pory roku, dni i lata…

 

Krótkie dni, dłuuugie wieczory.

Życie zupełnie się zmienia na granicy lata i jesieni.

Jest godzina szósta, a ja – ubrana w czerwony miękki szlafrok – siedzę w moim ulubionym rogu kanapy, pod słońcem mojej lampki.

Na szerokiej tapicerowanej poręczy łóżka barykada z kilkunastu akurat czytanych książek. Niedługo za nią zniknę. Jeszcze dzień, dwa. Robię co jakiś czas remanent i odkładam niektóre na bliżej nieokreślone „potem”, ale w jakiś niepojęty sposób barykada wcale nie topnieje.

Siedzę i czytam „Sekretne życie drzew” Petera Wohlleben, niesamowitą opowieść człowieka lasu o mądrości i miłości, jaką potrafią okazywać sobie drzewa. Kiedyś Wam o tym napiszę. Obok paruje czerwona herbata o cynamonowo-pomarańczowym aromacie. A jeszcze bardziej obok toczy się normalne życie mojej rodziny.

Najstarsza córka uczy się lub pisze wiersze, syn szuka czegoś w necie, młodsze biegają i bawią się w panią i kotka. Charakterną panią jest oczywiście najmłodsza Laurcia, a spolegliwym kotkiem – Nusia. Mąż albo jeszcze buduje nasz dom kilka kilometrów dalej, albo pali w piecu, albo słucha radia. Za oknem już ciemno.

Patrzę na czarną taflę szkła w okiennej ramie, odbija się w niej tylko słońce towarzyszącej mi lampki. Wiem, że tak będzie wyglądało nasze życie aż do wiosny. W objęciach wczesnego mroku.

A potem nagle wszystko się zmieni.

Nie będę się pocieszać sztucznymi słońcami żarówek ani gibkimi płomieniami świec. Zaświeci słońce prawdziwe, odmieni dni, skróci noce. Znów o godzinie szóstej będę siedzieć na rozgrzanym tarasiku naszego nowego domu. Blask słoneczny będzie tańczył na moich rzęsach. Ala siądzie naprzeciw i będzie czytała wiersze z opasłego tomiska. Będziemy się zamyślały, nasi chłopcy wyśmieją niektóre metafory, pospieramy się o rolę poezji w życiu, nie oszczędzona nam będzie proza zapachu obornika z okolicznych pól:) Przytulę się do ciepłej, ceglanej ściany swego domu, pogłaszczę głębokie zmarszczki starych babcinych okiennic, rozmarzę o kolorze płytek w łazience i paneli na podłogach. Zakwitnie migdałek. Zapachną tulipany. Zabrzęczą w powietrzu pszczoły. Zamknę powieki. Poczuję, że jestem tam, gdzie być powinnam.

Zmieniają się dni, pory roku i lata. „Życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy” – brzmią mi w uszach słowa prefacji z mszy o zmarłych.

Zmienia się, ale się nie kończy.

ZMIENIA się, ale się nie kończy.

Zmienia się, ale się NIE KOŃCZY.

Nasze sztuczne światła zmienią się w niegasnący nigdy blask, nasz mrok wątpliwości w pewność żeśmy miłowani odwiecznie, nasze błąkanie w odnalezienie miejsca jedynego. Czekam na tę odmianę. Dusze czyśćcowe mówiły Marii Simmie: Nie chciałybyśmy wrócić na ziemię i nadal żyć, ponieważ posiadamy poznanie, jakiego wy nie znacie. Żyjecie w takim mroku, a my w takim świetle.

One już wiedzą. Dotknęły Miłości. I nic już ich od niej nie oderwie.

Tęsknię za tym światłem. Blask lampki jest ciepły i kojący, ale jest tylko cieniem cienia prawdziwej światłości.

 

 

 

 


 

czerwone korale

 

Przeciekają mi między palcami czerwone drewniane krople.

Mój nowy różaniec wygląda jak korale góralskiej dziewczyny. Jest tak jasny, że rozświetla swym kolorem miejsce, w którym leży. Dlatego może trudniej będzie go zgubić i łatwiej znaleźć. Kupiłam go z tą myślą. Na Jasnej Górze.

Znów tam byłam. W złotym domu naszej matki.

Nawet nie wiecie ile wysiłku i starań mnie to kosztowało, by pragnienie bycia tam przekuć w szkolną wycieczkę- pielgrzymkę, by zebrać chętnych, pokonać piętrzące się niebotycznie przeciwności, zaczarować słotną jesień, ściągnąć z nieba szwadrony Aniołów, które ochroniłyby całą wyprawę.

Uśmiecham się, wspominając to wszystko, a między palcami ścieka mi czerwony góralski sznur korali. Mój nowy różaniec.

Cały październik był nadzwyczaj trudny i nadzwyczaj bogaty. Zaczynam się zastanawiać czy trud i bogactwo nie idą w parze i nie warunkują się nawzajem.

Wciąż jest trudno, czasem brak oddechu, czasem sił, czasem wieczorem padam jak ptak rozbity o szybę. A jednak wstaję rano, choć tylko o jeden ton różni się szarość jesiennego świtu od szarości jesiennego zmierzchu. Jeden prawie niedostrzegalny ton. 

Mrużę oczy, by dostrzec ten niuans.

Złote liście lipy rozrzucone wokół kościoła błyszczą w deszczowym wieczorze. Czerwony różaniec leży w jasnej plamie lampki przy mojej poduszce.

Zawsze mamy wybór: pozostać w mroku, czy szukać światła.

 

 

z jesieni

 

Pachnie zbutwiałymi liśćmi, wiatrem, purpurowym o zmierzchu słońcem. Kolejny już rok tak zaczyna się jesień.

Kolejny już rok podnoszę szeleszczące żagle liści, równam czarne kopce na trawniku, dziurawię ziemię łopatką i wciskam cebulki tulipanów, szafirków i innych kwiatów, których nazw i miejsc posadzenia nie potrafię spamiętać. Kolejny już rok biega wokół mnie i szczebiocze mały skrzat córeczka. Różowa chusteczka na szyi ma postrzępione rogi. Kolejny już rok słyszę nad głową krzyk i bezbłędnie już wiem, że to żurawie kluczą po niebie w poszukiwaniu drogi. Kolejny rok mąż buduje nasz dom, a ja kolejny raz snuję z nim plany i marzenia. Nad głowami fruną uczepione pewnie wiotkiej nici małe pajączki. I wszyscy jak co roku mówią: „babie lato”.

Co rok o tej porze zadaję najważniejsze pytania. O swoje istnienie, sens, śmierć, logiczność ciągów wiosen, lat i jesieni.

Po co? Jak? I dlaczego? spacerują mi po głowie, budzą w środku nocy, wirują nad filiżanką porannej czarnej kawy.

Nie potrafię być zwierzęciem zadowolonym z miski jedzenia i ciepłej budy, nie umiem ograniczyć się tylko do potrzeb mego mięsa, nie wystarczają mi odpowiedzi z głębi  zlepka moich tkanek. To zbyt płytko.

Jestem kimś więcej niż widać. Kimś więcej niż słychać. Nie wszystko kim jestem można dotknąć, poczuć, opowiedzieć. Nie jestem jak ten liść, który więdnie, spada, gnije, znika.

Zanurzona w powszechnym przemijaniu jesieni, wiem, że jestem inna.

I gdyby nawet – choć nic na to nie wskazuje – nie dane mi było jeszcze raz napisać „kolejny rok podnoszę liście, równam kopce, sadzę tulipany, snuję plany” nie zniknę. Będę jeszcze bardziej.

 

Jak ci, którym nie dano powiedzieć ani razu „kolejny raz”.

 

 

 

droga – kolejny krok

 

– Muszę zatankować twój samochód. – oświadcza mój mąż o 6:40 rano.

– To nic. Pójdę na mszę pieszo. – odpowiadam i wychodzę w rześki poranek.

Napełnić bak, bo daleko nie zajadę. Staram się codziennie.

To kolejny etap mojej drogi. Codzienna msza, codzienna Komunia.

Nie zawsze się udaje. Są różne dni, o różnym natężeniu, zmęczeniu materiału, więc nie zawzinam się przy tym „codziennie”. Niemniej wiem, że kiedyś to nastąpi, od dawna widziałam to na horyzoncie przed sobą, od jeszcze dawniej czułam pragnienie w sercu. Jestem spokojna, czas niech płynie, wydarzenia i okoliczności tak się układają by to, co dotąd „odświętne” stało się „codziennością”.

Kiedyś, nim urodziłam dzieci, msza była moją codziennością. Potem przyszły obowiązki, trudności z wyrwaniem się z domu choćby na chwilę. Trochę to trwało nim zgodziłam się z tym stanem. Dziś wiem, że trzeba umieć zgodzić się na pewne etapy swego życia, zaakceptować ich trud i wyrzeczenie, pamiętać, że fale na wodzie z czasem układają się do snu, a powierzchnia łagodnieje. Dzieci podrosły, a ja mogłam wrócić do tego, co dla mnie ważne.

Nie jestem łatwa w prowadzeniu. Nikt nie potrafi mnie prowadzić w tańcu, bo się mu wyszarpuję i szukam własnego kroku. Niełatwo mną pokierować w życiu. Sama mam z tym problemy:) A jednak czuję „prowadzenie” i widzę jak mu się poddaję.

Bo jest to mądre prowadzenie, nic na siłę, raczej propozycje do przemyślenia, zarysy na horyzoncie, które widzę na długo długo wcześniej i przyzwyczajam do nich mój wzrok i serce. A po pewnym czasie pojawia się pragnienie, by podejść i tego dotknąć, ukonkretnić.

Tak stało się z codziennym różańcem, codziennym czytaniem Biblii, tak stało się z uznaniem mojego grzechu, którego nie uznawałam, tak stało się z dziesięciną, tak było z oddaniem się w niewolę Maryi, tak dzieje się teraz z codzienną mszą świętą, tak teraz jestem pociągana do rozpoczęcia kierownictwa duchowego.

Nie jest łatwo mną kierować. Jestem uparta i krnąbrna jak osioł. A jednak Maryi to się udaje.

A ja widzę kolejne zarysy na horyzoncie. Przyjdzie czas, gdy je przyjmę i zrobię kolejny krok.

Matka uczy swoje małe dziecko chodzić. Po ziemi i po …wodzie.

 

 


ciasto

 

Dziękuję za słowa i za uśmiechy.

A oto obiecany przepis:)

 

CIASTO CZEKOLADOWO – MIĘTOWE

CIASTO( biszkopt czekoladowy):

– 5 jajek -3/4 szkl.

– 2/3 szkl. Mąki

-1/3 szkl kakao

* Białka zmiksować na sztywna pianę. Można dodać odrobinę soli, by się lepiej ubiły.

*Do białek dodawać partiami cukier ciągle miksując

* Dodawać po jednym żółtku, ciągle miksując.

* Wyłączyć mikser. Do masy jajecznej dodawać partiami mąkę wymieszaną z kakao i delikatnie mieszać drewnianą łopatką.

* Ciasto wyłożyć do tortownicy wyłożonej na spodzie kółkiem papieru. Nie smarować boków.

* Piec około 35-40 minut w temp. 160-170 stopni, góra-dół.

* po upieczeniu gorące ciasto wyjąć i z wysokości około 30 cm upuścić ( w formie) na podłogę lub blat.

* Zostawić do ostudzenia, potem odkroić brzegi i rozkroić ciasto długim nożem na 3 blaty.

MASA MIĘTOWA:

– 2 śmietany kremówki

– 2 serki mascarpone

– kilka gałązek świeżej mięty

– paczuszka landrynek miętowych ( np. z Biedronki)

– cukier puder

* Landrynki ( całe opakowanie) zawinąć w ściereczkę i potłuc na drobno młotkiem do mięsa. Można skruszyć w kruszarce do lodu.

* Śmietanę kremówkę wlać do garnka, wrzucić gałązki mięty oraz potłuczone landrynki i zagotować ciągle mieszając, by landrynki się rozpuściły i nie przywarły do dna.

* Zagotowaną śmietanę odstawić do ostygnięcia, a potem przykryć i włożyć do lodówki na kilka godzin lub całą noc. Potem wyjmujemy listki mięty.

* Schłodzoną śmietanę ubijamy na sztywną masę, dodajemy cukier puder do smaku oraz serki mascarpone

* można dodać zielony barwnik spożywczy

 

PRZYGOTOWANIE CIASTA : Placki nasączamy wodą z cytryną i przesmarowujemy masą miętową. Na wierzch także masa i dekorujemy dowolnie np. listkami świeżej mięty.

 

Smacznego:)

 


„ufam” powiedziane inaczej

 

Pamiętacie Borejków?

Nad kuchennym stołem mieli miejsce, gdzie wieszali na ścianie mądre sentencje, wierszyki, śmieszne rymowanki typu: „kto mlaszcze, temu w paszczę”, zdjęcia rodzinne, rysunki dzieci, zapiski…

My od jakiegoś czasu mamy na ścianie przy kuchennym stole korkową tablicę, a na niej dokładnie to samo, co rodzina z Jeżyc:) Jest tam np. nasze narodowe godło, które wyszło spod ręki Laurki ( kiedyś Wam je pokażę), są różne cytaty typu: „kawę pije się dopiero, gdy się jest starym i roztrzęsionym” ( ciotka Paszczaka:), są słowa z Biblii, obrazek Jezusa miłosiernego, serduszka dla każdego członka rodziny…

Ostatnio przybył tam jeszcze jeden napis.

JEZU, TY SIĘ TYM ZAJMIJ!

Jak zwykle natknęłam się na te słowa zupełnie przypadkowo. W jakiejś gazecie wspomniano o ks. Dolindo Ruotolo i o tym, że objawiał mu się Jezus. Wiele ze rozmów ksiądz spisywał, a po jego śmierci notatki wydano w postaci książki. Nie znam tytułu. Wiem tylko, że trwa proces beatyfikacyjny ks. Dolindo. Wielu mówi, że gdy autor notatek trafi na ołtarze, słowa: „Jezu , Ty się tym zajmij” staną się równie znaną modlitwą jak „Jezu, ufam Tobie” św. Faustyny. Jedno i drugie zdanie wyrażają dokładnie to samo. Bezgraniczną ufność człowieka wobec Boga.

Znalazłam w necie fragmenty z notatek ks. Ruotolo. Akurat mamy kilka kłopotów, więc czytając te słowa, czułam, że są naprawdę do mnie, do nas.

Jezus mówi:

„Z jakiegoż to powodu wzburzony ulegasz zamętowi? Oddaj Mi swoje sprawy, a wszystko się ułoży i uspokoi. Zaprawdę powiadam wam, każdy akt prawdziwego oddania i zawierzenia mi przyniesie owoc i rozwiąże napięte sytuacje.

Całkowicie zdać się na Mnie oznacza nie zadręczać się i nie wzburzać, nie popadać w desperację, nie napinać się nerwowo, prosząc Mnie, bym idąc waszym zamysłem, przemienił wzburzenie w modlitwę. Całkowicie zdać się na Mnie znaczy zamknąć ze spokojem oczy duszy, odwrócić niespokojną myśl i zamęt i zdać się tylko na Mnie, modląc się słowami: »Ty się tym zajmij«”. „(…) Zamknij oczy i pozwól Mi działać, zamknij oczy i pomyśl o teraźniejszości, odwróć wzrok od przyszłości jak od pokusy; odpocznij we Mnie, ufając w Moją dobroć, a zapewniam cię na Moją miłość, że kiedy zwrócisz się do mnie słowami: »Ty się tym zajmij«, oddam się tej sprawie całkowicie, pocieszę cię, wyzwolę i poprowadzę. I kiedy będę musiał poprowadzić cię inną drogą niż tą, którą zaplanowałeś, będę ci przewodnikiem, wezmę na ramiona, przeprowadzę cię, niosąc jak matka niemowlę na rękach, na drugi brzeg.

To twój racjonalizm, tok rozumowania, zamartwianie się i chęć, by za wszelką cenę zająć się tym, co cię trapi, wprowadza zamęt i jest powodem trudnego do zniesienia bólu. Ileż to mogę zdziałać, czy mając na względzie potrzeby duchowe, czy też materialne, kiedy dusza zwróci się do mnie słowami: »Ty się tym zajmij«, kiedy zamknie oczy i się uspokoi.

Otrzymujecie niewiele łask, kiedy się zamartwiacie. Wiele zaś łask spada na was, jeśli tylko modlitwa wasza staje się pełnym zawierzeniem i oddaniem się Mi. W bólu i cierpieniu prosisz, bym działał, ale tak jak ty tego chcesz… Nie zwracasz się do Mnie, a chcesz jedynie, bym się dopasował do twoich potrzeb i zamysłów. Nie jesteś chory, skoro prosząc lekarza o pomoc, sugerujesz mu leczenie.

Módlcie się tak, jak was nauczyłem: »święć się imię Twoje«, czyli bądź pochwalony, uwielbiony w mojej potrzebie. »Przyjdź królestwo Twoje«, czyli niech wszystko, co się dzieje, przyczynia się do stwarzania Twojego królestwa w nas i na świecie. »Bądź wola Twoja, jako w niebie tak i na ziemi«, czyli to Ty wejdź i działaj w tej mojej potrzebie, (…) Jeśli powiesz mi naprawdę: »bądź wola Twoja«, czyli jakbyś mówił: »Ty się tym zajmij«, wkroczę z całą moją mocą i rozwiążę najtrudniejsze sytuacje. (…) Powiadam ci, że się tym zajmę i podejmę działania jak lekarz. Uczynię nawet cud, jeśli będzie to potrzebne. Masz wrażenie, że sytuacja się pogarsza? Nie burz się; zamknij oczy i mów: »Ty się zajmij«. Powtarzam ci, że się tym zajmę, że nie ma potężniejszego lekarstwa niż moje działanie z miłości”.

 

 

Dlatego słowa: „Jezu, Ty się tym zajmij” wiszą od jakiegoś czasu nad naszym stołem. Są jak wytrych, gdy mi smutno i nie wiem jak sobie poradzę z tym czy tamtym. Cicho je literuję w głowie wpatrzona w Jego oczy. Ty się tym zajmij.

 


 

kawałek ciasta

 

Każdy ma swoją ulubioną muzykę, ulubione barwy, ulubione zapachy, uwielbiane smaki, tkaniny, wnętrza, filmy, książki, pościel, przedmiot w szkole, pory dnia, nawet ławkę w kościele. Ja też tak mam. Jak każdy.

Ostatnio odkryłam jakie jest moje ukochane ciasto. Najpyszniejsze ciasto na świecie. I nieskromnie wyznam się, że – posiłkując się propozycjami w necie – sama je skomponowałam, nauczyłam się piec i prawie doszłam w tym do perfekcji.

Oto ono.

Ciasto czekoladowo-miętowe. Niebiańskie połączenie smaku czekolady i orzeźwiającej mięty.

Są chwile w moim życiu, gdy mam na coś niesamowitą, porywającą chęć, że to coś „chodzi” za mną i domaga się odpowiedzi.

Ale coraz częściej mam też takie chwile kiedy mąż pyta: Jadę do sklepu. Masz na coś ochotę?

A ja patrzę na niego dziwnie i mówię: Wiesz, na nic nie mam ochoty. Zupełnie na nic.

On jeszcze dopytuje, drąży. Może ser pleśniowy, może wino, moje jogurt pitny, może czekolada, moje napój jakiś?

Ale z każdą kolejną propozycją jestem coraz bardziej pewna, że nic, absolutnie nic mnie nie zaspokoi.

Są też takie chwile, gdy rzucam w przestrzeń: Poróbmy coś. I nim jeszcze przebrzmi ostatnia sylaba tego zdania, gdzieś w głębi serca wiem, że cokolwiek zrobię, to nie będzie to, czego pragnę.

Czasem siadamy przed telewizorem. Coraz rzadziej jakoś, ale czasem jeszcze. Bierzemy pilot do ręki, lecz z każdym przerzuconym kanałem coraz mocniej rośnie przekonanie, że to, co możemy znaleźć na szklanym ekranie, to nie jest to, czego potrzebujemy.

