uwalnianie burzy

 

– Lubię jak pada – mówi Lalcia z kocim uśmiechem.

– Dlaczego? – pytam.

– Bo tak.

– Wtedy można czytać książkę – wtrąca Hania.

– Albo oglądać film, a do niektórych filmów potrzeba specjalnej atmosfery – dodaje młodsza córka.

Mojemu mężowi deszcz też dobrze się kojarzy. Wychował się na wsi, gdzie od rana do nocy wciąż była ciężka praca. Odpocząć po swoim mozole można było tylko w nocy lub… gdy padało. Więc deszcz kojarzy mu się właśnie z błogą chwilą wytchnienia, snem, książką, muzyką, ciszą.

Ja też lubię deszcze, a zwłaszcza burze. Od dziecka mnie fascynowały. Jako nastolatka podczas burzy otwierałam na oścież okno mojego pokoju, siadałam w nim i urzeczona patrzyłam jak żywioł miota starymi jabłoniami w sadzie sąsiada, jak zmywa głowę ulicom, zamieniając je w rwące potoki.

Moja mama strasznie bała się burz i próbowała ten strach zaszczepić nam, każąc zasłaniać okna, chować się w miejscach, gdzie ona nie dosięga. Ale nie udało się to. Ja, gdy zaczyna się burza, krzyczę do moich dzieci: „Buka idzie” i często wychodzimy na taras domu, siadamy pod daszkiem i oglądamy wspaniałe widowisko. Albo nawet … biegamy w strugach deszczu po podwórku.

Dlaczego tak to lubię? Może…

* * *

Czasem leje wokół nas i w nas.

Deszcz jest potrzebny, podobnie jak łzy, a burza i gniew mają wiele wspólnego. Gdy więc pada i grzmi, coś się w nas uwalnia, coś oczyszcza. Cichniemy coraz bardziej wraz z hukiem błyskawic, uspokajamy się w porywach szalonego wichru, jaśniejemy wraz z niebem coraz bardziej przejrzystym po burzy. Coś zostaje ukojone, ukołysane, wyrażone. Bez zbędnych słów, bez gestów, bez dramatów.

Może dlatego lubię rzęsiste deszcze, porywiste wiatry i żywioł burzy. Są jak alegoria niektórych stanów duszy. Są jak ścieżka wgłąb, jak otwarcie na oścież okien. Wyrażenie nienazwanego smutku, szaleństwa, tęsknoty, pasji, rozdarcia serca, które stale nosimy w sobie.

Siadam wtedy na progu domu i patrzę. Nie jak widz, lecz jak ktoś, o kim sztuka traktuje. Jak główny bohater.

* * *

Może po to są żywioły. Byśmy mogli poznać i odnaleźć siebie. I siebie oklaskiwać, bo tak wiele burz i deszczów za nami, a my wciąż jesteśmy, trwamy.

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 4 komentarze

blizna

 

Przecierając umywalkę, spojrzała w wielkie lustro nad nią. Było upstrzone przez muchy i kropeczki z pasty do zębów, ale nie to przykuło jej uwagę.

Lecz jej brwi, jak skrzydła popielatej ważki. A jedno z nich przecięte. Przesunęla palcem po tej starej bliźnie i od razu w głowie odrodziło się tamto lato, gdy jako mała dziewczynka bawiła się z młodszą siostrą w ciuciu – babkę. Zamknęła oczy i z wyciągniętymi przed siebie rękoma szła słonecznym podwórkiem żeby złapać siostrę. I wtedy to się stało. Na chwilę, dosłownie na chwilę opuściła ręce, które miały ostrzegać przed przeszkodami na drodze. Metalowe przęsło bramy i ciepła strużka krwi spływająca ze skroni w dół po policzku.

Jeszcze raz przesunęła palcem po tym miejscu.

Uśmiechnęła się do lustra.

To nic. Zupełnie nic.

Przecież miała blizny o wiele większe i tak głęboko ukryte, że nie dałoby się ich ugłaskać dłonią. A jednak żyła, pomimo nich, a może też trochę dzięki nim. Bo choć ona ich przygładzić nie mogła, był Ktoś, Kto docierał do każdej i zalewał oliwą, by nie krwawiły na wieki.

Czasem idziemy po omacku – jak dzieci grające w ciuciu-babkę… Czasem opuszczamy gardę, bo nie sposób iść całe życie, wciąż się asekurując… Czasem trzeba zaryzykować… Czasem zderzyć się z twardym murem, przęsłem bramy, obojętnością drugiego człowieka…

Ale to nic, zupelnie nic. To jest już wliczone w rachunek zwany życiem.

Ktoś inny zapłacił należność. Z nawiązką.

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

skraj-ności

 

Czasami jest w naszym życiu pustynia i posucha, gdy zmagamy się z brakiem, niezaspokojonym głodem czegoś. To wymagające okresy w naszym życiu, naznaczone cierpieniem i rozterką, sprawdzają nas jak się sprawdza srebro i wypalają jak się wypala złoto w ogniu.

Ale przychodzą także czasy nadhojności, gdy otrzymujemy wszystko z naddatkiem, nie tylko to, czego potrzebujemy, ale dużo dużo więcej. Jak male dziecko zasypane przez ciocie i dziadków słodyczami i zabawkami. Nie do przejedzenia, nie do przebawienia, nie do ogarnięcia okiem, rozumem ani sercem.

I wbrew pozorom to też nie jest łatwy czas w naszym życiu. Wzywa nas do czegoś innego, uczy wdzięczności i mądrości wyboru, samoograniczania się, dyscypliny niewymuszonej, lecz takiej, która jest osobistą decyzją.

* * *

U nas w tym roku prawdziwa klęska braku owoców. Na skutek paru celnych uderzeń przymrozków na wiosnę zostały uszkodzone kwiaty lub już zawiązane owoce. Nie było więc wiśni, czereśni, brzoskwiń, śliwek, nie będzie jabłek, aronii, orzechów ani gruszek. Ostatnio jednak w trakcie wakacyjnych wyjazdów odwiedziliśmy inne rejony, a tam – ku naszemu zdumieniu – klęska urodzaju. Drzewa i krzewy uginają się od owoców, trzaskają gałęzie, a ludzie zdezorientowani nie wiedzą co począć z całą tą obfitością plonów. Nie da się tego przejeść, przerobić, nikt nie nadąża nawet z zebraniem wszystkiego.

Zadaję sobie pytanie czego uczy nas niedostatek i obfitość i myślę o tym jak naprzemiennie goszczą w naszym życiu.

Jedno i drugie ma sens, choć często zbyt pochopnie sensu się im odmawia. Bo na pierwszy rzut oka i z pozoru jedno i drugie wydaje się rodzajem szaleństwa. Jak każda skrajność w naszym życiu. Nazywamy je nawet plagami. Plaga nieurodzaju i plaga urodzaju.

Ale też każda skrajność prowadzi nas na brzeg, na sam ostry szary klif, wyprowadza ze środka równowagi, sprawdza nasze granice. Czy są mocne, odporne? Czy nie wpadnę w utyskiwanie i użalanie się, gdy nie mam nic lub prawie nic, gdy jestem głodny i spragniony, sam, chory, bez pracy? Czy nie oszaleję z nadmiaru, nie stanę się pyszny i nie dam się zwieść pokusie samowystarczalności, gdy mam aż nadto i wszystko się wiedzie?

Więc chodzi o pokorę. I tu i tam. Na pustyni i w rajskim ogrodzie obfitości. I o zaufanie w sens wszystkiego, co się nam przydarza.

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 2 komentarze

przerabianie

 

Obrywam listki mięty i wysypuję na tace do suszenia. Będzie herbatka, choć nie łudzę się, że aż na zimę, bo zbyt szybko idzie w naszym domu. Resztę mięty zalewam wodą w dużej misie, tak musi postać parę godzin, oddać wszystkie swoje aromaty i całą swoją magię. A potem ugotuję z niej złoty sok.

Teraz pietruszka: natka do wody, osuszyć, posiekać, w słoiki i do zamrożenia. Korzeń obrać, pokroić w kostkę, w woreczki i zamrozić. Czeka jeszcze worek marchwi i drugi buraków do przerobienia na ulubione całej rodziny sałatki- buraczki konserwowe z papryką.

Jabłka pójdą na ciasto, gruszki do zjedzenia. Śliwki niestety od wczorajszego wieczora nie przetrwały, więc kompotu nie będzie, ani ciasta śliwkowego. Nie będzie nic.

