droga – zawierzenie

 

Głos powiedział: poczekaj, więc czekałam.

Głos zamilkł.

 

Dwa tygodnie później Ewa – moja koleżanka z pracy wzięła mnie na stronę i szeptem zapytała:

– Rut, nie wiesz może jak i gdzie można przyjąć Szkaplerz Karmelitański? Chciałabym się oddać w opiekę Maryi.

Wierzcie mi, że omalże się nie roześmiałam.

– Nie wiem. – powiedziałam – Ale się dowiem i przyjmę go razem z tobą.

Niedługo potem odbyła się w naszym domu kameralna uroczystość przyjęcia szkaplerzy.

Ksawery pobłogosławił je i założył na szyję nie tylko mnie i Ewie, ale także jej mamie, siostrze, siostrzenicom oraz mojemu mężowi i dzieciom.

Od tamtego dnia – zgodnie z obietnicą – nieprzerwanie dzieją się cuda.

Przede wszystkim cud mojej miłości do Matki i miłości do różańca, który stał się moją codzienną modlitwą. Dla mnie to są niesamowite znaki, bo tylko ja jedna wiem jak strasznie nie kochałam i jak bardzo teraz kocham. Jak unikałam modlitwy różańcowej i jak jej teraz pragnę. Nie ma dnia bym nie klękała przed obrazkiem Maryi i nie brała sznura paciorków do ręki. Mój mąż od wielu miesięcy nieustannie odmawia Nowennę Pompejańską – bardzo trudną modlitwę, którą można porównać do Mont Everestu pobożności maryjnej.

Zmieniło się wszystko. W nas, pomiędzy nami, przy nas.

Doświadczam cudu nieustannego nawracania i przemiany życia, w tym wyznania grzechów nigdy nie wyznanych, tych nieuświadamianych nawet; niesamowitej wrażliwości sumienia, zrozumienia tego, co dotąd rodziło bunt, poddania się Bożemu prowadzeniu nawet w sferze finansów.

Wszystko, wszystko przeniknęła łaska i nadal jak strumień drąży coraz głębiej.

Maryja prowadzi nas tak ekscytującą drogą ku świętości, że trudno to opisać nawet gdyby wydrukować grubą książkę. Spróbuję Wam z czasem opowiedzieć choć trochę z tego czym żyjemy dziś.

 

 Wczoraj było wspomnienie bł. Edyty Stein. Gdy szukałam czegoś o niej, pierwsze zdanie na jakie się natknęłam to jej słowa. O dziwo, dokładnie o tym o czym pisałam Wam wczoraj:)

Łaska nie dokona swego dzieła w duszach, które z własnej woli na nią się nie otworzą; również Maryja nie wypełni swego macierzyństwa tam, gdzie się Jej człowiek nie zawierzy.


Co to jest zawierzenie?

Maryja prosi: Pozwól mi być Twoją Matką. Pozwól zaopiekować się Tobą.

Zawierzyć to pozwolić Jej, by nas kochała.

Nic więcej.

Reszta dzieje się sama.

 

droga – potok światła i łez

 

Dwa , trzy razy w roku jeżdżę na weekendowe rekolekcje. Mam swoje ulubione miejsce. Pełne ciszy, bez znajomych, z księdzem tak prostym, że wprost nieprawdopodobne, że Bóg wybiera takie narzędzia. A jego wybrał z pewnością. Jedno słowo, które wypowiada jest cięższe od milionów innych, mądrych, uczonych, kwiecistych słów, jakie słyszałam i czytałam.

Na rekolekcjach opowiedziałam mu o tym strachu i czającej się wszędzie śmierci. Czułam się zupełnie bezradna. Poprosiłam go o modlitwę. Powiedział: To może być dręczenie. Położył dłonie na mojej głowie i zaczął prosić. Przez Niepokalane Serce Maryi!!!