Myślę: Może by coś zjeść? A echo w sercu odpowiada: To nie o to chodzi. Może by się z kimś spotkać? A głos w sercu mówi: Nie tędy droga. Może by coś napisać? To bez znaczenia. Może któraś książka? Nie znajdziesz tam odpowiedzi. Może by w coś pograć? Może coś kupić ładnego? Może spacer? Rower? Rozmowa z kimś przez telefon? Alkohol? Kolejna kawa? Lody? Wszystko cieszy na moment, a na dnie zostaje niespełnienie i gorycz. Takie chwile są długie i bolesne.

Gdziekolwiek zwrócę wzrok, wiem na pewno, że to nie to, że szukam czegoś innego.

Głód. Straszliwy głód czegoś, co trudno nazwać.

Nazywaliśmy ten stan „zblazowaniem”, bo wszystko, co chcemy, mamy lub możemy mieć. No, prawie wszystko.

Ale to chyba nie jest słuszna nazwa. To nie „zblazowanie”. To tęsknota. Serce się „wywierca” – jak napisał o. Szustak w „Ośle w raju”.

Nagle natknęłam się na tę książkę i na ten fragment. Oczom nie mogłam uwierzyć, że ktoś jeszcze tak ma:) że kogoś tak nosi jak mnie.

„Jest taki moment w życiu każdego i , myślę, że go znacie, – moment, gdy nie wiadomo, co ze sobą zrobić. Nagle okazuje się, że cokolwiek robimy, jest niewystarczające, wszystko to jest za mało, nie wypełnia, nie daje poczucia sytości duszy. Byłem kiedyś we Wrocławiu na rekolekcjach. Drugiego dnia, po konferencji, usiedliśmy wieczorem z jednym z braci w klasztorze, obejrzeliśmy jakiś film niewysokich lotów, tak, żeby jakoś uratować wieczór, potem poszedłem do swojej celi, coś tam napisałem do duszpasterstwa w Krakowie, odpisałem na jakieś trzy maile… I ciągle tak mnie coś wierciło – coś było nie tak. Za co bym się nie zabrał, to nie to. Może bym się pomodlił… Ale nie. Tak iść do kaplicy, tam siedzieć… Może bym poszedł do jakiegoś brata… Ale też, tak gadać z nim… Bez sensu. Może bym jakiś film obejrzał… Ale nic ciekawego. Może bym spać poszedł… ale mi się nie chce… Być może znacie ten moment. Moment, gdy nie wiadomo, czym się zająć. Czymkolwiek się człowiek zajmie, zawsze coś nie tak. To są absolutnie najważniejsze momenty w życiu. Dlatego, że to jest jasny znak, że serce zaczyna się wywiercać. Ale my znajdujemy tysiąc sposobów na to, jak je załgać, zagłuszyć i zapełnić czymkolwiek: filmem, ludźmi, muzyką, najlepiej jakąś przyjemnością… Czymś się zająć żeby tak nie wierciło, bo nie da się wytrzymać ze sobą. (…) To są momenty, które my często przegapiamy i czymś zatykamy. Nie róbcie tego.(…) nie szukajcie żadnego zastępnika. Bo to się wywierca wasze serce. Ono zaczyna się dopominać o to, czego chce. Czego naprawdę chce. (…) jeden z moich współbraci mówi inaczej: to są takie momenty, które się objawiają tak zwanym syndromem lodówki. Kiedy człowiek przechodzi koło lodówki i myśli: „Ciekawe co tam jest…” Tak, jakby nie wiedział. Ale mówi: „A, zajrzę, może będzie coś, czego się nie spodziewam…” ( stąd się brzuchy biorą). To jest syndrom lodówki. Jest też syndrom telewizora: „A, zarzucę tak, poćwiczę kciuka, może coś będzie ciekawego”.

 

Kiedy to przeczytałam, jakbym czytała o sobie. Lata całe udawało mi się serce zagłuszać, a teraz jakbym tę zdolność straciła. Na szczęście. Serce mi się wywierca, a ja już doskonale wiem, że nie ma sensu włączać TV, ani komputera, ani gmerać w lodówce, ani iść do sklepu i nawrzucać do koszyka, ani poszukiwać palcem po grzbietach książek, ani szukać w kontaktach telefonu… To nic nie pomoże.

Paradoksalnie pomaga cisza, milczenie. Paradoksalnie syci dzień, gdy postanawiam pościć o chlebie i wodzie. Paradoksalnie mniej się nudzę, gdy wcale nie wchodzę na telewizyjne programy lub Internet. Paradoksalnie doświadczam bliskości, gdy jestem sama. Paradoksalnie kilka śliwek zerwanych prosto z drzewa jest słodsze niż góra drogich egzotycznych owoców.

Paradoksalnie? A może nie ma w tym żadnej sprzeczności. Bo moje serce doskonale wie czego chce, a czego nie chce. Wystarczy go nie próbować oszukiwać. Zresztą, zauważyłam, że po czterdziestce nie tak łatwo wywieść je w pole. Ono się będzie wiercić aż dziurę w klatce piersiowej wygrzebie. Moje serce tęskni coraz bardziej, nie da się zwodzić, odciągać. Ono wraca do domu. Czasem tylko zatrzyma się przy kawałku ciasta czekoladowo-miętowego i biegnie dalej.

Bo ono pragnie tylko Jednego.

 

 

 

Niespokojne jest serce moje Panie, póki nie spocznie w Tobie.

 

Ps. Przepis na ciasto podam niebawem:)

 


kawałek twarzy Boga

 

Chcę Wam jeszcze coś pokazać. I opowiedzieć.

Nie wiem czy słyszeliście o Ojcu Danielu. Ja trochę słyszałam. Niektórzy ludzie stąd jeżdżą do jego pustelni Czatachowa. Ojciec jest młody, ale dojrzały duchem. Modli się, głosi Słowo Boże i dzieją się cuda. Osobiście znam kogoś, kto był alkoholikiem a teraz – po spotkaniu z o. Danielem – zupełnie zmienił swoje życie.

Ostatnio natknęłam się na taki krótki filmik, w którym o. Daniel opowiada o chwili, gdy jego życie uległo przemianie. Kilkanaście lat temu. Posłuchajcie.

świadectwo O. Daniela – doświadczyłem Ducha św.

 

To, co mnie poruszyło w jego świadectwie to nie tylko znak łez, dokładnie taki, jakiego ja doświadczyłam, gdy Bóg mnie dotknął przez ręce kapłana. Jest jeszcze coś.

Twarz. Moja twarz.

Bóg nieustannie, od wielu miesięcy zwraca mi uwagę na ten temat. A On jest naprawdę uparty.

Niemal za każdym razem, gdy dotykam swojej twarzy, gdy rano czy wieczorem obmywam ją wodą.

Mówi: Dotykaj delikatnie twojej twarzy. Dotykaj jej z miłością. To jedyna taka twarz na świecie. Jesteś moją Twarzą. Jedynym takim rysem Mojej Twarzy w świecie. Kochaj Twoją twarz.

Mówi to z taką czułością i powagą jednocześnie.

Jak wielu mam problemy z kochaniem i akceptowaniem siebie. Pewnie każdy je ma. Chyba najbardziej ci, którzy wydają się tacy pewni siebie, przebojowi i bez kompleksów. Bóg wie jak trudno nam przyjąć siebie, takimi , jakimi jesteśmy. Wielu z nas zakłada maski, bo nie może zaakceptować prawdy o sobie. Wielu „kocha” siebie głupią miłością, która jest spełnianiem wszystkich żądz i zachcianek i ostatecznie prowadzi do zniszczenia.

Kochać swoją twarz to przyjąć siebie. On nas przyjmuje. On dotyka naszych twarzy, głaszcze je jak matka muska z miłością policzki niemowlęcia.

– Jestem zakochany w Tobie – mówi Bóg – Kocham każdy milimetr Twojej twarzy, prawdy o Tobie.

Jeśli kiedykolwiek mieliście wątpliwość czy Bóg potrafi mówić i czy mówi, porzućcie ją.

On nie jest niemy ani głuchy. Wystarczy tylko szczelina otwartości z naszej strony, szczelina milczenia, chwila ciszy, bez strachu, że „zwariowałam, bo słyszę głosy”. Poznacie Jego głos. Z czasem coraz łatwiej go odróżnić od własnych myśli. To, co mówi Bóg nigdy nie urodziłoby się w Waszej głowie i nie przyniosłoby takiego oceanu pokoju. Nie byłoby tak zaskakujące i tak zupełnie nie Wasze.

Kochaj Twoją twarz. Jesteś Moją twarzą w świecie. Jedyną taką twarzą, jedynym takim obliczem. – mówi do mnie od wielu miesięcy. Mówi do każdego.

Przypominajcie sobie te słowa, gdy rano dotkniecie wodą swej zaspanej twarzy, gdy spojrzycie w swoje oczy w lustrze nad umywalką.

 

 

 

Pełnia

 

Wróciliśmy z naszych wojaży.

Kilka bardzo intensywnych dni, spotkań z dawno niewidzianymi przyjaciółmi, śmiech i niedowierzanie, że minęło tyle lat, urodziło się tyle dzieci, że wszystkie nie mieszczą nam się w kadrze. A my wciąż gdzieś – mimo upływu kolejnych wiosen – tacy sami. Gitara i śpiew. Ludowe piosenki przeniosły nas w czas naszego wesela, kanony Teize przypomniały korzenie, Stare Dobre powiało nutką nostalgii i zadumy. Gwarne posiłki, stadko dzieci wokół, wspomnienia jak wstążki wplecione we włosy. Pożegnania i nowe powitania, kolejne twarze, mapy min, kaskady rozmów. Spacery wśród łanów kwitnącej nawłoci, cichy szept świerszcza na wiejskim cmentarzu. Słowa wyszywane na podkładzie sączącej się z radia muzyki. Stukot naczyń ładowanych do zmywarki, ryk miksera przy wypieku sernika, tajemne przedsenne narady dzieci i nasze chichotanie około północy.

Wszystko upychane bez ładu i składu w głowie. Dokładnie tak samo logicznie jak liczne i wciąż przybywające bagaże we wnętrzu naszego vana.

Wypełniliśmy się po brzegi.

A w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w domu Matki.

Tutaj, wpatrzona w ciemną Twarz, nagle roztopiłam się w ciszę.

Wszystko jest piękne i bogate, ekscytujące i napełniające, ale Wszystko nie stanie się nigdy Pełnią jeśli nie ma Boga.

 

Wszystkich Was oddałam i tam zostawiłam.

 

 

przystanek

Dziś wyjeżdżamy.

Po raz pierwszy w życiu całą rodziną będziemy też na Jasnej Górze. Serce mi się wyrywa do Matki. Matki mojej, ale i całego mego narodu. Matki każdego z Was, nawet jeśli jeszcze niektórzy z Was może tego nie wiedzą, nie czują, nie pragną. Ja jeszcze niedawno byłam kimś takim. Ale ona każdego kocha, o każdego dba, każdego otula płaszczem.

Wszystkich Was przed Jej Obliczem ofiaruję i zawierzę.

Jeśli ktoś chciałby zanieść do Niej szczególną prośbę, możecie napisać w komentarzu. Przepiszę na kartce i zostawię na Jasnej Górze.

 

 

Maryjo, Tobie się oddaję zupełnie. Moje ciało i duszę, pragnienia i marzenia, moje wspomnienia i rany z przeszłości. Moje wczoraj , dziś i jutro, każdą chwilę życia, każde tchnienie, każde uderzenie serca, drgnienie powiek. Oddaję Ci moje noce i dni, moją pracę i odpoczynek, moje radości , cierpienia i smutki. Wszystko, co posiadam jest Twoje Matko. Oddaję Ci tych, których kocham, ale także tych, z którymi łączą mnie trudne relacje. Oddaję Ci całe dobro, które uczyniłam kiedykolwiek, każdy szlachetny gest, każde słowo miłości. Oddaję Ci także mój grzech, moją ciemność, to, co mnie jeszcze oddziela od Ciebie i Twojego Syna. Matko, weź w swoje dłonie całe moje życie. Noś mnie w swoim łonie jak nosiłaś Mego Brata Jezusa , Ty mnie zachowaj, karm , żyw, chroń i ukształtuj bym była coraz bardziej do Niego podobna. Amen.