Tak już jest z przerabianiem tego, co się zebrało. Czasem naprawdę trzeba się spieszyć, by nie zmarnować tego, co dała ziemia. Czasem można poczekać, ale i tak nie można tak po prostu zlekceważyć plonów, bo je zmarujemy.

Zawsze nieswojo się czuję z myślą, że w lesie obok są jagody, a ja ich nie zbieram, albo, że porzeczki na krzakach dojrzały, a ja nic z tym nie robię. To jakby zlekceważyć samego Boga i Jego dobroć.

* * *

Czyż nie tak jest właśnie w naszym życiu?

Gdy uczeń lub student ma już wystarczająco informacji i danych, musi je przerobić, bo inaczej ulecą z pamięci i nic nie zostanie. Zmarnowany czas, zmarnowane szanse.

Gdy malarz ma płótna, pędzle, farby, zdolności, a wokół siebie tyle piękna, czy może siedzieć z założonymi rękami? Gdy ktoś ma dar do pisania, a słowa same zaprzęgają się jak rumaki w jego głowie, czy może nie wziąć długopisu, pióra lub nie zasiąść przed komputerem, by to uwiecznić?

Życie nieustanne zasypuje nas swymi darami. Wydarzenia, rozmowy, relacje, doznania, tragedie i wielkie szczęścia, porażki i zwycięstwa, małe i duże zbiegi okoliczności. Ale jeśli ich nie przerobimy, nic lub niewiele z nich skorzystamy. Nie nasycą nas, nie sprawią, że dojrzejemy, urośniemy, nie dodadzą sił ani mądrości. A przecież po to są. Mają nas karmić. I nie tylko nas. Bo przerabiamy je nie tylko dla siebie.

Jeśli nie przerobimy otrzymanych darów, odejdą w zapomnienie i nie zmienią nic w nas ani wokół nas. Będą jak te śliwki zostawione na noc, które są już tylko pożywieniem dla chmary much.

A czasem „przerobić” to zwyczajnie przemyśleć i przemodlić. Do końca, na wskroś i z przypisami:)

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

cytat

 

Dziecko, które urodziłaś, waży 10 funtów.

Jest w nim osiem funtów wody i garść węgla, wapnia, azotu, siarki, fosforu, potasu, żelaza, Urodziłaś osiem funtów wody i dwa popiołu. A każda kropla tego twojego dziecka była parą chmury, kryształem śniegu, mgłą, rosą, zdrojem, mętem kanału miejskiego. Każdy atom węgla czy azotu wiązał się i rozwiązywał w miliony różnych połączeń.

 

Tyś tylko zebrała to wszystko, co było.

(…)

Wśród milionów ludzi urodziłaś jeszcze jedno — co? — źdźbło, pyłek, — nic.

 

Takie to kruche, że je zabić może bakteria, która 1000 razy powiększona, jest dopiero punktem w polu widzenia…

 

Ale to „nic” jest bratem z krwi i kości fali morskiej, wichru, błyskawicy, słońca, drogi mlecznej. Ten pyłek jest bratem kłosu, trawy, dębu, palmy, — pisklęcia, lwiątka, źrebaka, szczenięcia.

 

Jest w nim, co czuje, bada, — cierpi, pragnie, raduje się, kocha, ufa, nienawidzi, — wierzy, wątpi, przygarnia i odtrąca.

 

Ten pyłek ogarnia myślą wszystko: gwiazdy i oceany, góry i przepaście. A czym jest treść duszy, jeśli nie wszechświatem, jeno bez wymiarów?

Oto sprzeczność w istocie człowieczej, powstałej z prochu, w której Bóg zamieszkał.

 

(Janusz Korczak ” Jak kochać dziecko”)

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 3 komentarze

biedronka

 

Cudownie jest tak zatrzymać się i patrzeć. Nic więcej. Oglądać mały cud śmigający po balkonie, pokonujący niebotyczne przeszkody z zeszłorocznych liści i nasionek brzozy. I uśmiechać się, widząc jak mały czerwony koralik radzi sobie ze wszystkim. Nawet z różową, bardzo włochatą skarpetką i z wielką lodową górą mojej nogi.

Na swoich małych krzywych nóżkach, zataczając się jak czerwony miniaturowy samochodzik, brnie przez ogromniasty świat naszego balkonu. I nie wie zupełnie nic, że nad nią wielkie oczy i dobra myśl i pogodny uśmiech wisi.

Cudownie jest tak zatrzymać się, patrzeć, uśmiechać. I pomyśleć na końcu o sobie jak o małym czerwonym koraliku, toczącym się po czyjejś dłoni bezpiecznie.

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

powrót

 

Nie jestem tutejszy

wiem to już od dawna.

(x.J. Szymik)

 

Mówią, że trening czyni mistrza. A co trenujemy wyrwale, dzień po dniu, całe życie?

Powroty do domu.

– Wraca pani do domu? – zapytał mnie pewnego dnia jeden z moich uczniów.

– Tak, wracam – rzuciłam szybko i ruszyłam w kierunku mojego sfatygowanego srebrnego auta.

” Wracam do domu” powtórzyło jak echo serce, lecz nie myślało wcale o zbudowanym z czerwonej cegły i przykrytym zielonym dachem domku pod lasem, do którego jechałam.

* * *

Kochamy ten dom. Zbudowany rękami moich przodków z cegły, którą także mozolnie ulepiły ich dłonie. To cała historia. Był kiedyś, jeszcze kilkanaście lat temu oborą i tętniło w nim zupełnie inne życie niż to nasze teraz. Podnieśliśmy go z ruiny, potem także w randze i godności, otuliliśmy go ogrodem, kwiatami, krzewami, wypełniliśmy śmiechem, ludzkim gwarem, muzyką i szumem czajnika, zapachem ciasta i zupy. I tak oto stał się „domem otulonym lasem” dla nas i naszych dzieci.

Uwielbiamy to miejsce. Nie tylko dlatego, że jest naszym domem, lecz także dlatego, że długo na dom czekaliśmy i dużo nas kosztował. Pracy, potu, czasu, starań, wyrzeczeń.

* * *

I oto teraz do niego wracam. Moje autko co dzień sunie wąską wiejską szosą. Pomiędzy łanami zbóż lub zaspami śniegu, przez las złoty od jesiennych liści lub osrebrzony szronem. Wracam do domu poprzez dni szare i płaczliwe i wtedy, gdy uśmiechają się słońcem i kwileniem ptaków. Czasem wracam nocą lub przez gęstą, białą jak rozlane mleko mgłę sunącą znad pól. Prawie nic wtedy nie widzę, jadę niemal po omacku, wiedziona nikłą strużką światła płynącą z reflektorów auta. Czasem pod koła wyskoczy zając, czasem sarna, zanurzona w zielonym morzu młodych zbóż, spojrzy łagodnie .

Mijam kilkanaście kapliczek i krzyży. Jeden z nich lubię najbardziej. Stoi w szczerym polu i rozkłada szerokie masywne ramiona na tle nieba. Jakby każdego podróżnika chciał przywitać i objąć. Tak, bo droga nie może być bez krzyży. Dosłownie i w przenośni. Kiedyś ludzie to doskonale rozumieli, dziś – coraz mniej.

* * *

Piękna jest moja droga do domu i są dni, gdy zachwycona zatrzymuję auto, wychodzę i patrzę na całe to piękno, robię zdjęcie lub parę kadrów filmu. Piękno domaga się uwiecznienia i pamiętania, rozszerza serce.

Ale nie mogę zostać tak w połowie drogi, nawet najbardziej uroczej. Po chwili wsiadam spowrotem za kierownicę i ruszam. Dom czeka.

On jest celem, nie droga.

* * *

Wracam tak dzień po dniu, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku. Nieustannie trenuję powroty. I coraz bardziej rozumiem, że te codzienne powroty są metaforą i przygotowują mnie do czegoś, co na horyzoncie.

Ja wracam do Domu.

Wszyscy wracamy.

Bo nasze życie nie jest drogą do nikąd czy wiecznym błąkaniem się, tułaczką bez sensu, wędrówką lecz powrotem.

Różne są nasze drogi. Jedne łagodne jak aksamit, inne bardziej kamieniste. Jedne ledwo widoczne pod stopami jakby pierwszy raz wytyczane i przemierzane, inne – dobrze ubite i oznaczone na mapach. Te z licznymi krzyżami i mniej forsowne. Wśród kwiatów i cierni. Samotne i bardzo ludne. Słoneczne i ocienione.

Bywa, że podróż jest bardzo długa, lub króciutka jak jedno tchnienie.

