akty spokoju

 

Codziennie robię małe akty spokoju. Siadam rano na fotelu przy uchylonych na taras drzwiach, powoli sączę kawę, grzeję dłonie o kubek… Wystawiam często twarz na słońce, mrużę oczy i widzę wybełtane, tańczące kolorowe światło… Słucham ptaków odróżniając poszczególne trele… Staję boso na trawie. Moje stopy pomiędzy stokrotkami, których doczekałam się w końcu całe morze…

Chodzę po sadzie z różańcem, siadam opierając plecy o pień którejś z brzóz, pozwalam by szmery świerszczy przeplatały się z moim szeptem, gdy odmawiam Zdrowaś Maryjo… Patrzę w ogień, gdy rozpalamy rodzinne ognisko, wyciągam dłonie, by poczuć ciepło, dłubię potem patykiem w dogasających iskrach, które jak gwiazdy lśnią na atłasie popiołu… Zrywam kwiaty i ustawiam je wszędzie, w małych, dużych i wielkich wazonach, w buteleczkach, filiżankach, a gdy przekwitną suszę na zimę… Robię co dzień kolejne dzbanki wody z cytryną i miętą. Mieszając, patrzę jak wirują zielone listki i słoneczka krążków cytryny…

Zanurzam twarz w zapachu bzu i azalii, szukam konwalii, oglądam z bliska maleńkie owoce jagód, głaszczę mech, cieszę się zapachem prania schnącego na podwórku, bujam się powoli w hamaku brazylijskim i patrzę na zachody słońca: co dzień inne i co dzień urocze.

Śledzę dopełnianie się księżyca i rośnięcie małych włochatych główek, w których ozdobne maki chowają jeszcze swoje kwiaty. Obserwuję tańce motyli i niezgrabne ruchy trzmieli. Czytam, piszę, rozmawiam, spaceruję, jestem.

Codziennie serwuję sobie deser z małych aktów spokoju.

Są jak łódka na wzburzonym olbrzymim oceanie i codziennie ratują mi życie.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *