dzieło nie-jednej chwili

Udało się. Mimo złamanej ręki, mimo kolejnych natarć zimowych wirusów, mimo zawirowań i przeciwności losu.

Cały jeden wieczór zajęło rodzince wypiekanie, a potem cały jeden dzień Ruttce i Laurce ozdabianie.

Nie jest to więc dzieło jednej chwili, ale jest.

Na dowód zdjęcia:)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jeszcze tylko ryba, barszcz, prezenty, sprzątanie, pozbyć się gorączki u dzieci, kaszlu, kataru, ciasta popiec, kutię zrobić…

🙂

 

oto nadchodzi

 

Sobota jest pracowita, choć z jedną ręką.

Sprzątanie, kilka prań, obiad niezbyt skomplikowany. Dziewczynki dzielnie pomagają, choć nie obchodzi się bez przypominania o tym i o owym. Mężczyźni na budowie. Wieczorem harcerska zbiórka, msza, krótkie odwiedziny mikołajkowe chrzestnej Nusi, jeszcze szybko mąż zagniótł makowiec. No i czasu zabrakło na pierniczki, które już mocno dojrzałe czekają w kolejce na strychu. Niedziela mija równie szybko: trochę swarów wśród dzieciarni, śmieszne przyśpiewki przy stole, kawa, ciasto, tradycyjny schabowy, msza, lodowisko na schodach, wytężona nauka, bo każdy ma po kilka sprawdzianów przed świętami, odwiedziny u znajomych, katar męczący męża. No i znów zabrakło czasu na pierniki, które tupią już mocno nogami zniecierpliwione.

Jutro poniedziałek, potem wtorek…

Jesteśmy taką zwykłą rodziną. A czuję jak Bóg jest z nami. Stale.

On nie szuka ludzi niezwykłych. Sam jest wystarczająco Niezwykły. Przychodzi do nas takich, jacy jesteśmy.

Czasami wyobrażam sobie moment, gdy mnie znalazł, znajduje, znajdzie.

Jestem malutkim ziarenkiem piasku na nadmorskiej plaży. Lśnię w blasku słońca odbitym światłem. Gdyby nie słońce… Gdyby go nie było… Ale jest, więc jestem pełna blasku. On jest tym, którego stopy stąpają po brzegu, pochyla się, spogląda na mnie z miłością. Jestem taka mała, jedna z miliardów tysięcy, nie mam nic. Nawet gdybym miała – tak jak mi się czasem wydaje – ten centymetr kwadratowy powierzchni wokół mnie ( śmiechu warte!!!), to wciąż jest wielkie nic. A dla Niego jestem kimś wartym szukania, znalezienia, uwagi, miłości.

Oto nadchodzi.

Czwarta świeczka płonie na wieńcu.

Oto nadchodzi. Szuka.

Ziemia drży od miłości.

– To NAPRAWDĘ są moje urodziny. – mówi nieco smutny, zaglądając do mojej głowy wypełnionej po brzegi choinką, pierniczkami, sałatką śledziową, porządkami, prezentami dla rodziny.

 

Co zrobić? Powiedzcie co zrobić, by to było naprawdę?

 

 

w bursztynie

 

Odmawiam Nowennę Pompejańską.

Siedzę w kąciku w pokoju dziewczynek, patrzę w płomień czerwonej świecy, przesuwam czerwone koraliki. Pachnie różami. To świeca.

Ostatnia tajemnica chwalebna wtapia mnie w swoje wnętrze. Tak jak bursztyn zamyka na wieki pęcherzyk powietrza. Trudno mi się wychodzi z przestrzeni modlitwy do świata spowrotem. Przedłużam więc prośbą:

– Proszę Cię Matko byście razem z Twoim Synem zasiedli na tronach w moim sercu i tam już zawsze królowali.

Całuję krzyżyk, dmucham w rozkudłany złoty płomień i wychodzę.

Kilka minut później siedzimy sobie z rodzinką na kanapie, trochę zerkamy w TV, trochę rozmawiamy, śmiejemy się, Laurcia pobiegła po kartkę i rozłożywszy się na podłodze rysuje. Po chwili wstaje, wskakuje na kanapę obok mnie i mówi:

– To mamo dla ciebie prezent. Narysowałam obrazek.

Patrzę i aż mnie zatyka. Bursztyn innego świata znów mnie wciąga.

– Co to jest? – pytam jakbym nie wiedziała.

– To ty i ja – pokazuje córka dwie postaci na dole strony – to są schody do nieba, a to Jezus i Maryja czekają na nas – wskazuje na kobietę i mężczyznę w górze. Oboje z odsłoniętymi wielkimi sercami na piersiach i równie wielkimi uśmiechami na twarzach.

Uśmiecham się. „Nie zwlekaliście z odpowiedzią” – myślę, trzymając w ręku dzieło córeczki.

 

„Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców naszych…” – pisał św. Paweł.

Do dziś to robi.

Czasem w kropli deszczu, czasem w słowie ludzkim, czasem przez rysunek dziecka:) Nieskończony także w swej inwencji. Zaskakujący jak wnętrze bursztynu.

 

 

 

 

 

trudna kwestia dżemu

 

– Jakąś taką ostatnio niechęć czuję do chodzenia po schodach. – dzieli się mężulek wzdychając – Jak trzeba zejść do piwnicy po słoik dżemu, to sobie myślę: „A może bym coś innego jednak zjadł?”

– Nowa definicja starzenia się. – śmieję się – „ nieuzasadniona niechęć do schodów”.

– Jak to dobrze, że w naszym nowym domu kotłownia będzie na tym samym poziomie. – pociesza się mój staruszek, wyjmując z lodówki kiełbasę.

 

Tak to właśnie wygląda.

Najpierw widzisz jeden siwy włos i go wyrywasz, potem drugi i robisz to samo, ale gdzieś przy tysiącu siwych nitek dochodzisz do wniosku, że może dać sobie spokój. Bo w sumie lepiej być siwym niż łysym:)

Torba, którą masz od lat, zrobiła się jakaś nieporęczna, schody za wysokie, lód zbyt śliski:) sprzęgło sztywne, a długopis już nie leży tak w dłoni jak niegdyś. Igły produkują dziś takie, że za nic nie da się ich nawlec, a w telewizji i radiu spikerzy mówią coraz ciszej. 🙂

To takie drobnostki, że nie zdajesz sobie z nich sprawy. No, może poza siwizną, bo farby idzie coraz więcej:)

Jest ponoć taki symulator starości. Zakładają ci ciężki kombinezon, przytraczają do nóg ciężarki, na dłonie zakładają sztywne rękawice, na oczy – okulary niezbyt „różowe”, w uszy –korki, usztywniają cię tu i ówdzie, a potem każą np. nawlec igłę albo pokonać schody.

„To może ja już zjem coś innego niż ten dżem” 🙂

Mimochodem, mimochodem… – śpiewał bard Kaczmarski.

Tak właśnie przemierzamy ostatni odcinek naszego istnienia tutaj. Powoli wysupłując się z coraz bardziej niewygodnego kombinezonu ciała.

 

A mnie coraz bardziej denerwuje mój gips, więc też powoli się z niego wysupłuję:)

 

 

sposób na optymizm

 

Rozważamy kolory ścian i tapet w nowych pokojach dzieci. Nie są małe, ale nieco wąskie i jak to na poddaszach – pod skosami, więc nieustannie pojawia się hasło: „optycznego powiększania”.

Każdy już niby rozumie co to znaczy, a jednak… diabeł tkwi w szczegółach.

– U nas tapety muszą być jasne – stwierdza przy którejś naradzie Nusia – bo pokój trzeba OPTYMISTYCZNIE powiększyć.

Wszyscy prychają śmiechem i robi się naprawdę optymistycznie mimo szarej, siąkającej deszczem aury za oknem.

A to nasz optymistycznie pomalowany dom.

 

 

 

nie taki znów czarny humor

 

– Może mi ktoś popilnuje tego bejsbola zanim wrócę z ubikacji? – pytam rodzinkę dźwigając przed sobą białą kłodę.

Mąż i dzieci śmieją się z wielkiej łodzi łóżka:)

 

W sobotę, idąc na mszę pierwszo-sobotnią upadłam na lodzie i złamałam lewą rękę. Złamanie otwarte, karetka, operacja, druty w kości, szpital, gips, dwa miesiące zwolnienia.

– Na szczęście powiesiłam już firanki na święta – opowiadam przyjmującemu mnie na SORze lekarzowi.

– To są baby – śmieje się – aby firanki powieszone, to już jest dobrze.

– A ja wiem dlaczego pani się tak mocno połamała. – odpowiada żartem – bo pani bardzo wysoka i z dużej wysokości spadła.

 

– Teraz to już niewiele zrobię – opowiadam koleżance Moni przez telefon – prawa ręka nadaje się tylko jako stojak do miksera, a lewa jako chwytak do cebuli.

– Ale jak to wypada – komentuje Moni – żeby taka pobożna osoba pod kościołem się połamała.

– Godnie wyszło, nieprawdaż? – mówię i prychamy śmiechem.

 

– Ładna zawieszka na choinkę – zauważam, patrząc na dwa solidne druty wystające z mojego nadgarstka. Doktor robiący nowy opatrunek uśmiecha się pod nosem. Pewnie sobie zjawisko zwizualizował:)

 

– Najlepiej byłoby odpiąć tę rękę i położyć na półce na sześć tygodni, a potem przykręcić na nowo. – śmieję się do córki.

 

– I skąd ten Mikołaj wiedział, że ja się połamię? – zastanawiam się głośno, wyjmując z torebki prezentowej rozkładany stoliczek do łóżka. – Mają cynk ci święci:)

 

 

Dziękuję Bogu, że lepiąc mnie dziesiąt lat temu dorzucił do miski dużo poczucia humoru:)

 

To kolejny dar, bez którego ciemne doliny życia byłyby dolinami nie do przejścia.

 


przystojny Sokrates

 

Zastaję ponownie mego syna jak surfuje po internetowych targowiskach.

Tym razem ogląda buty.

Adam uzbierał ostatnio niczego sobie sumkę. Co i rusz widzimy więc jak ogląda w necie a to rowery, a to tablety, a to płaszcze ( nasz syn jest mega-przystojny i samo wyobrażenie go sobie w takim męskim płaszczu zapiera dech w piersiach; jest tak przystojny, że nie tylko dziewczyny wzdychają na jego widok, ale nawet jego rodzony ojciec wzdycha – z zazdrości:), a to czapki, a to bluzy…

Niestety ani razu nie zastałam go na stronach księgarskich, choć wciąż żywię nadzieję, że odziedziczony po mnie gen bibliofila jest tylko głęboko uśpiony i kiedyś się ocknie:)

– Synu, spotkaliśmy świętego Mikołaja – mówię z figlarną miną – prosił żebyś się w końcu zdecydował którą książkę chcesz na prezent.

– Ja książkę???!!!

Nie przejmuję się tym za bardzo. To tylko dobry kamuflaż. Wierzę, że on kocha książki, a udawanie, że tak nie jest to tylko kolejna wysublimowana forma młodzieńczego buntu.

 

Wracając jednak do prawie-zakupów Adama.

Trwają od wielu miesięcy, ale nikt jeszcze nie widział nic kupionego w ten sposób.

W końcu mnie oświeca. Dziś rano. Może to mieć związek ze śniegiem i ostrym słońcem odbijającym się od śniegu połaci.

– Synu!!! – wykrzykuję – Ty jesteś współczesnym Sokratesem. Jak on chodzisz po tych współczesnych targowiskach i zachwycasz się faktem bez jak wielu rzeczy potrafisz się obyć i być szczęśliwym!!!

Sokrates uśmiecha się półgębkiem i przerzuca kolejną stronę z obuwiem sportowym znanych marek:)

Jak nic filozof. I to stoik.

  Matka Ksantypa nie wyprowadzi go z równowagi ducha:)

 


 

 

jeszcze jedno ziarenko

 

Laurka ma szczekający kaszel i wieczorem 39 stopni gorączki.

Pośniegowe błoto lepi się do butów i ćlamie pod krokami.

W szkole grzejniki ledwo ciepłe, a wiatr świszcze w futrynach.

Zupa wykipiała i przypaliła się na kuchence.

Skończył się papier toaletowy.

Do pieca wsypałam zbyt dużo miału i ogień „się zdusił”.

Stawy w kolanach mi skrzypią jakbym szła po śniegu.

Pralka zaczyna się psuć, a piekarnik się zastanawia czy nie zrobić nam niespodzianki na święta.

Dwie trzecie klasy nie odrobiło pracy domowej.

Syn znów ma porozrzucane po pokoju ubrania, na dodatek wymieszane brudne z czystymi.

Szyba zaparowała w aucie i jadę po omacku. Wieczorem.

Zdesperowanej córce próbuję wyjaśnić prawa Keplera, choć sama z nich nic nie pamiętam.

Od dwóch miesięcy boli gardło, ale nie ma czasu chorować.

 

Moja proza życia niczym nie różni się od prozy kogoś innego. Mogłabym o niej pisać całe tomiszcza. O tym jak skrzypi, jęczy po kątach, postękuje, kwęka, trzeszczy w szwach, jak uwiera w bucie. Nic z tego nie zostało mi oszczędzone.

W tym wszystkim jednak dana mi została nieodparta chęć skrobania paznokciem i wydłubywania z szarości drobnych lśniących ziaren poezji.

Potem wkładam je do ozdobnego pudełeczka pamięci i przechowuję.

Czasem, gdy szarość wydaje się podpełzać zbyt blisko serca, otwieram puzderko i wpatruję się w blask bijący z jego wnętrza.

Dziś dorzucę kolejną chwilę.

Siedzę na  skrawku ułożonej już podłogi, na poddaszu naszego nowego domu. Kawałek drewnianych desek jest mały, podobny do kry dryfującej na reszcie betonowej podłogi. Kra jest jasna i pachnie jeszcze sosną. Siedzę na niej jak rozbitek, oparta plecami o coraz bardziej gorący grzejnik, wtulam nos w miękki zielony szalik. Błogość rozlewa się w całym ciele miękkimi falami ciepła. Na dole mąż podkłada do pieca. Słychać szczęk drzwiczek.

Patrzę przez szybę balkonowych drzwi na podwórko miotane nagłą śnieżycą. Białe pióra śniegu wplątują się w czuprynę starej sosny rosnącej przed domem. Znam to drzewo od zawsze, od kiedy sięgnę pamięcią. Jest cichym świadkiem mego życia. Wyobrażam sobie je jako malutkie drzewko. Kiedy to było? Ile lat? Dziesięcioleci? Czy ktoś sadząc je myślał, że pewnego dnia ktoś taki jak ja spojrzy na nie z wielką wdzięcznością. A może nikt go nie sadził specjalnie, może tylko łaskawie zezwolił na to życie, nie wyrwał, nie wykopał, nie ściął małej siewki?

Błogość rozlewa się jeszcze szerzej. Przymykam oczy. Prawie zasypiam wypełniona wdzięcznością za wszystko. Za każdy dotąd niedoceniony szczegół życia. Za tę sosnę. Za mój kawałek podłogi w tym wielkim jak ocean świecie.

Stuk.

Kolejne ziarnko blasku wrzuciłam do pudełeczka.

– Musimy wracać. – budzi mnie mąż. Z zamyślenia? A może już ze snu?

 

 

 

spełnienie

 

Siedzimy przy kuchennym stole.

Światło ze świecy pełza po jasnym blacie. Pijemy herbatę. Ksawery – ziółka, ja – czerwoną o smaku pomarańczy, a Miś kolejną kawę.

Prawie wieczór.

Rozmowę przeplatamy grubymi nićmi milczenia. Złotymi nićmi zgodnie z przysłowiem:) Im głębsza przyjaźń, tym więcej złota w kanwie.

– Niedługo będziemy mieli 18-tą rocznicę ślubu. – mówię – Nasze małżeństwo będzie pełnoletnie.

Przyjaciel ksiądz uśmiecha się z drugiego brzegu drewnianego stołu.

– To jesteście rok młodsi ode mnie. Ja w tym roku miałem osiemnastkę .

 

Nagle widok zamazuje się. Wzruszenie jak wierny pies ciepłym jęzorem liże serce.

Cud powołania. Szczęście ukochania swojej drogi. Jedno i drugie – dar.

Wdzięczność podmywa oczy wezbraną falą. Trzepoczą spłoszone motyle rzęs.

 

Dziękuję.

 

 

podróż przez zimę

 

Spadł pierwszy śnieg. Oprószył wyleniałe futra łąk, chropowate plecy pól, pokrył siwizną włosy drzew. Suniemy ciemną szosą w stalową od chmur dal. Nasze auto mknie do celu.

Laurka niecierpliwie pyta: Czy długo jeszcze? Czy jeszcze długo? Ile jeszcze czasu zostało? Kiedy dojedziemy?

Wszyscy się denerwujemy, bo ile razy można zadać to samo pytanie.

Dwie godziny, godzina, pół godziny, piętnaście minut… Kurczy się czas podróży.

Patrzę na lasy piętrzące się przy poboczach drogi. Nagie drzewa czekają wiosny. Wszystkie wyglądają tak samo.

I nagle przypływa wspomnienie sprzed roku czy dwóch lat, gdy przemierzaliśmy tę samą trasę późną wiosną, w porze, gdy „wszystko się rozstrzyga”. Jedne drzewa pokryły się delikatną seledynową mgiełką, a inne pozostały martwymi nagimi kształtami. I znów pomyślałam jak wtedy:

To nasze życie tutaj jest dłuższą nieco zimą. Trudno odróżnić kto z nas jest żywy, a kto już martwy. Wszyscy wyglądamy tak samo: chodzimy, jemy, rozmawiamy, pracujemy, bawimy się, czytamy książki, załatwiamy jakieś nasze mega ważne sprawy. Wszyscy. Ale potem przyjdzie wiosna. Odsłaniająca prawdę wiosna.

Oby do tego czasu nie zastygły w moich żyłach soki. Obym okryła się mgiełką seledynu. Obym okazała się żywa. Obyśmy wszyscy…

Czy długo jeszcze? Ile czasu zostało?

 

Kurczy się czas podróży.

 

A gdyby jutro? Czy jestem gotowa spojrzeć w lustro i poznać prawdę?

 

 

– Mamo, już widzę bramę dziadków!!! – krzyczy Laurka u kresu drogi.