– Czy w tym domu musi ciągle grać muzyka? – zapytała mała Helenka, Łyżeczkowa córeczka.
Zaskoczyła mnie tym pytankiem tak samo jak gdyby ktoś zapytał: czy świerszcze muszą „świerszczyć” w trawie? lub czy słońce musi wisieć na niebie?

* * *
Tak, w naszym domu niemal nieustannie brzmi muzyka i jakoś nie umiemy sobie tego miejsca wyobrazić inaczej. Rozmawiamy zanurzeni w potoku muzyki, odpoczywamy, śmiejemy się, książki czytamy, siadamy przy stole, sprzątamy, czasem potok porwie nas i zatańczymy na środku pokoju. Muzyka zwykle cichnie tylko w nocy.
Tak jest od zawsze, od lat, od kiedy pamiętam. W poprzednim domu też.
Czasem jednak dopiero celnie zadane pytanie uświadamia nam, że jakiś potok płynie u naszych stóp i że jego wodami odżywiamy olbrzymie obszary naszego życia.

– Nie rozumiem domów, w których nie ma muzyki – powiedziała ostatnio Laurka.
Mogłabym dodać : nie rozumiem także tych, gdzie ludzie się nie śmieją, nie droczą, nie rozmawiają, nie zasiadają wspólnie do stołu, nie gawędzą co wieczór na wielkim łożu rodziców, nie czytają, gdzie na stole nie leży obrus, gdzie nie ma kwiatów w wazonach i nie pachnie praniem i ciastem …
I możnaby tak długo wyliczać, bo dom wszak zbudowany jest z wielu cegiełek.
A wszystkie ważne. I wystarczy, że wypadnie tylko jedna, a wiatr wdziera się do środka i straszy zimnem.

U nas jest bez obrusa 😀 Co nie znaczy, że stół nie jest ozdobiony. W tym momencie pokrywa go zielona warstwa farby plakatowej, jeszcze jej nie domyłam.
I tak, też zazwyczaj jest muzyka… Chyba że akurat mam dość dźwięków i próbuję (z kiepskim skutkiem) zanurzyć się w ciszy.
Uściski!
Tak, czasem bywa, że chce się poprostu usłyszeć ciszę. Też tak mam.
Kwiatki w wazonach były jeszcze ubiegłego lata… potem pojawiło się u nas ledwo wyratowane kocie chucherko, które szybko przekształciło się w kota-torpedę. Za jego sprawą zdarzyło mi się oberwać latającą miską, wazonem bym chyba nie chciała.
dlatego nasze koty mają zakaz wstępu do domu, choć od lat usiłują go złamać przy każdej nadarzającej się okazji:)