żar na dnie serca

 

Pracujemy pilnie w ogrodzie. Porządkujemy kolejne nietknięte od lat ludzką ręką zakątki, które rządziły się własnymi, dzikimi prawami. Sadzimy nowe drzewka, które ucieszą pewnie bardziej przyszłe pokolenia niż nas. Wiśnie, czereśnie, morele…

Mąż z synem przekopują ogród. Konkretna męska praca. Zapach obornika ma zadziwiającą moc przenoszenia w przeszłość i przyszłość jednocześnie. Kojarzy się z dzieciństwem i daje nadzieję na obfitość plonów.

Ja wraz z dziewczynkami chodzimy od jednego do drugiego miejsca, siejąc trawę i kwiaty. Tu będą słoneczniki bordowe, a tutaj te w różnych odcieniach złota i pomarańczu. Przy brzegach ogródka niezawodne nagietki. Na tarasie donica z wrzoścem.  No i ukochane onętki vel kosmosy wszędzie!!!

Jak to kobiety – do całego dzieła doszywamy ozdobne koronki i falbany. Można naszej pracy zarzucić, że to tylko detale, a nie istota, ale ktoś już dawno to zauważył, że nie samym chlebem żyje człowiek. Czasem może żyć mu się chce tylko dlatego, że kwiaty kwitną i trawa się zieleni, więc warto zadbać i o deseń na talerzu, nie tylko o to, co nań włożyć.

Pod koniec dnia patrzę z okna w dachu na ten kawałek ziemi mojej i nie mojej, dzierżawionej mi tylko w terminie zwanym „życie”.

Tym i czymś o wiele większym jest ojczyzna.

Nie umiem opisać uczucia, jakie mi towarzyszy, gdy myślę o Polsce.

Bo to nie tylko mój ogródek, mój dom, moje dzieci, mąż, moje kwiaty, dzieciństwo przylatujące na skrzydłach zapachów, książki, ukochani ludzie i przedmioty, marzenia…

Ogromnie przeżywam ostatnie dni, gdy wspominamy rocznicę Chrztu i powstania Polski. Jestem i mam prawo być dumna z mego kraju i mego narodu. Modlę się o to, by w całym tym wyjącym wokół żywiole, moja umiłowana ojczyzna została zachowana.

Tylu już jej nie kocha i wstydzi się.  Tylu nigdy nie nauczono jej kochać. Dzieci w szkole wzruszają ramionami: A co to jest ojczyzna? Co ona mi dała?

 

Mój mąż podszedł do stery popiołu z wczorajszego ogniska. Rozgarnął szary, martwy pył i nagle buchnął żar ukryty. Był tak wielki, że musiałam się cofnąć. Przypomniałam sobie te słowa z „Dziadów”, których nauczyłam się na pamięć jako nastolatka i które czasem szepczę sobie dla podtrzymania wiary:

„Nasz naród jak lawa. Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa. Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi. Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi”

 

Minęło 1050 lat, a mój naród kryje w swym łonie żarzące węgle. Czasem szarzyzna nasza nas przygniata jak popiół, ale nie wygaśliśmy.

Z tego żaru wyjdzie iskra, która przygotuje świat …

 

 

 

 

 

obleczona w słońce

 

Siedzę sobie na naszym nowym poddaszu przyszłego domu.

Stary zakurzony strych obory, oblepiony niegdyś pajęczynami, zbutwiałą słomą, siedlisko pająków, myszy i nietoperzy, mieszkanie niepokojącej ciemności stało się oto przytulnym poddaszem skąpanym w blaskach słońca. Potoki światła wlewają się już nie przez jedno, ale przez cztery okna i przez szerokie drzwi balkonowe. Razem ze światłem wchodzi do wnętrza widok koron drzew, obłoków, budek dla ptaków, jabłonek z sadu, pamiętających jeszcze mój szczenięcy szczebiot, gdym zbierała kosztele w trawie.

Siedzę na brzeżku łóżka, które kiedyś było piętrowym łóżkiem moich starszych dzieci. Jest mi tak dobrze w tym cieple i blasku, bezpiecznie w ramionach drewnianych belek podtrzymujących dach, ze stopami w plamie słońca rozlanej na betonowej posadzce.

A jeszcze niedawno był to mrok i jego brat niepokój. Z niechęcią tu przychodziłam.

 

To, co ostatnio wydarzyło się we mnie to zwycięstwo światła nad ciemnością.

Pisaliście mi czasem, że czytając słowa, które tu umieszczam, doświadczacie światła i pokoju. Jeśli tak było, ani światło ani pokój nie pochodziły ode mnie. Bo byłam samym mrokiem jak ten strych. Czasem przez szparę w deskach wnikała smuga światła i zabarwiła czerń w szarość, lecz światła nie było.

