złoty liść

Wszędzie listki brzozy.

Na pasiastym chodniku w przedpokoju leżą dwa – jak podrzucone na próg listy. Jeden włożony za tapicerkę fotela mojego auta. Kolejny, ciekawski – z nosem przyklejonym do szyby okna na poddaszu, wydaje się zaglądać do pokoju dziewczynek. Następny robi sobie przejażdżkę na czubku mojego kalosza.
Gdy pada jesienny deszcz, wiatr strąca je w takiej obfitości, że zaiste trudno orzec, czy więcej spada kropel deszczu czy brzozowych liści.
Złota zawieja omiata głowę, złote naklejki przywierają do szarej mgły jesiennych myśli.
Jakby mi ktoś nieustannie podrzucał dowody miłości.

– Liściu złoty – szepcze czule raz po raz.
– Dlaczego mnie tak nazywasz? – pytam.
– Bo jesteś równie cenna jak krucha. Zrozum jedno i drugie. Przymij.

Zawsze jesienią doświadczam tak mocno swej kruchości. Nagle jestem zbyt słaba, by unieść ciężar własnych myśli. Zbyt wiotkie są moje słowa, by zmieścić choć namiastkę sensu. Więzną w gardle niewyczerpane jak woda ze studni, przy której zabrakło wiadra. Moje wysiłki marne i daremne.

Patrzę na jeżyny gronami całymi przewieszające się z lasu na podwórze, na ich czerwień płomienną.
– Nie dojrzeją już nigdy – myślę – Nie zdążą, nikogo nie nakarmią…
Po co płodność nikomu nieprzydatna?
Czasem czuję się jak one.

– Liściu złoty – szepcze znowu – twojej wartości nie mierzę przydatnością.

Kolejny brzozowy listek przywarł jak w pocałunku do szyby.

Jeden z miliardów i jeden jedyny.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 8 komentarzy

wysyp

Jesienią bywa obficie i prze- różnie.

Wszystko przesypuje się przez brzegi zmysłów.
Kolory, dźwięki, zapachy, szmery, wzdychania, szelesty, purpura, karmazyn, beże…

Serce wzbiera uczuciami jak paciorki winogron wzbierają słodko- cierpkim sokiem. Wystarczy jeden niedelikatny gest i czuje się zmiażdżone.

Smuteczki, nostalgia, żal, tęsknota, zachwyt, ukojenie…
Słodycz i gorycz położone obok siebie na jednym stole życia.
Jedwabistość i szorstkość losu.

Wycie wiatru w kominie i zadumana cisza zapadającego w sen sadu.
Chłód mokrej szyby auta o poranku i ciepły termofor przytulony wieczorem.

Wysyp.
Obfitość nie mieszcząca sie w żadnej skali.
Amplituda uczuć podobna falom podczas sztormu.

Jestem pośród tego jak mała łódeczka origami złożona rękami dziecka z kartki papieru.

Mała. Zachwycona. Bezbronna.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 1 komentarz

smak życia

Każda z nas bierze jedną zieloną poduszkę pod pachę i włochaty kocyk. Nasze kroksy z szelestem suną po trawie. Potem rytualne moszczenie się, układanie poduszek, zawijanie w koc. I już.
Leżymy na hamaku rozpiętym między brzozą a sosną.
O różnych porach dnia. Rano, w południe i wieczór. Między praniem a gotowaniem. Po zakupach i przed sprzątaniem.
Leżymy.
W międzyczasie wszystkiego. Pracy. Szkoły. Modlitwy.
Zdarza się nawet, że międzyczas rozciągamy jak gumę do pasujących nam rozmiarów:)

Laurka i ja.
Jej mała brązowa główka wciska się pod moją pachę, albo układa na brzuchu.
Aaaa.
I jeszcze bierzemy garść pudrowych miętówek.
Bez tego nasz międzyczas jest jak niedokończony obrazek. Bez tła smaku.

– Mamo, opowiedz mi znowu o jakichś dzieciach, które widziały Maryję. – słyszę stłumiony głosik.
– Ale ja już nic nie pamiętam.
– Przypomnij sobie – nalega głosik chrupiący miętówkę.
No i coś tam sobie zawsze przypominam. Dłuższe opowieści i te krótsze podobne do błysków na falach.
Zanurzamy się w nich obie. W historiach i w miętowym aromacie.

Dzięcioł puka nam nad głowami, szyszki co i rusz lądują obok i tylko cudem omijają nasze głowy. Przemknie jak duch nasza kotka. Zamiauczy. Zapachnie żywicą. Zastuka siekierą ze stodoły – to syn rąbie drewno na zimę.

Zatrzymać to. Zatrzymać wszystko w sobie. Dać osiąść jak grudkom złota na sicie. Na tym polega szczęście. Na niczym innym.
Nie ma go na końcu tęczy.
Sprawdzałam.

Bywa za to czasem na dnie ciemnych oczu moich bliskich i… na dnie filiżanki z kawą.

Złotodajna zwyczajność życia.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 6 komentarzy

wołanie

Czasem tak mam.
Zaszywam się w jakiś kącik zupełnie sama. Uciekam od ludzi, rozmów, zgiełku, wrażeń. Chowam się przed światem. Osłaniam ciszą.
Czasem tak mam.

Coraz częściej.
Pustynia woła mnie coraz głośniej. Wzywa. Wabi.
Bo moje serce przez lata wychowywało się na pustyni i tęskni do niej coraz bardziej i bardziej. Aż do bólu.
Dlatego znikam nagle spośród głośnych rozmów. Milknę w połowie ożywionej pogawędki. Wyłączam radio. Idę głęboko w sad. Zbiegam schodkami w środek siebie.

Potrafię być roześmiana. Potrafię być rozgadana. Bardzo aktywna i twórcza. Czasem wszędzie mnie pełno, a mój śmiech niesie się echem daleko. Potrafię żartować i śmieszyć. Potrafię być duszą towarzystwa. Paplać na wszystkie tematy i tańczyć na środku salonu.

Ale to nie cała prawda o mnie. Nawet nie ta większa jej połowa.

Gdy mówię ludziom, że jestem introwertykiem niedowierzają. Mój mąż i dzieci śmieją się do rozpuku.

– To, co widzicie na zewnątrz – mówię – to nic w porównaniu z rozległymi światami, które noszę w sobie. Ja bardziej żyję w środku niż na zewnątrz, choć na zewnątrz wydaję się wam taka bujna.

Pustynia woła mnie. Jej głos słyszę nawet w tłumie. Jej pieśń kusi nocami.

Drży jak rosa na liściu serca.

Dzika tęsknota, by już wrócić.

Utopić się w milczeniu.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 6 komentarzy

koniczynka, bez i kukułka

Siedzimy przy kuchennym stole. Lalcia rysuje liść koniczyny bez odrywania ręki. Czterolistny liść.
– Mamo, a czy da się znaleźć czterolistną koniczynę? – pyta.
– Tak. Kilka razy w życiu znalazłam – przyznaję.
– I co? Miałaś wtedy szczęście?
– Tak. Ale to nie od koniczyny.
– A od czego?
– Szczęście jest od Boga – śmieję się.

Ale córka drąży temat. Z drążenia i nieugiętości jest znana:)
– A opowiadałaś, że jak byłyście małe, to szukałyście na takim krzaku, którego nazwy nie pamiętam, kwiatków. On normalnie ma cztery płatki, a wy…
– My szukałyśmy takich z pięcioma – wchodzę jej w słowo – To był bez.
– Tak. I mamo mówiłaś, że zjadałyście taki kwiatek żeby mieć szczęście. I co? Miałaś?
– Tak. Miałam.- odpowiadam śmiejąc się na wspomnienie tego, co wyczyniałyśmy jako dzieci – Bo ja zawsze mam szczęście. I bez kwiatka.
– A to prawda – Lalcia nie ustaje – że jak się pierwszy raz usłyszy kukułkę i będzie się miało przy sobie pieniądze, to będzie się bogatym cały rok?
– Nie. Ja zawsze słyszę kukułkę bez pieniędzy, a i tak jestem bogata.

Hmmm. Lalcia się zastanawia.

– Ja też ostatnio jestem bardzo szczęśliwa – zaczyna się zwierzać – Bo często jeździmy na babskie zakupy – dodaje koronny argument.

🙂

Każdy ma – zdaje się – swoją własną miarę szczęścia, bogactwa, zdrowia, pomyślności.

I -bardzo często – własne powody, by być … nieszczęśliwym.

Zawsze mamy wybór.

Nawet w takich kwestiach.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 4 komentarze

oczy szeroko zamknięte

Miałam dziwny sen.

Nie pierwszy raz miewam dziwne sny. Mój mąż i dzieci śmieją się nawet z tego, bo, gdy im czasem rano opowiadam, nie mogą wyjść z podziwu co też to siedzi w mojej głowie.

Dziś w nocy musiałam koniecznie wstać. Przypominał mi o tym prozaicznie pęcherz.
Herbatka na noc to dobry pomysł, lecz ma też swoje ALE:)

Wstałam więc, usiadłam na krawędzi łóżka, skonstatowałam jednym uchem, że nasze starszaki wciąż – mimo później pory – rozmawiają i śmieją się na poddaszu.
– Co o oni tam robią w środku nocy? – zadałam sobie nawet w myśli retoryczne pytanie i skierowałam się w stronę ubikacji. Po drodze rzuciłam jeszcze okiem na salon i… nagle mnie wmurowało, bo oto mój syn stał w nonszalanckiej pozie przy parapecie okna.
– Przecież przed chwilą słyszałam jego śmiech i niski tembr głosu z góry – zreflektowałam nad wyraz przytomnie – Coś tu jest nie tak! Ja chyba nadal śpię!

I rzeczywiście.

W tym samym momencie poczułam, że wciąż leżę na łóżku, obok mnie śpi mąż, a pęcherz wciąż domaga się swego.

– Teraz muszę już naprawdę się obudzić – postanowiłam twardo i spuściłam nogi z łóżka.
Dwa głębokie wdechy i … genialna myśl. Stanę obok szafy, oprę się plecami o jej drzwi i ich chłód na pewno mnie otrzeźwi i wybudzi. Tak zrobiłam. Przyjemne zimno rozlało się po ramionach i plecach.

Super. Jestem obudzona.
Idę!
Wciąż słyszę rozmowy moich starszych dzieci z góry. No trudno, najwyżej się nie wyśpią na jutro. Przywileje młodości:) Ja tylko śmignę do łazienki i…

Staję w progu sypialni i zauważam, że drogę tarasuje mi sterta pluszaków, w tym jeden gigantycznych rozmiarów. A na schodach siedzi Ala i się uśmiecha.
– Skąd się wzięły tu te zabawki? – pytam córkę.
– Po prostu tu leżą. – odpowiada równie nonszalancko jak pierwej syn stał oparty o parapet w salonie.

Wtedy znów mnie olśniewa: Coś tu nie gra! Ja wciąż śpię!

I wszystko powtarza się od nowa. Pod moimi plecami miękki materac, okrywa mnie ciepła kołdra, a pęcherz… Ratunku!!!

Pętla.
Wpadłam w pętlę.
Jestem zupełnie świadoma, a nie potrafię wyjść ze snu. Myślę logicznie, a przebywam w surrealistycznej przestrzeni bez drzwi.
Zaczynam odczuwać panikę.
Wtedy pojawia się myśl jak koło ratunkowe:

Otwórz oczy. Rut, otwórz oczy!

Otwieram. Ciemność i cisza spowijają dom. Wstaję powoli niepewna czy aby na pewno… Wychodzę z pokoju. Spoglądam z niepokojem na parapet w salonie i schody. Pusto.

Udało się.

Wspomnienie snu – pętli jest jednak ze mną cały dzień. Porusza moje myśli, stoi w tle zdarzeń.

To był tylko sen.

Lecz ile razy w ciągu ostatnich dwóch lat słyszałam : „Wiesz Rut, czasem myślę, że to tylko zły sen. Że wystarczy się obudzić i wszystko będzie dobrze. Ale… nie mogę się obudzić”.

Życiowe tragedie. Rozwody. Zdrady. Śmiertelne choroby. Bliscy mi ludzie, przyjaciele w tunelach bez wyjścia.

Matrix.

Otwórz oczy. Otwórz moje oczy.

Proszę.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 3 komentarze

połamany

Dzwoni telefon męża.
Odbiera i od razu wiem, że to ktoś z przyjaciół na linii. Nie wiem skąd to wiem, ale ten błysk na twarzy, ton głosu…

– Wiesz, najlepiej klejem… – tłumaczy mąż – Nie. Zwykłym. Zresztą, przyjedź to ci go skleję. Mam klej. Chyba. Dobra, kup na wszelki wypadek… – takie mniej więcej słowa dobiegają moich uszu z całej przyjacielskiej pogawędki.
I nie byłabym kobietą, gdyby mnie ciekawość nie zżerała, gdy mąż odkłada telefon. Ale mój mąż dba o to, by żona nie została przez nic nadżarta, więc od razu wyjaśnia w krótkich słowach.
– Ksawery dzwonił. Kupił w meblach holenderskich stary krucyfiks i gdy wkładał go do bagażnika, Jezusowi odparła ręka. Zaraz przyjedzie.

Po pół godzinie srebrne auto zaprzyjaźnionego księdza ustawia się pod domem, w rozlanym na trawie cieniu brzóz. Przyjaciel uśmiecha się zza kierownicy, przytula wysiadając, a potem sięga do bagażnika.
– Zobacz jaki piękny – pokazuje mi – Oczy ma jeszcze otwarte i półotwarte usta. Jakby tuż przed śmiercią. Jeszcze takiego nie widziałem. Tylko ta ręka… – pokazuje odłamaną drewnianą kończynę.

Wchodzimy do domu, nastawiamy herbatę, a nasz stół staje się stołem operacyjnym dla Świętego Ciała.

Mój mąż skleja Chrystusa. Na drewnianym starym stole w naszej kuchni.
Szumi na kuchence czajnik w kropki, szeleści rozmowa i wiatr porusza firanką.

– Wyczyszczę Go w domu, umyję – mówi rozpromieniony Ksawery – Tylko jeszcze dwóch gwoździ brakuje. Chyba odpadły. Tego przy nogach i przy tabliczce. Może Adaś mi zrobi.

– Pewnie. Z kawałka drewna wystruga. – wyrażam zgodę w imieniu nieobecnego syna.

Rozmawiamy jeszcze. O tym, że pewnie jest z któregoś kościoła europejskiego. Wyrwany stamtąd i wyrzucony jak śmieć. Tyle figur, obrazów i kawałków kościołów widziałam już w sklepach z używanymi rzeczami z Zachodu.
Rok temu widziałam figurę Chrystusa, oderwaną tak brutalnie od krzyża, że oba ramiona były niemal wywichnięte do tyłu. Chciałam Go zabrać stamtąd. Ale sprzedawca stwierdził, że to zabytek. Kosztował 2 tysiące. Nie stać mnie było.
Śnił mi się po nocach. Połamany Bóg, uczepiony drutem do rury wentylacyjnej w sklepie ze starociami.

Teraz sklejamy tego Boga na naszym stole.

Ksawery raz po raz patrzy na niego z czułością i dumą jak matka na swoje dziecko.
Przybiegają dziewczynki, dotykają Dłoni, Stóp , Głowy w cierniach, wodzą palcem po żebrach. Potem biegną dalej do swoich spraw.

Zwykłe życie, dźwięki, zapachy, słowa…

Ale ta Obecność w samym środku zwyczajności. Naoczna dziś bardziej niż kiedykolwiek. Uświadomiona do samej głębi. Kojąca i bolesna jednocześnie.

Gdybym o Niej pamiętała stale. Gdybym wciąż miała to Ciało Umiłowane w samym epicentrum mojego życia… Gdybym nie łamała Mu nóg i rąk…
Nie spychała do zakurzonego kąta…
Nie jestem lepsza Umiłowany od tych, którzy odrywają Cię od krzyży świata, burzą Twoje świątynie, kpią z Twojej Matki, Aniołom obłamują skrzydła…

Nie jestem lepsza.

Co dzień po wielokroć Cię łamię.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 8 komentarzy

rozmówki zawracające serce znad brzegu niezaufania

Siedzę z Lalcią w kościelnej ławce. Czekamy na mszę. Za nami znajoma staruszka odmawia szeptem różaniec. Zaciąga ze lwowska. Uwielbiam zanurzać się wraz ze swoją cichą modlitwą w ten strumień jej słów prostych, dziecięcych prawie. „Zdrowaś Marijo, łaskiś pełna…”
Jest zwykły dzień. Powoli zbiera się grupka stałych bywalców mszy codziennych. Znamy się niemal wszyscy z widzenia, wymieniamy uśmiechami, wpisujemy w niepisane reguły kto gdzie siedzi i w jakim porządku wychodzimy w procesji do Komunii. Jeśli kogoś nie ma lub nagle zmieni ławkę, wszyscy to dostrzegą.
– Mamo – szepcze nagle Laurka, wskazując w kierunku figurki Matki Bożej – Co to za skrzyneczka?
Rzeczywiście u stóp wyraźnie brzemiennej Maryi, pod opuszczonym snopem spojrzenia Jej oczu stoi drewniana skrzynka.
– Tam ludzie wrzucają karteczki z prośbami do Matki Bożej. – tłumaczę.
– A ja też mogę?
– Możesz. Każdy może.
– To ja wrzucę.
– Dobrze.

Dzień kolejny.
Lalcia wystrojona w niebieską sukienkę odcina rożek kartki i zasiada do pisania.
– A o co chcesz prosić Maryję? – pytam zaciekawiona.
– O zdrowie dla cioci Ewy i żeby mamusia urodziła jeszcze jednego dzidziusia – odpowiada jednym tchem.
🙂
– Wiesz – zaczynam tonem negocjacji –Może nie pisz o tym dzidziusiu? Ja już jestem trochę za stara.
– Oj tam. – kwituje moje obiekcje i szrajbuje dalej długopisem po kartce.
Ostatecznie dziecię zapomina zabrać karteczki, co przypomina sobie dopiero w kościele.
A uwagę wszystkich rozprasza nieco puchate nasionko ostu, które wiruje ponad głowami unoszone wiatrem. Ktoś zdjął je sobie z włosów, ktoś dmuchnął, by poszybowało dalej:)

Niedziela.
Mężulek dowiaduje się o intencji.
– Niech ona tego nie pisze. Jeszcze Maryja wysłucha. – sugeruje mi na boku konspiracyjnie.
– Jak zechce wysłuchać to i tak wysłuchała. Czy się napisze czy nie:) – śmieję się trochę z niego.

I ostatecznie karteczka ląduje na dnie drewnianej skrzyneczki u stóp Maryi, a ksiądz ją odczytuje w przeddzień Wniebowzięcia Matki.

I wyraźnie słyszę ten śmiech perlisty nad głową. To Maryja z całym zastępem Aniołów śmieją się z naszego zakłopotania dorosłego i z tego „oj tam” Laurki.
Bo czyż nie dokładnie to powiedział Gabriel, gdy Maryja zmieszała się, że jakże to, że nie ma męża… I czyż nie to samo usłyszała Sara, gdy na wieść o przyszłym synu, zaczęła się śmiać w swoim namiocie.
Albo, gdy w naszych głowach rodzą się obiekcje na temat Wniebowzięcia. Że jak to wziąć ciało do nieba, że jest za ciężkie, a co z funkcjami fizjologicznymi i w ogóle komórki, ich rozpad…

– Oj tam. Żaden problem. – mówią Anieli.

Dla Stwórcy świata do dokładnie taka sama przeszkoda jak nasionko ostu, które odgania się dłonią i dmucha, by nie przysiadło nam na czubku nosa:)

Zaufajcie dzieci – mówi On – Ja wiem co jest dla was dobre. I kiedy daję i gdy zabieram, wszystko jest z miłości.

Jak bardzo czasem zawstydzają mnie moje dzieci i jak uczą czym naprawdę jest wiara i zaufanie Bogu.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 7 komentarzy

Mamusia, Buka i reszta

– Tatusiu Muminka!!! – krzyczę w stronę nadchodzącego – Posiedzisz ze mną i poczekasz na Bukę? – pytam już ciszej zbliżającego się.

Moszczę się właśnie na kolorowym leżaku, opatulam dokoła wiekowym pledem w paski, co to go mężulek wniósł w wianie do wspólnego gospodarstwa:)
– Buka idzie. – tłumaczę wskazując niebo o kolorze mokrego betonu.
Odległe huczenie i buczenie potwierdza tylko moje słowa.

Mąż staje obok i uśmiecha się.
Wie o co chodzi. Nie muszę mu nic tłumaczyć. Zna i swoją żonę zbzikowaną i tę słynną scenę z Muminków, gdy nadchodzi groźna Buka, a rodzina Muminków czeka na nią z drżeniem serca na werandzie swojego domu.
Nie mamy co prawda werandy, ale nasze patio – częściowo zadaszone od góry zielonym balkonem – nada się wyśmienicie.

Buka jest dokładnie taka jak w bajce – bura i hucząca, omiatająca wszystko chłodem i świszcząca wiatrem.
Tylko brakuje przerażenia w sercu, bo burze nie są dla nas straszne i lubimy na nie czekać i je oglądać.
Siadamy więc sobie pod zadaszeniem, Nusia przynosi mi herbatę imbirową, mąż zagryza strach miętową czekoladką, a dziewczynki zakładają kroksy żeby pobiegać pomiędzy pierwszymi nabrzmiałymi kroplami deszczu.
Tak długo był upał i spiekota.
Wszystko wokół czeka i drży z podniecenia przy każdym głuchym pomruku. Drzewa szepczą modlitwę błagalną o deszcz. Pewnie tę samą, którą czasem intonuje w czasie susz nasz znajomy organista: „Boże Abramów…”

Ala też się przysiada, a syn zawisa ciężko na oparciu mojego leżaka w tropikalne kwiaty.

Dziewczynki z piskiem wskakują do domu. Równa grzywa deszczu opadła na ziemię. Daleki flesz światła rozjaśnił na chwilę niebo.

Jest. Zaczęło się. Przyszła.

Siedzę zupełnie jak Mamusia Muminka, otoczona swoją rozgadaną gromadką, na werandzie swojego domu, z kubkiem gorącym w łapkach. Myślę nawet przez chwilę czy by nie pójść i nie przynieść mojej muszli potrzebnej do ubłagania Buki żeby sobie poszła. Ale myśl tę odganiam szybko jak muchę.
Wolę patrzeć jak rozsiada się szara plucha na moich kwiatach, trawach i zemdlałych krzewach.

