Tygodnie skaczą szybko jak świerszcze w trawie.
A soboty?
Soboty są długie, pracowite, bogate, różnobarwne.
Dobry, długi dzień za mną.
Sprzątanie, pranie, zakupy, gotowanie, przygotowania. W międzyczasie burze, przejaśnienia, ulewy, przechodzące fronty. Dosłownie i w przenośni.
Potem Ali przyjęcie urodzinowe na działce. Koledzy, koleżanki, balony kolorowe, piski, śmiechy, zabawy na trawie upstrzonej kroplami deszczu. Tańce, chipsy, cola, tort śmietankowo-truskawkowy. Euro rozgrywane pomiędzy dwoma bramkami z czterech pieńków. Laurcia biegająca jak wróbelek pomiędzy długimi nogami sportowców. Bawimy się razem z dzieciarnią, chowamy ściskając w kryjówkach jak sardynki w puszce, gramy w berka-doktora, pękamy ze śmiechu przy tańcu z workiem.
Gdy prowadzę auto w drodze powrotnej, słońce świeci mi w plecy. Wydłuża cień samochodu, kładzie go pod koła. Sunę z szelestem po mokrej szosie. Pomiędzy drzewami, prosto w stygnący błękit. Bełta się zmrok i dniem. Zamyślam się niebezpiecznie, nieuważnie. Dobrze, że droga pusta.
Dzieciństwo nie odeszło. Dziecko wciąż drzemie we mnie. Od czasu do czasu wybucha tubalnym śmiechem. Chrupie paluszki jak Laucia na tylnym siedzeniu auta.
