Dziękuję Ci za wszystko co dla mnie zrobiłeś, robisz i będziesz robił.
Za to kim dla mnie jesteś i co dla mnie znaczysz.
Moja własna modlitwa, która jak mantra przesypywała się kiedyś ziarnko po ziarnku w klepsydrze dni.
Przypomniałam ją sobie ostatnio.
To od nas zależy – pomyślałam – czym wypełnimy nasze serce. Wdzięcznością czy pretensją i zgorzknieniem. To moja decyzja czy chcę widzieć dobro, które się dzieje wbrew złu, które też dzieje się niewątpliwie. Czy wolę mój wzrok wyostrzyć na złu i osnuwać je myślami dokoła aż zduszę w sobie wrażliwość na dobro, które niewątpliwie dotyka mnie co dzień.
Można tak lub tak.
Kładę przed tobą dobro i zło – powiedział – wybieraj.
Nie zawsze jest jasno. Czasem trzeba po prostu wierzyć, że za chmurami słońce tkwi niewzruszenie.
Są we mnie pokłady smutku, gniewu, złości. Jak w każdym. Czasem. Sztolnie głębokie wypełnione ciemnością, podziemne chodniki na wskroś zbroczone mrokiem. Czasem tam schodzę, wiedziona dziwną ciekawością. Stopień po stopniu. Coraz głębiej.
Ale nigdy, przenigdy o tym nie piszę. Nie osnuwam słów na kanwie z cienia.
„Jeśli piszesz, nie wyprowadzaj słów ze swojej ciemności” – napisał ktoś kiedyś.
Powstrzymaj słowa, które płyną rwącym Czarnym Potokiem, nie szukaj ukojenia opatulając się pledem gorzkich myśli. Nie znajdziesz go. Osuniesz się jeszcze niżej jak po stromej grani. Może zbyt nisko, by powrócić kiedykolwiek.
Dziękuj raczej za każdy splot złotego światła, za najcieńszą jasną nić wplecioną w szaro-bury poranek.
Ciesz się nim. Rozdzielaj na czworo. Długo pamiętaj.
Że kwiat ostu ładny…że ząb dziecku wychodzi, że…ktoś się uśmiechnął, że…gdy deszcz bębni w szyby, siedzisz w ciepłym domu i pijesz herbatę, że wyzdrowiałeś, choć niekoniecznie tak się to musiało skończyć, że…
Tyle jest powodów, by czuć wdzięczność.
