jesienność w nas

 

I znowu dni jak podświetlona od środka lampa o bursztynowym abażurze. Pełne blasku, igrających na deszczowych kroplach świateł, przeplatane na zmianę sznurami ulew i nićmi slonecznych promieni.

Jesień.

Spoglądam na nią, stojąc w oknie.

Raz się stroi w korale, purpury, świecące organdyny, innym razem snuje się jak ktoś chory w szarym szlafroku lub dama w żałobie z woalką mgły na strapionej twarzy. Jednego dnia śpiewa ptasimi trelami, krzyczy kluczami żurawi i przeciaga się jak zadowolony kot na ciepłym parapecie okna, innego dnia łka i szlocha w rynnach i rurach wentylacyjnych, wścieka się szarpiąc drzewa za ramiona.

Raz pogodna, raz pochmurna. Raz złota aż do oślepienia oczu, innym razem zszarzała i spopielała. Jednego dnia ożywiona i pełna mnogiego ruchu, drugiego – smętnie nieruchoma jak płyta grobowca. Raz lodowalata, innym razem jak piec rozgrzana i aromatyczna jak pierniki.

Nie można się nudzić z naszą jesienią. I nie można rozwikłać jej tajemnicy.

Ranek nie daje żadnej podpowiedzi, jaki nastanie wieczór. Noce nie wróżą nic o dniach, które po nich nastąpią.

Lecz czy nie podpowiada nam ona coś o naszym życiu? Przecież nie jest tak różna od nas samych, byśmy nie mogli w niej jak w lustrze siebie rozpoznać.

Nasze wewnętrzne zmagania i zewnętrzne burze. Nasze pogody i niepogody. Nieustanne napięcie między tym, co dziś i tym, co jutro. Nasza szalona dwubiegunowość, za którą sami nie nadążamy. Uporczywe przebijanie się światła przez zwaliska chmur. Odzyskiwanie równowagi po każdym zachwianiu. Łkania i nagłe w nich wyciszenia. Gniewy i pokoje. Zrywy i upadki. Nagłe przypływy sił wśród morza bezsilności. Nadzieja rozbłyskująca w ciemnych czeluściach. Śmiech przez łzy i płacz ze śmiechu.

Złoto i pajęczyny. Pajęczyny i wrzos.

 

Jest tylko jedna tajemnica większa od człowieka.

Bóg.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *