Piszę z najmłodszą córką Ewy.
Rozmawiamy sobie, pisząc o deszczu i burzy.
Pokazuję jej burzę, która właśnie przeszła nad naszym domem i okolicą.
– Zawsze czekam na burzę z utęsknieniem – piszę.
– Czuję wtedy taki spokój – odpisuje ona
Tak.
Właśnie tak.
Pozwolić burzy wykrzyczeć mój gniew, ból, rozpacz, smutek, tęsknotę. Wszystko to, co na dnie serca domaga się wykrzyczenia.
Uwolnić to.
Patrzeć jak to wszystko przeobrażone w nawałnicę, szarpie gałęziami drzew, targa światem, wstrząsa konwulsjami wichru, płacze deszczem, pęka z hukiem.
I na koniec doznać ukojenia.

Mieć burzę za przyjaciółkę, która przejmie cały ból i go roztrzaska o skały jak gliniany dzbanek, a na koniec powie łagodnie:
– Widzisz, już go nie ma.
Ozon wartkim strumieniem wtacza się do płuc.
Pierwszy haust powietrza.
I wynurzam się do nowego życia.
Czuję wtedy taki spokój.

Pozwolić burzy wykrzyczeć… ale sobie samej też pozwolić. Dla mnie to jest trudność: jak nie tłamsić w sobie tego, co boli, a jednocześnie nie obciążać nadmiernie kogoś innego? Nie znam dobrej recepty. Za to zdarza mi się, że gdy westchnę (leciutko!), że bywa mi ciężko, to widzę w czyichś oczach zdumienie.
Zupelnie nie rozumiem dlaczego ludzie się dziwią. Przecież każdemu bywa ciężko.