a po burzy spokój

 

Piszę z najmłodszą córką Ewy.

Rozmawiamy sobie, pisząc o deszczu i burzy.

Pokazuję jej burzę, która właśnie przeszła nad naszym domem i okolicą.

– Zawsze czekam na burzę z utęsknieniem – piszę.

– Czuję wtedy taki spokój – odpisuje ona

Tak.

Właśnie tak.

Pozwolić burzy wykrzyczeć mój gniew, ból, rozpacz, smutek, tęsknotę. Wszystko to, co na dnie serca domaga się wykrzyczenia.

Uwolnić to.

Patrzeć jak to wszystko przeobrażone w nawałnicę, szarpie gałęziami drzew, targa światem, wstrząsa konwulsjami wichru, płacze deszczem, pęka z hukiem.

I na koniec doznać ukojenia.

Mieć burzę za przyjaciółkę, która przejmie cały ból i go roztrzaska o skały jak gliniany dzbanek, a na koniec powie łagodnie:

– Widzisz, już go nie ma.

 

Ozon wartkim strumieniem wtacza się do płuc.

Pierwszy haust powietrza.

I wynurzam się do nowego życia.

Czuję wtedy taki spokój.

 

 

O ruttka

Szczęśliwa żona od 25 lat, mama czwórki dzieci, w tym trójki dorosłych. Poszukiwaczka skarbów w codzienności, zakochana w Bogu i oddana Maryi. Zapatrzona w biblijną Rut - wierną aż do bólu i umiejącą zbierać z pól te kłosy, które przeoczyli inni. Kochająca poezję, książki, muzykę, rośliny, malowanie i piękno w każdej postaci.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na a po burzy spokój

  1. Alicja M.M. pisze:

    Pozwolić burzy wykrzyczeć… ale sobie samej też pozwolić. Dla mnie to jest trudność: jak nie tłamsić w sobie tego, co boli, a jednocześnie nie obciążać nadmiernie kogoś innego? Nie znam dobrej recepty. Za to zdarza mi się, że gdy westchnę (leciutko!), że bywa mi ciężko, to widzę w czyichś oczach zdumienie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *