a po burzy spokój

 

Piszę z najmłodszą córką Ewy.

Rozmawiamy sobie, pisząc o deszczu i burzy.

Pokazuję jej burzę, która właśnie przeszła nad naszym domem i okolicą.

– Zawsze czekam na burzę z utęsknieniem – piszę.

– Czuję wtedy taki spokój – odpisuje ona

Tak.

Właśnie tak.

Pozwolić burzy wykrzyczeć mój gniew, ból, rozpacz, smutek, tęsknotę. Wszystko to, co na dnie serca domaga się wykrzyczenia.

Uwolnić to.

Patrzeć jak to wszystko przeobrażone w nawałnicę, szarpie gałęziami drzew, targa światem, wstrząsa konwulsjami wichru, płacze deszczem, pęka z hukiem.

I na koniec doznać ukojenia.

Mieć burzę za przyjaciółkę, która przejmie cały ból i go roztrzaska o skały jak gliniany dzbanek, a na koniec powie łagodnie:

– Widzisz, już go nie ma.

 

Ozon wartkim strumieniem wtacza się do płuc.

Pierwszy haust powietrza.

I wynurzam się do nowego życia.

Czuję wtedy taki spokój.

 

 

2 thoughts on “a po burzy spokój

  1. Pozwolić burzy wykrzyczeć… ale sobie samej też pozwolić. Dla mnie to jest trudność: jak nie tłamsić w sobie tego, co boli, a jednocześnie nie obciążać nadmiernie kogoś innego? Nie znam dobrej recepty. Za to zdarza mi się, że gdy westchnę (leciutko!), że bywa mi ciężko, to widzę w czyichś oczach zdumienie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *