foto-reportaż

Może zamiast opisywać co się u nas działo przez ostatni miesiąc, spróbuję to opowiedzieć obrazami.

Garniec jak co roku zakwitł.

Kwitnie też nasza córka najstarsza. A z okazji jej urodzin szesnastych, prócz tortu był krem miętowy. Z mięty z własnego ogródka.

Po raz pierwszy zakwitł mój wymarzony głóg dwuszyjkowy. Drzewko z milionem małych różyczek. Kiedyś. Póki co z kilkunastoma kwiatkami.

Już od wczesnej wiosny ktoś podgryzał tulipany i skradał się pośród traw…

 

Pośród wiru pracy zdarzały się leniwe niedziele na tarasie. Niedziele o zapachu kawy, jaśminu i piwonii.

Oraz wieczory kibica. Pełne wrażeń. Także smakowych:)

A tymczasem na działce „tupot małych stópek”…

I staliśmy się rodzicami czterech jeżowych niemowląt:)

I właścicielami róży, która „pachnie naprawdę jak róża”.

 

 

Czyli wszystko dobrze pod naszym niebem.

 

 

 

spoza

 

Ciepły majowy wieczór. Rozwieszam mokre ręczniki na balkonie. Nagle zamieram w bezruchu obezwładniona widokiem oświetlonego wnętrza pokoju. Na rozłożonym łóżku siedzi zaczytana Nusia, jej włosy spływają dwoma czarnymi rzekami po obu stronach szczupłej, zamyślonej twarzy. Obok , na brzuchu leży Laurka i z rytmicznych ruchów można wywnioskować, że zapamiętale maluje. Jeszcze dalej przysypiający mąż.

Wszystko w złotym kręgu światła lampki, na tle pościeli w ptaki, kwiaty i zielone jabłuszka.

Opieram się plecami o chłodną barierkę i o gęstniejący zmierzchem błękit nieba za mną. Patrzę, ogarniam ich myślą, a oni – nieświadomi tego, żyją za taflą okna.

Tak muszą patrzeć na nas nasi zmarli, gdy odchodzą. Ostatnie pełne miłości spojrzenie. Już spoza.

Jutro piękny dzień.

Ktoś popatrzy na nas idących w jasnych wiosennych sukienkach, z promieniami słońca wplecionymi we włosy, spojrzy na nasze domy, ulice, nasze usta układające się do słów pieśni, nasze dzieci trzymające furkoczące wstążki, niemowlęta gaworzące w wózkach, brzózki ustawione przy ołtarzach, nasze kolana zbroczone ziarnkami piasku, nasze zmarszczki coraz głębsze… Popatrzy z miłością.

A my znowu nie zauważymy ani Jego ani Jego wzroku, ani Jego miłości.

 

chwila

 

Kiedyś lubiłam czytać opowiastki Anthonego de Mello. Mam kilka jego książek. Czasem do nich wracam.

Są pełne mądrych, krótkich przypowieści i historyjek, które stawiają nas wobec wielu ważnych pytań, które nie zawsze lubimy sobie zadawać dobrowolnie.

Jedna z nich ma tytuł: Pałac z zajazdem.

Opowiada o wizycie, jaką złożył władcy nieoczekiwany gość.

– Czego chcesz? – zapytał król.

– Miejsca do spania w tym zajeździe – odparł przybysz.

– To nie zajazd. To mój pałac.

– Mogę spytać, kto był właścicielem tego domu przed tobą?

– Mój ojciec. Już nie żyje.

– A kto był właścicielem przed nim?

-Mój dziadek. On także nie żyje.

– I to miejsce, gdzie ludzie zatrzymują się na chwilę, a potem ruszają dalej – czyżbyś powiedział, że to nie zajazd?

 

Jako puentę zacytuję słowa papieża Franciszka, które ostatnio usłyszałam:

„Jeszcze nigdy nie widziałem, by za konduktem pogrzebowym jechał samochód PRZEPROWADZKI.”

