Powrócić do domu.
Rozpakować walizkę, szybko nastawić pranie. Włączyć Armstronga i zabrać się za krojenie warzyw.
I już za chwilę dom ożywa, przeciąga się, budzi. I coś głęboko w tobie robi dokładnie to samo.
Twoje córki parzą herbatkę Rooibos z goździkami i miodem.
Szumi pralka, Louis wtóruje schrypniętym głosem, pachnie bulgocząca zupa. Mąż stuka piecem. Karmisz koty, odsłaniasz zasłony, zapalasz świecę, bierzesz różaniec.
Wracają do ciebie twoje własne oswojone myśli, wyglądasz przez swoje własne okno na coraz bardziej złocisty twój świat, przykrywasz się swoim ulubionym ciepłym kocem. Córki oglądają jedną ze swych ulubionych bajek.
Wszystko, co znane i swojskie znów wypełnia przestrzeń i serce.
Mościsz się w tym jak najwygodniej, dopasowujesz na nowo.

Bo nie wystarczy tylko przejść przez próg.
Powracanie jest długim i pełnym znaczących gestów procesem.
Każde powracanie.
