży i krok spowalnia, choć mrok szepcze i kusi, by zarzucić nadzieję.

 

Szła, gdy jeszcze było ciemno.

Pośpiesznie, zdyszana.

I znalazła.

Na końcu było światło.

On.

 

* * *

Takiego szukania sobie i Wam życzę.

Nie tylko dziś, w święto, lecz zawsze.

W pogodę i niepogodę, w blasku i cieniu.

I takiego odnajdywania Go na końcu.

– Mario – szepnął czule, stęskniony – Wiedziałem, że przyjdziesz pierwsza, że ciemność cię nie zatrzyma.

 

zdj. Ala MM

 

rzeka

 

On jest Źródłem, ja – rzeką.

 

Coraz bardziej to dostrzegam, tocząc się wartko przez pejzaże życia.

Nie byłoby mnie, gdyby nie On, jak nie ma rzeki bez źródła.

Swoimi wodami łask rzeźbi moje brzegi, pogłębia koryto i pcha ku morzu. Sycona Nim, mijam kolejne mile czasu i tylko dzięki Niemu mogę dawać, bo nic swego nie mam. Tylko Jego wody.

 

Szeleści i szumi we mnie, porusza kamienie i żwir na dnie, nie pozwala zasnąć ani stanąć, nawadnia brzegi, podniesie zwiędły kwiat, napoi złaknioną sarnę.

Sam, prawie bez mojego udziału, bez świadomości mojej.

– Dałaś mi tę książkę, tak mnie poruszyła – słyszę głos z brzegu.

– Powiedziałaś wtedy…Pamiętasz? to mi pomogło. – mówi drugi.

– Sms-y które wtedy pisałaś do mnie… wciąż je mam w telefonie.

 

A ja patrzę zdziwiona.

Bo to nie ja. To On zna słowa, którymi można pocieszyć, On wie komu dać książkę, a komu obrazek.

Nie ja.

Ja jestem tylko rzeką, przez którą toczą się nie-moje wody.

Nie pojmuję Jego działania we mnie, przeze mnie.

Nie ma w tym ani mojej zasługi, ani mądrości, ani żadnej cnoty. Może tylko moja zgoda.  Raz kiedyś wyrażona. Potwierdzona kilka razy.

Nic więcej.

To On jest Źródłem.

Ja – rzeką.

Nie mam nic, co nie byłoby od Niego.

Im bliżej Oceanu, tym bardziej to dostrzegam.

*  *  *

W najbliższym tygodniu nie będę tu pisała. Niech to będzie czas wielkich łask i dla Was i dla mnie.

Napełnijmy się jak rzeki wodą ze Źródła. Jeszcze raz przemyślmy kim jesteśmy i Kim jest On.

 

Życzę Wam błogosławionego Wielkiego Tygodnia🌸