 

🙂

 

 

 

 

 

 

99

Pamiętacie, gdzie chodzę się modlić?

Do domu Matki, do Fatimy.

Wczoraj w nocy poszłam tam i zobaczyłam płonący plac. Tysiące ludzi stojących w ciemności i deszczu przed swoją Matką.

Dziś mija 99 lat od kiedy objawiła się pierwszy raz trójce dzieci. 99 lat wypełnionych Jej stałą obecnością, wieloma objawieniami we wszystkich zakątkach świata, Jej słowami, prośbami, modlitwą, miłością.

 

                                           *                      *                     *

 

W życiu ludzkim są dwa krańcowe, dramatyczne wydarzenia. Dwa przejścia.

Narodziny i śmierć.

Patrząc na współczesny świat wydaje się, że umieramy.

Ale dziś pomyślałam, że może to nie prowadzi do śmierci. Może jesteśmy w trakcie rodzenia się na nowo.

Rodzącemu się dziecku też pewnie wydaje się, że nie przeżyje, dusi się, jest wciągane przez siłę, z którą nie ma siły walczyć, wyrwane z ciepła i bezpieczeństwa…

Obecność Matki mocniej kojarzy się z rodzeniem się a nie śmiercią. Może więc to, czego dziś doświadczamy – ciemności i ucisku – jest początkiem narodzin.

Przechodzimy przez kanał rodny.

To boli, ale nie zabija.

 

 

 

 

błąd systemu

Ojciec Hołowaty:)

 

Moja siostra jest pielęgniarką. Kiedyś, na praktykach, była w szpitalu psychiatrycznym. Powierzono jej opiekę nad dziewczyną chorą na anoreksję.

Były to jedno z najtrudniejszych doświadczeń w jej życiu. Widziała wygłodzoną , ledwie trzymającą się na nogach istotę, do której nie docierało, że idąc za podpowiedzią swego braku łaknienia, idzie w kierunku śmierci. Dziewczyna wyglądająca jak szkielet ludzki widziała w lustrze siebie otyłą.

Błąd systemu.

Amelia dla jej dobra musiała siedzieć przy niej podczas posiłku,a czasem trwało to ponad godzinę nim pacjentka włożyła cokolwiek do ust. Niestety wystarczyło, że opiekunka odwróciła na chwilę wzrok, a pożywienie z ust lądowało do kieszeni, albo w rękawie. Wszystko dlatego, że dziewczyna nie odczuwała głodu.

Błąd systemu.

W końcu nie było wyjścia i została przypięta pasami do łóżka, a potem karmiona na siłę.

Kiedy jednak ją odpinano, szła natychmiast do łazienki, by spowodować wymioty, a jeśli nie mogła, ćwiczyła intensywnie, by zrzucić kalorie. Te same, które z takim trudem jej dostarczono, by przeżyła kolejny dzień.

Błąd systemu.


W życiu duchowym jest podobnie. Jeśli nie odczuwamy głodu, pragnienia, nie oznacza to, że jesteśmy syci i zdrowi.

Tylko tu nikt nas nie nakarmi na siłę.  Bóg nas nie przypnie pasami. Mamy wolną wolę. Coś najpiękniejszego i najbardziej niebezpiecznego w byciu człowiekiem.

 

 

 

 

pytania ze środka ogrodu

 

Jest taki etap wiosny kiedy chodzę po mojej działce i oglądam pączki drzew i krzewów. Dotykam gałązek, sprawdzam rany.

– Ten chyba przemarzł. – mówi mój mąż pochylony nad młodym krzakiem agrestu.

Dotykam po kolei ciemne oczka na gałęziach, przesuwam je w palcach jak paciorki różańca. W skupieniu. Zupełnie jak lekarz w ciszy bada puls chorego.

– Nie, wydaje mi się, że są chłodne. Chyba żyje. – stawiam diagnozę, choć z pewnym wahaniem, bo inne agresty już kipią zielenią.

Najpóźniej ożywają paulownie. To już wiem, więc nie niepokoi mnie pozorna martwota ich nagich gałęzi. Trzeba poczekać, choć gdy czekanie się przedłuża, podchodzę do drzew coraz częściej, gładzę korę, wsłuchuję się w tętno.

Tamaryszek też wygląda jak martwy. Gęsto ułożone drobne pączki długo nie zdradzają wewnętrznego stanu krzewu. Ale pewnego dnia z szarych zaczynają robić się różowawe. Trzeba dobrze się przyjrzeć, by dostrzec ten drobny niuans w zmianie barwy.

Martwi mnie też młoda brzoza. Kwitła na niektórych gałęziach, na innych pojawiły się zielone żagle liści, ale reszta wygląda jak żałośnie rozczochrane suche włosy.

Bo zawiązki liści nie zawsze świadczą o życiu. Czasem to jest ostatni wysiłek przed agonią. Też już to widziałam nie raz. Czasem umierająca roślina wypuszcza jeszcze ostatni rachityczny kwiat, bo wie, że jedyną szansą na przeżycie jest przekazanie go w owoc.

 

Chodzę więc po mojej działce, domorosły ogrodnik , i pytam o życie i śmierć.

Ostatecznie, gdy nie ma pewności, a i cierpliwość się kończy, robię ostatni test. Trzeba złamać jedną gałąź, koniec drugiej, trzecią, kolejną… Wyczuć siłę oporu, wsłuchać się w ton trzaśnięcia, w końcu zajrzeć w głąb. Znaleźć tam lub nie znaleźć małą zieloną plamkę żywej tkanki.

Po tym teście wiem już, że jedna z hortensji umarła. Poczekam jeszcze, bo nadzieja umiera ostatnia, a jeśli korzeń był silny zdarza się cud wskrzeszenia.

 

Są takie chwile w życiu kiedy dotykam myślą ludzi obok i samej siebie.

Patrzę, wsłuchuję się, martwię, pytam: żyjemy jeszcze czy już umarliśmy? Szukam śladu żywej tkanki na dnie spojrzenia, myśli, słowa, gestu, serca.

 

Łamię siebie w spowiedzi. Jedną, drugą, trzecią gałąź…

Nie znam boleśniejszej i bardziej skutecznej metody, by upewnić się czy nie jestem trupem.

 

 

 

 

decyzja

 

Akt poświęcenia się Niepokalanemu Sercu Maryi

Obieram Cię dziś, Maryjo, w obliczu całego dworu niebieskiego, na moją Matkę i Panią. Z całym oddaniem i miłością powierzam i poświęcam Tobie moje ciało i moją duszę, wszystkie moje dobra wewnętrzne i zewnętrzne, a także zasługi moich dobrych uczynków przeszłych, teraźniejszych i przyszłych. Tobie zostawiam całkowite i pełne prawo dysponowania mną jak niewolnikiem oraz wszystkim, co do mnie należy, bez zastrzeżeń, według Twojego upodobania, na większą chwałę Bożą teraz i na wieki. Amen.

św. Ludwik de Montfort

 

 

Gdy moja ojczyzna została włożona w Serce Maryi, to Serce Matki  stało się moją ojczyzną.

 

 

 

życiodajna obecność

 

Wracaliśmy z mężem i Laurką do domu. Córkę odebraliśmy właśnie z przyjęcia urodzinowego. Nusia nie dała się odebrać, bo „jeszcze za wcześnie”:) Jechaliśmy powoli, bo osiedle domków ma ograniczenie na lokalnych drogach do 30.

– O, jaki mały! – mówi nagle mąż wskazując małego chłopczyka – I tak chodzi sam po ulicy.

Minęliśmy dziecko i jechaliśmy dalej, ale mój mąż jeszcze raz spojrzał w lusterko.

– On chyba płacze – zaniepokoił się.

– Zatrzymaj się – rzuciłam szybko i wyskoczyłam z auta, nie czekając aż zupełnie zahamuje.

– Dlaczego płaczesz? – zapytałam, podchodząc do malutkiego, około 3-letniego chłopczyka.