Gdy zaczął modlić się za moje życie ukryte w łonie mamy, nagły szloch rozerwał mi pierś.  Bez żadnego ostrzeżenia czy wstępu. Zalałam się potokami łez.

Jeśli tego kiedykolwiek doświadczyliście, wiecie, że nie ma w słowie „potoki” żadnej przesady. Gdy Bóg leczy, wielu z nas tak reaguje na łaskę. Ja tak reaguję.  Potoki , które przerywają wszystkie tamy. Tamy wstydu, zażenowania, chęci lansowania się. Nic z tych rzeczy już cię nie obchodzi. Bóg dotyka Cię tak mocno, zmienia w jednej minucie twoje serce, czyni wszystko nowe. A ty płaczesz zanosząc się szlochem.

Nie wiem co wydarzyło się, gdy byłam w łonie mojej mamy, ale to coś powodowało nękanie przez śmierć. I zostało uleczone w jednym momencie. Tamtego listopadowego dnia dwa lata temu.

Ta modlitwa sprawiła, że przestałam się bać. Po tylu latach. Od razu, bez zwłoki, jednym gestem Bóg przywrócił mi pokój, którego nigdy nie miałam. Przywrócił przez Niepokalane Serce Maryi!!! I trwa to do dziś. Nawet trudno opowiedzieć jak to zmieniło życie moje i mojej rodziny. Nie biegam w popłochu od okna do okna wyczekując powrotu dzieci czy męża, nie robię im wymówek i pewnie byłam jedną z nielicznych matek, która wysyłając córkę na ŚDM mówiła: Dziecko, nie bój się. Nic się nie stanie. To impreza Pana Boga, obstawiona orszakami anielskimi:)

Ale to nie koniec cudów.

Zaraz po modlitwie, cała mokra od łez poszłam do kaplicy.

W ołtarzu głównym jest obraz Maryi, która idzie drogą do Elżbiety. Maryja jest we wczesnej ciąży, to widać. Wyciąga rękę w kierunku patrzącego. Uśmiecha się lekko.

Zwykle unikałam patrzenia na Nią. Ale tym razem zapatrzyłam się i nagle odkryłam, że cała złość na Nią zniknęła z mego serca. Razem ze strachem. Razem z raną okresu prenatalnego.

Wtedy usłyszałam: „Zawierz mi swoje życie, a zaczną się w nim dziać cuda”.

Nie był to głos, który można usłyszeć uszami. Raczej uporczywa myśl z zewnątrz, która przenika w głąb twoich myśli. Zupełnie nie twoja myśl – jesteś tego świadomy.

Ten głos towarzyszył mi od tego dnia co dzień przez wiele dni. Chyba nawet próbowałam go zignorować. Wiecie, strach przed szaleństwem jest olbrzymią barierą.

W końcu, za którymś wezwaniem zapytałam: Ale co to znaczy „zawierzyć”? Co mam zrobić?

-Poczekaj – usłyszałam Jej głos – pokażę ci niedługo.

 

 

 

 

„Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną” (Psalm 23)

 

 

Ps. Jakieś dwa tygodnie temu zaczęłam słuchać o. Szustaka na You Tube. Choć oczywiście znałam go już wcześniej. W końcu natknęłam się na jego świadectwo nawrócenia. Gdy się nawrócił był już zakonnikiem. Wszystko zaczęło się od jednej modlitwy. Dwóch charyzmatycznych kapłanów położyło na nim dłonie i zaczęli się modlić. Mówi, że podczas tej modlitwy zalał się łzami – on, twardy, racjonalny chłop ryczał jak dziecko. Potem stał się kimś zupełnie innym. Gdy tego słuchałam, przypomniał mi się tamten dzień:)

Jeśli chcecie posłuchać o. Szustaka i jego niesamowitej historii o przemianie niewierzącego księdza w szaleńca Bożego macie to TUTAJ.

O modlitwie i wylaniu ośmiu wiader łez od 37 minuty:)

 

 

 

 

 

droga – przejście przez ciemną dolinę

 

Tak Jej nie chciałam, tak Ją odrzucałam.

Jak zbuntowane dziecko, które uderza matkę w policzek i krzyczy wyzywająco: nie kocham cię!!!

Przez całe moje życie nie wyrażałam zgody na Maryję. Różaniec bolał niemal fizycznie. Był katorgą. Pieśni o Niej wydawały się śmieszne i naiwne. Tytuły w litanii jak majaczenia obłąkanego. Jaka Różo duchowna? Jaka Bramo niebios? Jaka Gwiazdo zaranna?

Czułam złość, gdy ktoś mówił o Niej, bo – jak twierdziłam – odbierał tym chwałę Jej Synowi. Ksawery doprowadzał mnie do szału, gdy zachęcał podczas trudnych ciąż, bym wpatrywała się w Maryję i z Niej czerpała siły.

Ludowa pobożność, kapliczki, figurki Maryi o pyzatych policzkach i koralikach zamiast oczu były przedmiotem moich kpin.

A Ona wciąż gdzieś się pojawiała. Uporczywie. Jedna figurka w szkole, druga znaleziona podczas remontu na strychu. Babcia niebieska, która przykuta do łóżka wciąż szeptała różaniec, aż do śmierci.

Skąd we mnie taka złość?

 

Jednocześnie przeżywałam coś strasznego. Moje serce nieustannie, od kiedy sięgnę pamięcią było przerażone. Wciąż wydawało mi się, że śmierć krąży wokół i zabierze mnie lub kogoś mi drogiego.

Strach. Potworny, obezwładniający, nigdy nie gasnący strach.

Wszystko kojarzyło się ze śmiercią. Podróż, wyjście z domu, znamię na skórze , spacer po lesie, wypadanie włosów, spóźnienie się dziecka ze szkoły, problemy z ciążą. Byłam jak oszalała. W swoim życiu napisałam kilka testamentów, bo byłam pewna, że umrę niebawem.

W końcu doszłam do takiego momentu, gdy musiałam przyznać sama przed sobą, że to nie jest normalne i że dłużej tego nie dam rady dźwigać. Bo nie jest życiem umieranie dziesięć razy na dobę.

 

Piszę o tym, bo może ktoś z Was przechodzi ciemną dolinę. Jeśli moja historia się wydarzyła, to może także dlatego, by komuś pomóc. Nasze opowieści nie są naszą własnością. Jak wszystkim – można się nimi dzielić.

 

cdn.

 

 

 

 

 

droga ( moje świadectwo)

 

Takie rzeczy dzieją się po prostu same. Przynajmniej tak to wygląda.

Zbieg okoliczności goni zbiega okoliczności, przypadki układają się w logiczne ciągi i nagle stajesz zaskoczony tuż przed bramą, do której nie zdążałeś. Ba, której unikałeś.

Wyobrażam sobie nasze życie jako siatkę dróg. My oczywiście z własnej, nieprzymuszonej woli wybralibyśmy te najlepiej zapowiadające się, gładkie i z pięknymi widokami po obu stronach. Są jednak czyjeś dłonie, które delikatnie zagradzając nam tu i tam drogę naprowadzają nas na ten przeznaczony nam szlak. Są też swego rodzaju „zanęty”, które skłaniają nas do wyboru dróg trudniejszych, a jednak wartych zachodu.

Wiele razy w życiu spotkałam i zapory na drodze i przynęty. Oczywiście, to „prowadzenie” zaczynasz rozumieć dopiero wiele lat potem. A pewnych zdarzeń nie zrozumiesz nigdy. Nigdy tutaj. I trzeba się na to pokornie zgodzić.

Bóg konsekwentnie zagradzał mi drogi, które nie były dla mnie. Czasem brutalnie zatrzymywał na ścianie. Po wściekaniu się i zgrzytaniu zębami, próbowaniu walenia głową w mur, w końcu dawałam się przekonać do zmiany kierunku. Tak było z moimi studiami, moim małżeństwem, moim miejscem na ziemi, moją pracą. Na tę ostatnią wciąż jeszcze – przy gorszych dniach – zdarza mi się „zgrzytać”.

Prowadzenie.

Tak mogę to nazwać. Jestem prowadzona.

Kiedyś poprosiłam Go o to jako nastolatka. By mnie poprowadził zgodnie ze swoim odwiecznym planem, nawet wbrew mnie samej, moim pomysłom, fochom, furiom, dąsom.

„Nie pozwól mi nigdy odpaść od Ciebie, nawet wbrew mnie samej”

Wiele razy w życiu powtarzałam tę krótką modlitwę. On usłyszał i prowadzi. Drogą niełatwą, nie wyściełaną atłasem, nie obsypaną płatkami kwiatów, ani popularną czy modną, ani dającą bogactwo czy sławę. Nic z tych rzeczy. A mimo to drogą, której nie zamieniłabym na inną, z jej zawirowaniami, z rozbitą nieraz głową i mokrą od łez poduszką. Drogą pełną pokoju, a nie zguby.

Na tej drodze, po czterdziestu latach spotkałam Ją.

Takie rzeczy – jak napisałam na początku –  dzieją się same. Zostałam do Niej przyprowadzona. Tysiącem dróg i ścieżek, plątaniną traktów i nićmi szlaków. Prosto do Niej. Teraz wiem, że nic nie było przypadkowe w moim wędrowaniu przez życie.

Stoję zaskoczona przed Bramą Niebios, która ma na imię Maryja. Której nie chciałam. Ba, którą omijałam zawsze szerokim łukiem.

 

cdn.

 

 

kolorowy pasiak

 

Sprzątałam z dziewczynkami strych i znalazłam chodnik-pasiak. Dokładnie taki, jakie tkała Babcia Rubaszna.

Nigdy nie widziałam jak to robiła, ale wiedziałam, że robi, bo wciąż na ich starych podłogach pojawiały się nowe cudeńka.

Krosno zobaczyłam dużo dużo później, gdy zjedzone przez korniki rozlatywało się na drobne elementy. Ktoś mi tłumaczył zasadę jego działania i to jak istotna jest solidna osnowa. To te drobne niteczki, prawie niewidoczne potem w całości tkaniny, a jednak utrzymujące ją przez lata w jednym kawałku. Muszą być mocne. Reszta chodnika to stare ubrania, czasem zwykłe szmaty pocięte na paski. Nie muszą być najlepszej jakości.

Znaleziony na strychu pasiak rozchodzi się z jednego końca. Przerwane nitki osnowy nie utrzymują skrawków materiału i chodnik „rozłazi się w rękach”.

Osnowa.

Jeśli osnową naszego życia jest Bóg, ostatecznie nic „nie rozlezie nam się w rękach”.

Mimo, że to co składa się na nasze życie to czasem zwykłe szmaty, niedoskonałości, ułomność. Mimo upływu lat niewidzialne nici będą spajały nasze dni w logiczną, piękną całość.

Babcia Rubaszna z trudnością czytała, niewiele znała świat, naukę traktowała jak cyrkowe sztuczki, ale umiała cieszyć się życiem, śmiać się do niego, pracować i odpoczywać, biec i zatrzymać się, niedojadać i rozkoszować się lodami jak dziecko. Umiała też tkać piękne solidne chodniki pasiaki. Z byle czego. I umiała coś jeszcze.

W mej pamięci utkała obrazek, który nigdy się nie zatrze. Tkała go w każde wakacje. Wystawiałam rano głowę z łóżka w wałkierzu i widziałam jak każdego dnia ona i dziadek klękali przed obrazem i odmawiali różaniec. Codziennie dbała o mocną osnowę swego życia. Reszta była zwyczajna, ludzka, czasem ułomna, ale Niewidzialna Obecność była gęsto przetkana ściegiem między barwami życia.

Może także dzięki moim babciom i dziadkowi nigdy nie porzuciłam modlitwy. Czasem, w tych najgorszych momentach życia, modlitwy jak martwa litera wypowiadanej suchymi od bólu wargami, ale zawsze modlitwy. Czasem modlitwy – wyrzutu, modlitwy-gniewu, modlitwy-buntu. I nawet to zostało przyjęte. Jeśli dziś moje życie jest jednym kawałkiem to tylko dlatego.

 

Gdzieś przeczytałam: „Nigdy nie przerywaj rozmowy z Bogiem”. To chyba św. Charbel.

Nigdy. Nigdy nie przerywaj nici osnowy.

 

 

 

ślady na piasku

 

Chciałabym pisać, wierzcie mi, ale coś mnie powstrzymuje.

Wiem, że tu zaglądacie. Najwierniejsi z wiernych. Widzę wasze przyjścia jak odciśnięte ślady stóp na nadmorskim piasku.

Ale czy chcecie słuchać naprawdę tego, co ja chcę opowiadać? Bo przecież każda moja nawet najbardziej świecka myśl zawraca jak bumerang ku Niemu, bo przecież potrafię „wywlec” Go niespodzianie z ziarna piasku, z koloru liścia, skrzydeł biedronki.

Jeśli Was to razi lub denerwuje, jeśli wydaje się to Wam nieznośnie „mistyczne”, po prostu zawróćcie. Plaże świata tego są tak wielkie. Jeśli naprawdę nie chcemy, nigdy nasze ślady nie skrzyżują się na ich piasku.

A jeśli szukacie Go tak samo jak ja, wbrew wszystkiemu i we wszystkim, jeśli chcecie razem ze mną kulejąc iść jednak Jego śladem, zostańcie.

Nigdy też nie nazywajcie mnie „dobrą”. Płoszą mnie takie słowa i głęboko zawstydzają. Czuję wtedy, że musiałam gdzieś skłamać skoro wyciągnęliście taki absurdalny wniosek.

 

Słowa.

Wiem, że są ważne. Kocham słowa. Może dlatego także, że jedno z Jego imion to „Słowo”.

Wiem, że umiem je pisać, zaprzęgać szalone rumaki do powozów myśli. Rozumiem też, że to dar i że muszę z niego zdać rachunek. Boję się jednak słów pustych. Za dużo ich wokół nas. Przerażają mnie rwące potoki słów – widm. Bez pokrycia ciałem rzeczywistym.

 

Ale chcę do Was pisać. Wierzcie mi – chcę. I tyle bym chciała Wam powiedzieć z tego, co się wydarzyło ostatnio i wydarza. Może mi się uda.

Tymczasem stoję na piasku plaży i patrzę w moje Morze Jedyne. Podszewka moich myśli faluje turkusem, seledynem i lazurem.

 

 

 

 

 

gra towarzyska

 

Siedzi przed mną małżeństwo z około 5-letnim stażem. Pijemy kawę. Temat jakoś schodzi na garnki. Jak to przy stole w kuchni:)

Mówię, że brakuje nam takiego bardzo dużego do gotowania kompotu letnią porą. A kompotu na naszą rodzinę trzeba nagotować naprawdę sporo.

Ona skarży się, że też nie ma takiego pojemnego naczynia, bo przecież żal na to pieniędzy ( delikatny ukłon w stronę jego).

On na to, że byłoby, gdyby ktoś ( tu skinienie głową na nią) nie przypalił dna garnka.

Ona więc, że przykro jej, ale smażyła konfitury ze śliwek dla męża i dzieci, a nie miała nikogo do pomocy.

– Nawet męża? – dopytuje on z nutką ironii w głosie.

