Produkujemy z pięciolatkami portrety na Dzień Mamy.
Narysowałam półprodukt w postaci szablonu z zarysem postaci, a maluchy mają go uzupełnić o szczegóły typu: oczy, nosek, usta, wzorki na bluzce, kolczyki itd.
W międzyczasie dialogujemy sobie kulturalnie, a w kuluarach ( jak się odwrócę) mniej kulturalnie, niektórzy prawie parlamentarnie:)
Podchodzi Kamilka:
– Mama się strasznie ucieszy jak to zobaczy. – zwierza się pokazując swoje dzieło.
– Na pewno. Tak pięknie narysowałaś.
Kamilka zadowolona odchodzi i dorysowuje kwiatki na bluzce. Po chwili wraca z rysunkiem i dodaje rozpromieniona wizją przyszłości:
– Nie, raczej się rozpłacze…
:):):)
No, w każdym bądź razie jej emocje po ujrzeniu portretu ulegną chwilowemu zachwianiu.
tym bardziej, że…
– Twoja mama ma jasne włosy jak ty. – podpowiadam Kamilce
-Nie, teraz ma czerwone. – dziewczynka z przekonaniem zaprzecza, wprawiając mnie w osłupienie, bo przysięgłabym, że rano widziałam mamę Kamilki i że miała włosy koloru blond.
Kamilka bierze czerwoną kredkę.
Mama raczej się rozpłacze:)
z górki
Dziecko trzeba najpierw wynosić, potem urodzić, potem nauczyć chodzić, a potem…
… jeździć na rowerze!
Z tą ostatnia umiejętnością jest ( szczególnie w przypadku naszych dziewczynek) większy problem. Z przedostatnią zresztą też.
Wszystko się bowiem rozbija o utrzymanie równowagi i pogodzenie się z perspektywą upadku i jego skutków ( czyt. guzów, siniaków, zadrapań i rozbitego nosa:)
Muszę od razu przyznać się bez bicia, że defekt nie trzymania równowagi i nie pogodzenia się z w/w zdarzeniami losowymi jest dziedziczony po mnie. Do dziś mama wspomina moją naukę chodzenia, gdy musiałam się czegoś trzymać, choćby to było źdźbło trawy, a odebranie tej solidnej podpory natychmiast zwalało mnie z nóg.
Mimo tej spuścizny genetycznej udało nam się dzieci wykierować na ludzi i z dobrym powodzeniem nauczyć chodzić i używać pojazdu dwukołowego. Starsze dzieci.
Ostatnie zaś tygodnie obfitowały w treningi Nusiowe.
Kończyły się zwykle obopólnym niezadowoleniem, bo Nusia była zawiedziona, że jej nie idzie samodzielna jazda, a rodzice – uwieszeni u kija wetkniętego w Nusiowy rowerek, spoceni i zgrzani, z nadwyrężonym mięśniami ramienia i przedramienia, z wywichniętym nadgarstkiem i podrapanymi nogami, dalecy byli od chęci ponawiania prób.
Inne czynniki również nie sprzyjały przedsięwzięciu.
Wśród nich zaś dwa główne:
multum roboty na działce i Laucia, która musi być nieustannie pilnowana, gdyż boi się ostatnio:
a) kosiarki
b) traktorów
c) innych pojazdów szybko i wolnobieżnych od których roi się na wsi
d) samolotów
c) szumu wiatru
d) że mama zniknie na zawsze!!!
Zaczęliśmy więc po cichu godzić się z myślą, że sztukę jeżdżenia na dwóch kółkach Nusia opanuje raczej nie w tym sezonie.
Jakże jednak nie docenialiśmy naszej córeczki, która przecież niedawno zaprzeczyła wszelkim prawom genetyki i nauczyła się zwijać język w rurkę:)
Nusia jest uparta jak kozioł – pozwolę sobie zacytować Astrid L. z „Dzieci z ulicy Awanturników”. Ten defekt/ zaletę z kolei w równej mierze dziedziczy po obu rodzicach:)
Postanowiła więc trenować sama.
Znalazła na podwórku nieco pochyloną część trawnika i dalejże… zjeżdżać odpychając się nogami. Potem nogi, nie wiedzieć kiedy, same wskoczyły na pedały, obróciły raz i drugi, a uśmiech zakwitł na małej buzi jak piwonia wielki. Zachęcona tym sukcesem Nusia podprowadziła znów rower na wzniesienie i wyczyn powtórzyła, tym razem pokonując dłuższy dystans.
Patrzyliśmy z niedowierzaniem.
Tyle potu, tyle nerwów, tyle tłumaczeń, prezentacji, a metoda okazała się stara i prosta jak w państwie faraonów.
Po
prostu
wystarczyło…
zjeżdżać
z
górki!
Po kilkunastu próbach Nusia śmigała na rowerze z rozwianym włosem jakby nic innego od urodzenia nie robiła.
Niniejszym więc odtrąbiamy wielki sukces naszego malucha i… zdrowego rozsądku nad rodzicielskim doświadczeniem.
I kupujemy pudełko lodów:)
…tym bardziej, że powodów do świętowania jest więcej.
Dziecko najpierw trzeba urodzić, potem nauczyć chodzić i jeździć na rowerze.
No, chyba, że się SAMO nauczy.
obrazy i myśli
Kontemplacja to trwanie przed Jezusem podobnie jak płótno trwa przed artystą, który maluje na nim obraz
Jean Ladame

****
Demon bardzo zazdrości człowiekowi, który się modli, i używa wszelkiego podstępu, by udaremnić jego zamiar. Dlatego, posługując się pamięcią, nie przestaje wzniecać myśli o różnych sprawach, a także za pośrednictwem ciała pobudzać wszelkich namiętności. Czyni to, by mu przeszkodzić w jego najwspanialszej drodze i wędrówce ku Bogu
Ewagriusz z Pontu

****
Nasza droga z Bogiem, nasze dochodzenie do pełni, której On dla nas pragnie, czasami jest drogą kuśtykania, ale nawet kuśtykając, podążamy, zbliżamy się do naszego celu, zbliżamy się do pełniejszego zbawienia
Wojciech Jędrzejewski OP
***
Istnieje taka radość, którą może dać tylko Bóg, bo nie ma jej w
niczym i nikim innym. Taka radość pojawia się w życiu bardzo rzadko. To
jest olśnienie pełne szczęścia, które otrzymuje się na modlitwie albo
gdy człowiek patrzy na dzieło stworzenia. Radość połączona jest wówczas z
wewnętrznym szczęściem i światłem. Przynosi pewność, że jest Bóg
o. Michał Legan OSPPE

matczyne apele
– Dusio, oddaj jej ryjek świni!!!
– Lauciu, żyrandole naprawdę nie rzucają się na ludzi i nie pożerają ich!!!
– Położyłeś się na cukierniczce???!!!
Po wygłoszeniu tych zdań, Rut włącza się tryb autoironiczny. „Życie jest szokująco-zadziwiające” – myśli, a potem śmiejąc się, zwraca się do męża:
– Nie sądziłam, że kiedykolwiek będę zmuszona wygłaszać tego typu kwestie:)
Grunt to nie brać siebie samego i swego życia zbyt serio.
Dar poczucia humoru jest wielce niedocenianym darem.
Sprawia, że nie tracimy z oczu właściwej miary rzeczy i zdarzeń.
zlecenie
– Pamiętaj. Trzy rzeczy z szatni nauczycielskiej. – koduję twardy dysk mężulka, który musi mi przewieźć kilka sprzętów potrzebnych do przedstawienia.
– Tylko trzy? – nieco ironicznie odrzeka właściciel dysku, który ma multum swoich spraw do załatwienia.
– A właściwie… – udaję namysł – tam jest dziś takie mnóstwo pięknych parasoli. Weź kilka. Przydadzą się. Tym bardziej – ciągnę uzasadnienie – że trochę wstydzę się chodzić z tym z napisem Perła. To niepedagogiczne:)
No i kryptoreklama bądź co bądź:)
obietnica
Udało się.
Udało się!!!
Po nastu latach udało nam się pojechać na imprezę bez żadnej pociechy uwieszonej u spódnicy, względnie nogawek spodni. Bez torebki wypchanej pampersami i mokrymi chusteczkami, bez ubranek na zmianę, poduszek i kocyka na wszelki wypadek.
Okazja była wielka, bo koleżanka nasza ze studiów za mąż wychodziła.
Nie powiem jak się czuliśmy widząc ją na ślubnym kobiercu z głową w obłoczkach różowych, bo wszystko przed nią jeszcze. A my rodzice dzieci nastoletnich, małoletnich i nieletnich, po rocznicy koronkowej, za którymi już tak wiele, że mgła zaczyna osnuwać najdalsze wspomnienia.
Nie powiem…
Wesele było pięknie dopracowane. No, może oprócz zespołu, którego muzycznym byśmy raczej nie nazwali, bo z tą szlachetną dziedziną sztuki niewiele miał wspólnego.
Niemniej udało się.
Byliśmy.
Krótko to krótko, ale jednak.
Rozochoceni sukcesem snujemy dalsze plany.
– Może by tak do kawiarni bez dzieci się wybrać. – nęcę mężulka – Kiedy mnie zaprosisz? Ponoć serniczek dobry mają…
– Ja chcę iść z wami. – w słowo wchodzi Nusia.
– O nie!!! – protestujemy – żadnych marud nie bierzemy ze sobą.
– Ale ja nie będę marudzić – zapewnia wybitnie marudna ostatnio prawie sześciolatka.
W odpowiedzi zaś na nasze wątpiące spojrzenia dorzuca prędko:
– W kawiarni nie będę.
Acha:)
marne skutki dbania
Dyżur.
Chodzę po szkolnym korytarzu.
Huk, hałas, piski nieziemskie, tupot dziesiątek nóg.
Przyzwyczajonam.
Słuch przytępiony, nerwy jak ze stali.
Raz po raz kogoś reprymenduję, zziajanych karnie sadzam na ławce w celu ostygnięcia…Oglądam sobie w międzyczasie i delektuję się sztuką porozwieszaną w formie plakatów małych i większych a to na ścianach, a to na szybach, a to na drzwiach. Dzień ziemi był niedawno, więc tematyka ściśle określona. Ekologiczna. Z każdego obrazka wyłania się okrąg ziemi w różnych fazach dewastacji poczynionej ręką ludzką.
Nagle jeden rysunek na dłużej przykuwa moją uwagę konesera sztuki.
Kartka A3 podzielona na dwie części. Na jednej z nich glob ziemski próchnieje pięcioma czarnymi planetami i równie czarnymi dwoma wysepkami. Podpis nie pozostawia złudzeń. „Przed zadbaniem ziemi” – głosi 🙂
Ale zamysłem autora było dać ludzkości promyk nadziei, bo oto druga część obrazka optymistycznie lśni pięcioma zielonymi planetami. „Po zadbaniu ziemi” – dodał autor co by nie było wątpliwości nijakich.
A jednak…
Coś mi nie daje spokoju.
Patrzę. Myślę. Odchodzę. I znów wracam stukając obcasami.
W końcu liczę.
I nagle olśniło mnie.
Gdzie są te dwie wysepki?
Po zadbaniu ziemi zniknęły bezpowrotnie:)
**********
Oby autor nie był wieszczem i nie okazało się kiedyś, że nasze – skrajne czasem – poczynania ekologiczne wyrządziły więcej szkody niż pożytku.
ars poetica
Nasza córka najstarsza odniosła kolejny sukces.
Została nagrodzona za swoje wiersze.
Nagrodę otrzyma prawie z rąk Ernesta Brylla.
A właściwie nie otrzyma, bo w tym czasie wyjeżdża na wycieczkę.
Nie umniejsza to jednak rangi sukcesu.
– Rozumiesz – tłumaczę szeptem mężulkowi, gdy sen spowił dzieci – to zupełnie tak jakbyś ty dostał nagrodę za osiągnięcia matematyczne z rąk Einsteina.