Jedyne co mnie teraz różni od Mamusi Muminka to brak białego ogonka:)

Bo znikam też czasami zupełnie jak ona.
– Mamo, mamo!!! – rozbrzmiewa wtedy niemal natychmiast świergot Laurki, a zaraz po nim tupot stóp wielu. Trwają poszukiwania:)
– Aaaaa!!! Tu się ukryłaś! – odkrywa najstarsza córka, zaglądając za skrzydło zielonych drzwi.
– „Mamy nie gubią się tak łatwo. – zaczynam z pamięci cytować fragment książki Tove Jansson – Zawsze je można znaleźć w jakimś kącie…
– Wystarczy tylko poszukać.” – kończy cytat Ala.
Posyłam jej uśmiech za skrzydło zielonych drzwi.
– Pamiętasz – mówię.

Od-uśmiecha się kocio.

Choć, gdy ktoś mnie pyta z kim utożsamiam się najbardziej, odpowiadam zawsze: Z Włóczykijem.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 3 komentarze

odwiedziny

Pierwszy raz chyba tak przyjmowałam gościa w domu. Spod kołdry, z oczami płonącymi gorączką.
– Och jo. – powiedział tylko ze współczuciem gość, gdy mnie tak zastał.

Kawusiowa trafiła pod nasz zielony dach akurat, gdy wirus straszny przetaczał się jak czołg po nas wszystkich. Po mnie akurat – zrobiwszy koło – przetaczał się po raz drugi.
Więc wszystko było inaczej niż zaplanowaliśmy.
Ale czyż nie tak bywa często w naszym życiu.
I choć nasze plany nie realizują się według naszych założeń, to przecież nie znaczy, że nie ma planu ani żadnych założeń.
Czasem po prostu trzeba przyjąć co przychodzi bez obrażania się. Zwłaszcza to, na co i tak nie mamy wpływu.
Deszcz. Upał. Chorobę. Starość.

Kiedy więc leżałam walcząc z gorączką, Kawusiowa spokojnie mogła uczyć się robić na drutach skarpetki. Czasem choroba odpuszczała na chwilę i w antrakcie dramatu coś udało się wspólnie pozwiedzać. Podczas takich spacerów pasjonatka fotografii z upodobaniem uwieczniała najbardziej rozsypujące się kamieniczki starego miasta, więc jeśli ktokolwiek kiedykolwiek obejrzy jej zdjęcia z wyprawy w nasze rejony świata, dojdzie zapewne do przekonania, że nie podnieśliśmy się jeszcze z ruin i zgliszczy po drugiej wojnie:)

Potem znów dopadała mnie gorączka. Lecz, gdy spałam, Kawusiowa nie traciła czasu ani rezonu i biegała po okolicznych polach robiąc im portrety w świetle „złotej godziny”. Krzyże. Domy. Malwy przy płotach. Nawet moje spinacze do prania poetycko rozpięte jak uwertura na sznurze.

I w sumie wszystko się udało. Rozmowy. Wspólne gotowanie. Opowieści na tarasie. Żarty na patio. Czasem na moim łóżku, w kipieli kołder i z akompaniamentem elektronicznym termomentru. I pół skarpetki się udało. W paski, rozmiar 40:)

Jednego tylko nie zrobiłyśmy. Nie napiłyśmy się wspólnie kawy, bo garściami łykane tabletki przeciwgorączkowe zupełnie odebrały mi chęć do picia tego aromatycznego napoju, od którego Kawusiową Kawusiową zowią.

Ale wszystko jeszcze kiedyś może się zdarzyć. I zdarzy się. Pewnie znowu inaczej niż zaplanujemy.

Kawusiowa odjechała zostawiając na naszym stole łąkę pełną włóczkowych kwiatów. I wspomnienie toruńskich pierników.

I myśl cieplejszą niż najcieplejszy koc, że…

dobrze jest człowiekowi być z drugim człowiekiem.

ps. Prawie wszystkie zdjęcia są poczynione ręką i aparatem Kawusiowej:)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 6 komentarzy