Ona stwierdza, że mąż uważa wszystko za ważniejsze, ale nie pomoc żonie i dodaje szczegóły dramatycznego smażenia powideł. Że dzieci były małe, ona po nocnej zmianie, mieszała konfitury, ale przysypiała na dywaniku na podłodze, dzieci bawiły się obok, a konfitury w końcu się przypaliły.

On więc ripostuje, że przecież cały czas prowadzi budowę żeby żona w końcu nie narzekała, że dzieci nie mają pokoików.

Itd. Itp.

Wszystko w sielskiej atmosferze, przy kuchennym stole, popijając kawę z mlekiem.

Siedzę i słucham i już mam się wtrącić – jak to ja – z ciętą uwagą w kierunku Onego, bo Ona jest moją siostrą, więc wspólne geny zobowiązują, a ponadto cenię sobie kobiecą solidarność. Lecz – gdy już już mam na końcu języka moją własną dygresyjkę, nagle doznaję olśnienia.

To tylko gra!!! Zwykła gra towarzyska.

Oboje lubią się nią delektować przy filiżance kawy.  Grają ze zręcznością i wprawą, rzucając od niechcenia swoje kolejne asy z rękawa. Trochę szachrują, ale oboje o tym wiedzą. Nikomu nie dzieje się krzywda. I głupio byłoby się wtrącać przerywając im, jak nie przerywa się partyjki szachów dwóm starszym panom przy stoliku w parku.

Nasze gry.

Prowadzimy ich bardzo wiele. Większość z nich po prostu lubimy i gdyby stały partner do partyjki odmówił udziału, bylibyśmy ogromnie zawiedzeni. Wiele naszych rozmów i relacji przebiega wg. ściśle określonego schematu, są pewne reguły gry, których się trzymamy latami. Najczęściej nawet nie uświadamiamy sobie, że prowadzimy grę. Dopóki nie doznamy olśnienia.

 

Dlaczego uprawiamy tego typu rozrywkę? Dlaczego gramy w nasze własne gry? Czy tak jest łatwiej okiełznać skomplikowane relacje, poradzić sobie z emocjami, przekazać coś ważnego mówiąc banałami? Bo może łatwiej powiedzieć: „brakuje mi garnka” niż „naprawdę cię kocham i potrzebuję twojej obecności”. Albo łatwiej jest uciec w pracoholizm niż wyznać komuś „żyję w strachu, że cię zawiodę”.

 

Nasze gry. Z dziećmi, mężem, teściami, sąsiadami, nawet z sobą i z Bogiem.

 

niezamierzone chwile

 

Siedzę sobie nad strumykiem w samym środku upalnego dnia, w samym środku wielkiego miasta, które tak bardzo kiedyś kochałam. Siedzę z moją najmłodszą roześmianą córeczką bez jednego mleczaka z przodu.

Drzewa po drugiej stronie szumią i rzucają w nas swoje cienie. Woda śpiewa podskakując na kamieniach i łachach piasku porośniętego wodorostami. Tuż obok nas przelatują migotliwie ważki o kolorach, których nazw jeszcze nie wymyślono. Wyjmuję nogę z buta i wyciągając ją sięgam wody. Głaszcze zimną dłonią moją skórę. Łaskocze. Chłodzi.

Zdejmuję kroksiki Laurki i biorąc ją pod pachy zsuwam w koryto wodnej strugi.

– Jak łaskocze. – śmieje się dziecko przebierając paluszkami nóg.

Potem bawimy się rzucając liście i patyczki i przyglądając się, który pierwszy zniknie gnany wartkim prądem. Córka zagrzewa swoje do zwycięstwa. Pokrzykuje rozbawiona.

Siedzę nad strumykiem w samym środku mego- szybszego niż bieg strumyka – życia. I cieszę się wraz z moim dzieckiem tą chwilą, która nigdy by się nie zdarzyła, gdyby nagle, podczas podróży nie urwała nam się linka sprzęgła w samochodzie.

Mój mąż macha do nas czarną od smaru dłonią i krzyczy, że już.

 

Niesamowite.

Ile rzeczy by się nie zdarzyło, gdyby nie nagłe zawirowania naszych ścieżek. Ile by nas ominęło, gdyby nie nieoczekiwane postoje.

– Przemyśl do końca Rut, nim powiesz kiedykolwiek, że zdarzyło ci się nieszczęście – szepcze fala myśli wijąca się w głowie – nie bądź pochopna.

Fala głaszcze. Chłodzi. Koi.

 

na jagody

 

– Kiedy w końcu pójdziemy do domu? – nudzi Laurka rozglądając się badawczo po zielono usłanym pod stopami dywanie.

– Jak nazbieramy całą miskę – odpowiadam.

– Mamo, mrówka mi wlazła do buta – tupie kroksem o ściółkę lasu.

-Daj, to ci wyjmę.

– To kawałek liścia, nie mrówka – stwierdzam po zakończonej operacji przeszukania butków.

Śmiać mi się chce, bo jakby czas się cofnął o ponad 30 lat. Widzę małą Rut, która dokładnie tak samo stoi sztywno w jagodzińcu i wciąż marudzi babci jednej lub drugiej, że mrówki ją atakują. Marudzi na chóry z Amelką. Obie ubrane jak komandosi tak by ubranie nie odsłaniało najmniejszego skrawka skóry, a mimo to mrówki są tak sprytne, że wejdą wszędzie. Teraz Rut przyszła do lasu ze swoimi dziećmi.

– Chodźcie – powiedziała – nazbieramy jagód na drożdżówkę.

Ala i Adaś zbierają z poświęceniem czarne złoto. Stukają perełki owoców o dno seledynowej miski. Mama opowiada im jak to kiedyś dla wiejskich kobiet takie wspólne wyjście na jagody było jak święto. Czasem nawet, by to podkreślić, zawiązywały na głowy lepsze niż do obrządku chustki.

– A dlaczego to było dla nich święto?

– Bo mogły pół dnia siedzieć z kumoszkami w lesie. W cieniu. A zbieranie jagód nie było tak ciężką pracą jak ta w gospodarstwie. Było wręcz odpoczynkiem. No i żaden mąż nie mógł powiedzieć, że żona „się obija”, bo przecież zbierała jagody. Na soki, bułki, do suszenia. Kobiety były przeszczęśliwe, gdy nadchodził lipiec i można było pójść w jagodzińce. A ile się nagadały, naplotkowały, czasem pośpiewały, ile różańców razem odmówiły.

Rut wszystko pamięta. Zawsze babcie zabierały ją i Amelię na takie wypady. Czasem kończyło się wszystko tragikomicznie.

– Bo, gdy już udało nam się uzbierać razem jeden słoiczek jagód – tłumaczy dzieciom – to czasem którąś tak ukąsiła mrówka, że ta podrywając się, wysypała wszystko z naczynia. I cała wielogodzinna praca na marne.

– A słoiczek był pewnie wielkości tego po koncentracie pomidorowym – śmieje się syn.

Powoli, ku uldze Laurkowej, wracamy z lasu. Ptaki układają się już do snu. Słychać to w ich wieczornej piosence. Las zamyka podwoje dla odwiedzających.

A w domu jeszcze praca przy przebieraniu i płukaniu jagód i mieszaniu drożdżowego ciasta. Z przepisu, który nigdy nie zawodzi. Kruszonkę tradycyjnie wykonuje Adam, uznany za speca w tej dziedzinie.

A rano, raniutko Rut odkraja skrawek ciasta na spróbowanie. Obsypuje się spod palców złota kruszonka, rozpływa w ustach jagodowy smak. Znów wracają wspomnienia dzieciństwa, gdy Babcia Rubaszna piekła bułeczki i układała je na ściereczce na łóżku. I trzeba było koniecznie poczekać żeby wystygły.

Ale to już opowieść na inną okazję…