Zanosił się od płaczu, był mokry od łez i zasmarkany.

– Nie ma mamy. – wyjąkał zachłystując się łzami.

Rozejrzałam się bezradnie. Na ulicy żywej duszy, poza jedną dziewczynką. Powoli się ściemniało.

– Nie płacz – schyliłam się nad malcem – Znajdziemy twoją mamę. A może mama jest w domu?

– Nie. Nie ma mamy. – zachlipał.

– A wiesz gdzie jest twój dom? Pokażesz mi?

Skinął główką. Wytarłam mu nos chusteczką i wzięłam za małą rączkę.

Ja – wysoka, on – maleńki. Szliśmy razem. Ja – stukając obcasami, on – siąkając noskiem. I nie wiadomo kto kogo prowadził. On mnie, czy ja jego. Mąż zawrócił auto i jechał powoli za nami uliczkami cichnącego wieczornego osiedla.

Po drodze zabrałam mały plastikowy motorek, który dziecko zostawiło na rogu ulicy. Bo po co komu motorek, gdy mama zniknęła.

– Nie płacz – uspokajałam go cały czas – Nie martw się kochanie, znajdziemy mamę. A on raz po raz zanosił się szlochem.

W końcu doszliśmy. Pokazał paluszkiem furtkę.

-Tu – powiedział.

Ale dom nie oznaczał mamy. Była babcia, ciocia…

Mamę znaleźliśmy później.

 

Po wszystkim wsiadłam do auta, męża, córki i zamyśliłam się się.

Znam wszystkie role tej scenki.

Jestem mamą – wiem, co to znaczy być dla kogoś powietrzem i że moje zniknięcie może być równoznaczne ze śmiercią z rozpaczy.

Jestem też czasem kimś kto prowadzi, pociesza, uspokaja, podaje rękę.

Ale wiecie co?

Najbardziej jestem małym trzyletnim dzieckiem, które na przemian gubi się i szuka swojej mamy.

Nie ma domu, jeśli nie ma mamy. Nie zastąpią jej obecności żadne gadżety, żadne nawet najmilsze towarzystwo, nie zrekompensuje poczucie swobody penetrowania swego życia jak osiedla o zmroku.

 

Kiedyś, na studiach znalazłam gdzieś słowa, które pewnie Bóg wypowiada do każdego z nas: „Bez ciebie nie ma dla mnie żadnego nieba.”

Wypisałam je sobie na kartce i powiesiłam nad łóżkiem w akademiku.

Rozbrajające wyznanie, które Bóg codziennie mi powtarzał: Będę cierpiał, jeśli nie będzie ciebie przy mnie.

 

Ja to samo mówię Jemu:

Nie chcę żyć bez Ciebie. Nie istnieje dla mnie dom bez Ciebie. Nic się nie będzie liczyło, jeśli oddalę się od Ciebie. Nie chcę być szlachetna, dobra i piękna bez Ciebie. Nie zależy mi na własnej doskonałości, jeśli nie będę blisko Ciebie. Nie interesuje mnie niebo jako miejsce radosnych igraszek i wiecznej nagrody. Ono interesuje mnie tylko dlatego, że Ty tam jesteś. A jeśli się zgubię, będę szlochać i biegać po ciemnych uliczkach, porzucę wszystko co mam i będę pytać wszystkich, których napotkam żeby znaleźć Ciebie.

 

Jestem małym trzylatkiem na ulicy. Nie zależy mi na niczym innym, tylko na obecności mamy.

 

 

posiadanie

 

Coś jeszcze z Ojca Andrzeja Hołowatego…

 

 

Nic nie posiadasz. Nikogo nie posiadasz.

Nic ci się nie należy. Nikt ci się nie należy.

Nic nie jest twoje. Nikt nie jest twój.

Zwolnij uścisk.

Zaciskając palce, niszczysz to, co trzymasz.

 

Ten obrazek porusza lawinę myśli w mojej głowie.