Żniwa pokończone, pola poorane, znowu wieś ucichła, powoli zasypia.
Późne popołudnia są wyjątkowo ciche, nabrzmiałe rozgrzanymi zapachami ostatnich już kwiatów, ziół, skoszonej trawy, więdnących liści.
Położyć się pośrodku tego, na hamaku w pasy przewieszonym nonszalancko przez środek balkonu. Zapatrzeć się w niebo błękitne i zielone jeszcze plecy lasu. Powoli sączyć słodkie wino z porzeczki.
Dłonie mieć ze śladami farby na palcach, w oczach wciąz tańczące kolory, w sercu ciszę.
Gdyby mnie ktoś zapytał:
– Po co jest malowanie?,
pierwszą odpowiedzią, jaką bym dała byłoby:
– Dla tej ciszy w głowie i sercu.
Świat z jego dziwnymi krzykliwymi problemami odpływa, jakby rozpuszczał się bełtany w wodzie jak farba z pędzla. Parę maznięć i tworzysz swój własny, kolorowy pejzaż. Taki jak chcesz, z odpowiednią dozą czerni i całą paletą innych barw. Z każdą sekundą zagłębiasz się w nim, zostawiajac za plecami czas i przestrzeń …

To trochę jak modlitwa.
Odejście, które pociąga całego człowieka, z ciałem i duszą.
Dlatego będę uparcie powtarzać: nie można być prawdziwym malarzem, nie wierząc w Boga.
Im więcej malujesz, tym jesteś głębiej, coraz głębiej…

Malować nie umiem, ale zaczęłam się zastanawiać, czy podobnie odpowiedziałabym na pytanie, po co się pisze. I dla mnie, to nie tyle odejście, co wejście. W ciszę też, ale nie mam poczucia, że świat zostawiam za plecami. Zresztą i modlitwa nie wydaje mi się odejściem, myślę, że będąc bliżej Boga, jestem też bliżej świata…
No widzisz, a dla mnie to odchodzenie jednak, szkoła zostawiania wielu rzeczy za sobą.
Co człowiek, to droga.
Uwielbiam frazę Nikifora „Nie prosisz o kolor, musisz prosić o kolor!”
Widziałaś Rut film o Nim?
Widziałam. Cudny.🌸