Wracamy do domu. Bo nawet najpiękniejsza z dróg nie udzieli schronienia, nie otuli jak dom, nie nasyci serca, nie ugości. Nawet najdłuższa droga nie stanie się mieszkaniem.

Dlatego na końcu naszych dróg, błądzeń, wędrówek, podróży, górskich szlaków jest DOM.

Codziennie trenujemy powrót do niego. Każdego dnia tęsknota – mniej lub bardziej uświadomiona – rozrywa serce. Bo ono jest niespokojne dopóki nie spocznie w… Domu.

Życie to droga. Aż i tylko droga. Droga powrotna. Bo nie stąd jesteśmy, choć niektórzy z nas – utrudzeni wędrówką lub zwiedzeni manowcami – o tym zapomnieli.

Ale serce wie. Jest jak mały opiłek metalu, który drży w obecności magnesu. Coś je z wielką siłą przyciąga, zmusza do powrotu, woła…

 

Wróć synu, wróć z daleka

Wróć córko,

wróć, Ojciec czeka…

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

talent:)

 

Max opowiada anegdotę o pisarzu Stephanie Kingu.

( Od razu zastrzegam, że nie czytam jego książek, ani żadnych tego typu, po których lekturze włos jeży się na głowie, a noce stają się nieprzyjemnie bezsenne:)

Więc Max opowiada, że King jest bardzo systematyczny i codziennie stara się napisać siedem stron kolejnej powieści. Stąd jest bardzo płodnym twórcą.

– Ale – dopowiada mój brat – King kończy zwykle swoje codzienne pisanie w momencie, gdy sam zaczyna się bać tego, co właśnie napisał.

– O, to ja skończyłabym pisać po jakichś dwóch, trzech zdaniach – śmieję się.

 

I zaprawdę nie wiem czy to bardziej świadczy o moich zdolnościach pisarskich, czy o rozmiarach mojego tchórzostwa:)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

podróż sentymentalna

 

Podróż bez pośpiechu po moim studenckim mieście.

Mieście, o którym ja pamiętam tak wiele i tym samym, które mnie doskonale pamięta. Choć i ja i ono zmieniliśmy się nie do poznania przez ostatnie 26 lat:) Moja miłość od pierwszego wejrzenia, miasto ważnych dla mnie ludzi, miejsce moich studenckich pasji poznawczych, miejsc i chwil, które wpisały się na stałe w historię mojego życia, mojej największej miłości życia.

Tutaj, dokladnie tu powiedziałam mu…, a tutaj chodziliśmy na spacery, tam jest taka uliczka, którą szliśmy do biblioteki na Szopena, a tu był sklep ( już go nie ma), gdzie kupiłam tę sukienkę w beżowe kwiaty, którą mam do dzisiaj. Ten autobus nazywaliśmy krajoznawczym, a do tego kina chodziliśmy. Tutaj są takie schody, a tam lodziarnia, do której poszliśmy zjeść lody w moje urodziny ( w styczniu!!!). Na tej ulicy kupiliśmy pierścinek zaręczynowy, a w tym szpitalu urodziłam Alusię. Tu uczyła się moja siostra, jeździłam do niej 26-ką. Tam stała taka budka, a w niej były drożdżówki i owoce, zawsze była kolejka, a na kopytka chodziliśmy na Medyczny:) Czasem, w największe mrozy spadały szelki trolejbusom i musieliśmy brnąć na piechotę przez śnieg aż na Poczekajkę. Tędy szłam do pracy, a tu na rogu był taki sklep z drogimi sukniami – Parisette.

I tak można bez końca snuć wspomnienia.

Jestem nimi opleciona i połączona z tym miastem jak tysiącem cienkich niteczek.

A jednocześnie to miasto wciąż mnie zaskakuje, bo – choć wydaje mi się, że tyle o nim wiem, a moje losy splotły się z nim na długich sześć lat życia – to nie sposób je poznać do końca. Wciąż i wciąż jak magik wyjmuje coś nowego z kapelusza. Wystarczy tylko parę kroków skręcić w lewo lub obrócić się przez prawe ramię, spojrzeć w górę lub pod nogi, zatrzymać się i popatrzeć. I stajesz jak wryty. Urzeczony. Oszołomiony.

To jak poznawać człowieka. Wciąż i wciąż za mało, by powiedzieć z pełnym przekonaniem: „znam go” lub ” niczym mnie już nie zaskoczy”

Taki jest Lublin. Żywy, barwny, pełen śladów historii i otwarty na przyszłość, zielony, tętniący, nieokielznany, stary i młody, tajemniczy, pociągający. Jedyny.

Mieliśmy tu zostać, ale Bóg zdecydował inaczej. Pokierował nas do innego miejsca, które pokochaliśmy z wzajemnością. Tak jest dobrze. On wie lepiej

Ale stara miłość nie rdzewieje, więc cieszę się za każdym razem, gdy tu wracam.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

więcej

 

Mój brat przyjechał z wizytą. Jeden z braci, bo mam ich aż trzech. I trzy siostry.

Ale tym razem przyjechał ten średni brat, Max ornitolog. Siedzi z nami na patio i pomiędzy frazami rozmowy, rzuca nazwy ptaków, które właśnie malują barwne tło do naszych głosów.

– Katurka – mówi, wymownie podnosząc palec do góry jako kaznodzieja.

– Jaka kapturka? – pytam.

– Taki ptak. Właśnie śpiewa.

– Nie żartuj – obruszam się – Nie ma takiego ptaka.

– No jak nie ma? – unosi się doktor ornitologii – Ty nawet nie wiesz jakie ptaki tu masz.

– Wkręcasz mnie – mówię podejrzliwie i mrużę jedno oko, lustrując jego twarz.

Na usprawiedliwienie muszę dodać, że mój brat często mnie nabierał, więc muszę być ostrożna:)

– Daj – mówi on, wyciągając wielką jak bochen chleba dłoń po mój telefon – zainstaluję ci taką aplikację do rozpoznawania ptaków, to się trochę nauczysz – kończy pobłażliwie.

* * *

I tak oto zostałam uzbrojona w nową apkę. Teraz niemal każdy poranek spędzam, siedząc na progu domu z kubkiem kawy i włączonym analizatorem ptasiego śpiewu.

Tak, miał rację Max. Mamy tu zatrzęsienie kapturek. Prawie umiem już rozpoznać głos pierwiosnka. No i w końcu wiem który to ptak tak strzyka, gdy idzie na deszcz.

Pliszka:)

Zresztą, gdy – idąc po drewno do pieca – podchodzę zbyt blisko jej dziupli z małymi, też strzyka.

Miło jest się nauczyć nowych rzeczy i mieć nadzieję na kolejne nieodkryte lądy.

Ostatnio mężulek wyznał w przypływie szczerości:

– Lubię robić, to co robię. Sprawia mi to dużo satysfakcji, ale nie chciałbym na tym poprzestać, chciałbym robić coś jeszcze zupełnie innego, nowego.

A i ja mam coraz większe pokusy, by zrobić coś jeszcze innego.

Coś jeszcze oprócz uczenia dzieci w szkole, pisania, malowania obrazów, uprawiania kwiatów, pieczenia drożdżówek z jagodami, robienia milionów zdjęć…

* * *

Nieokiełznana potrzeba „czegoś jeszcze”, która nie wygasa w nas nawet w chwili śmierci. Człowiek jest jedyną istotą na ziemi, która transcendentuje samego siebie, wykracza poza siebie, poza granice swego ciała, swego doczesnego życia… Wciąż i wciąż chce iść naprzód, nieustannie chce czegoś więcej, żyje w niekończącym się rozwoju i nie sposób tego zatrzymać, bo zaczyna się dusić i umierać ze stagnacji.

Bo ptak nie będzie chciał jeździć rowerem, a słoń – latać, żaden lew nie zamarzy o wymyśleniu nowej potrawy, a żyrafa nie będzie uczyła się nowych języków. Żaden świerszcz nie pomyśli o spisaniu swej melodii przy pomocy nut, ani wieloryb nie będzie snuł refleksji na temat życia wiecznego, kapturka nie odkryje, że lubi malować obrazy, a pliszka już zawsze będzie strzykała przed deszczem…

Tylko człowiekowi wciąż mało i mało, jakby skóra była za ciasna, dni zbyt krótkie, słów zbyt mało, za mało miłości, światła za mało…

Jakby chciał się wyrwać sam z siebie. Jakby nie do końca pasował do ograniczoności tego świata.

Jakby…

… nie miał końca.

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii filozoficznie | 4 komentarze