Może zamiast opisywać co się u nas działo przez ostatni miesiąc, spróbuję to opowiedzieć obrazami.
Garniec jak co roku zakwitł.

Kwitnie też nasza córka najstarsza. A z okazji jej urodzin szesnastych, prócz tortu był krem miętowy. Z mięty z własnego ogródka.

Po raz pierwszy zakwitł mój wymarzony głóg dwuszyjkowy. Drzewko z milionem małych różyczek. Kiedyś. Póki co z kilkunastoma kwiatkami.

Już od wczesnej wiosny ktoś podgryzał tulipany i skradał się pośród traw…


Pośród wiru pracy zdarzały się leniwe niedziele na tarasie. Niedziele o zapachu kawy, jaśminu i piwonii.

Oraz wieczory kibica. Pełne wrażeń. Także smakowych:)

A tymczasem na działce „tupot małych stópek”…

I staliśmy się rodzicami czterech jeżowych niemowląt:)


I właścicielami róży, która „pachnie naprawdę jak róża”.

Czyli wszystko dobrze pod naszym niebem.