– Nooo. – ścisłowiec wydaje się teraz rozumieć wagę wydarzenia.
A ja po raz kolejny przekonuję się, że poezja potrzebna jest ludziom, choć … czasem temu przeczą.
Bez poezji nasz świat byłby nie do zniesienia prozaiczny.
tylko ona potrafi poruszyć zapomniane, przykurzone struny gdzieś głęboko w nas
tylko ona zna język wyrażający niewyrażalne
może dlatego, że ten, który wszystko stworzył jest Niewyrażalnym Poetą.
memento mori
Ta wiosna jest jak film przewijany zbyt szybko.
Nie nadążam nacieszyć się urokiem kwiatów, nie dam rady ścigać się z trawą rosnącą jak na drożdżach, przegapiam kwitnące kasztanowce, nie mam czasu na zachwyty nad listkami i kiełkami z wolna wykluwającymi się z brunatnych gałązek i grud ziemi.
Wszystko co kiedyś trwało kilka dni, tej wiosny trwa niemalże ułamek sekundy.
Jakby czas, obłaskawiony rumak, nagle zerwał wędzidło i poniósł .
Jednego dnia tulipany napęczniały zielonymi pąkami, drugiego zakwitły, a trzeciego ich płatki wyglądały już jak znoszone suknie balowe sprzed wielu sezonów. Czwartego – już ich nie było.
Tawułę – fontannę widziałam rozkwitłą tylko przez moment. Przezornie uwieczniłam go aparatem, bo wyjeżdżaliśmy na trzy majowe dni. Po powrocie było po wszystkim.
Sasanka roześmiała się pięcioma kwiatami o życiu krótkim jednodniowym.
Tylko bez staroświecki, pachnący jak wonności Arabii uparł się i liliowo kołysze się na wietrze od tygodnia.
Wszystko pozostałe kruche, ulotne, przemijające …
I nie sposób odpędzić frazy błąkającej się po głowie:
„Dni człowieka są jak trawa. Kwitnie jak kwiat na polu: ledwie muśnie go wiatr, a już go nie ma, i miejsce, gdzie był, już go nie pamięta…”.
Ona równie dobrze pasuje do wiosny, jak i do jesieni,więc…
… spacerowałam ostatnio po cmentarzu.
Dziwnie uspokaja mnie to miejsce. Koi, wycisza, godzi ze światem, z ludźmi i ze sobą. Leczy z pośpiechu, powierzchowności, mrzonek, strachu.
Pamiętam, że umrę.
trojka
Nusia i jej cioteczna siostrzyczka Maja mogłyby być dzień i noc razem, a potem noc i dzień, w zerówce, w domu i wszędzie i się im nie znudzi własne towarzystwo.
Obie uwielbiają puzzle, ale nie takie tam z 50 kawałków. Te są dla maluchów. Prawdziwa zabawa zaczyna się od stu kawałków, choć brzmi to prawie jak żargon bywalców kasyna.
Taaak, ze stu kawałkami już można poszaleć:)
Tym razem zgrały wszystkie gry jakie mieliśmy na stanie, karty, memory, żabki, kulki…Na koniec postanowiły nieco się poruszać.
Grają więc w chowanego.
Jedna stoi przy ścianie i liczy, druga buszuje po pokojach w poszukiwaniu kryjówki idealnej. A potem następuje zmiana i druga liczy, a pierwsza buszuje.
Żadna nie domyśla się, że pewne czujne oczko śledzi każdy ich ruch.
Gdy więc padają zemdlone zabawą, nagle czujne oczko, a nawet dwa oczka brązowe wmontowane w główkę zgrabnie obciętą na pazia, osadzoną na szyjce, która wieńczy nieco wypukły z przodu tułowik dreptczący na dwóch zwinnych nóżkach…
Mowa nie o kim innym, a o Lauci.
Pewnym krokiem podchodzi do ściany, przytula główkę do tapety i zaczyna monotonnie odliczać:
– Tsi, tsi, tsi…
Paluszków na stópkach też ma „tsi”.
Laucia jest na obraz Boży i podobnie jak pierwowzór lubi trójcę:)