I nagle przyszła Matka i zalała wszystko morzem światła i pokoju.

Niepojęty cud.

Tak wielki, że błagam tylko, by się nie skończył, żeby nie był jak wszystko inne w moim życiu, przelotnym epizodem.

Nigdy już nie chcę wrócić do ciemnej nory, w jakiej mieszkałam tyle lat.

Dziś wysłuchałam bajki na dobranoc o. Szustaka. Bajki o jaskini. Ona jest o mnie.

Tylko to nie słońce pyta zdziwione, a ja sama: Gdzie jest moja ciemność? Gdzie się podziała? 

 

Matko, Niewiasto obleczona w Słońce, nosząca Słońce w swoim łonie, Zorzo polarna, Jutrzenko, Gwiazdo morza, mieszkaj z nami. Rozpraszaj moje ciemności.

 

 

 

 

 

 

dwa wilki

 

Mały Indianin zapytał dziadka:

– Dziadku, często czuję jakby we mnie coś walczyło. Co to jest?

Stary Indianin popatrzył na wnuka uważnie i odpowiedział:

– W każdym z nas są dwa wilki. Jeden wilk jest dobry, a drugi – zły. One będą w nas walczyły aż do śmierci.

– A dlaczego jeden jest dobry, a drugi-zły?

– Ten dobry to miłość, dobroć, współczucie, przyjaźń, troska, wybaczenie…- mówił starzec – A zły to złość, zemsta, nienawiść, pogarda, okrucieństwo, obojętność, kłamstwo…

Malec spuścił oczy i zamyślił się jakby wsłuchując się w walkę, która trwała w jego sercu. Po chwili spojrzał znowu na dziadka i zapytał cicho:

– A który wilk wygra?

– Ten, którego karmisz synu. – odpowiedział dziadek.

 

 

Co ja karmię w sobie? Czasem mój dobry wilk umiera z głodu i wycieńczenia.

 

 

rudzik

 

– Mamo, zobacz jaki dziwny ptak. – powiedział dziś syn przyklejony do szyby kuchennego okna.

– Który? – spojrzałam, odrywając się od porannej kawy.

– Ten z takim czerwonym brzuszkiem. Gil?

– Nie gile mają naprawdę czerwone brzuchy, a ten ma raczej pomarańczowy.

– Sprawdźmy w Internecie. – zaproponował Dusio, który jest już prawie mężczyzną o szlachetnym imieniu Adam.

Sprawdzamy.

– Rudzik!

Jedna z fotografii drobnego ptaszka o rdzawej piersi przekierowuje nas na stronę bloga leśniczego.

A tam legenda:

Kiedy Jezus Chrystus umierał na krzyżu zapanowała grobowa cisza pośród przyrody. Nie odezwał się żaden ptak, tylko jeden rudzik się temu sprzeciwił w sposób czynny. Mała ptaszyna usiłowała wyrwać dziobkiem gwoździe, które przebiły ciało Pana. Tak energicznie próbował się przeciwstawić jawnej niesprawiedliwości, że zakrwawił sobie piórka na piersi. Na pamiątkę tego szlachetnego czynu pozostała mu na piersi rdzawa plama.

Inna angielska wersja podaje (Anglicy nazywają rudzika Robin Redchest, lub tylko Robin), że:

Rudzik przysiadł na ramieniu umierającego Jezusa i śpiewał mu do ucha próbując w ten sposób złagodzić jego cierpienie. I wtedy właśnie krew z ran zabarwiła mu pierś i tak już zostało jego potomkom.

Czytam na głos sobie i memu synowi, kawa paruje z filiżanki w drobne niebieskie kwiatki, wzruszenie nagle ściska za krtań.

Być jak ten mały ptaszek – myślę – pocieszyć Cię choć drobnym gestem, jednym wyszeptanym słowem. Nic więcej nie umiem.

Nie wszystko będzie na marne – powiedzieć Ci – Będą tacy, którzy Cię pokochają, przyjmą choć skrwawiony jesteś jak podarta szmata, rzucony do rynsztoku i zdeptany.

 

Mały rudzik skacze po parującej wiosną ziemi. Jest wyraźnie poruszony. Czuje jej nadchodzące zmartwychwstanie.

 

 

 

gospoda w Emaus

 

               Ernest Bryll

Za stołem w gospodzie w E.

 

Zostań z nami

Dopiero teraz

 Wino się otwiera

Do smaku zapomnianego

I chleb do tego

Właśnie siły nabiera

 

Zostań z nami

Bo jesteśmy spłakani

I ty zmęczony – przyznaj

Resztka opuchlizny

Na twoje twarzy sklęsła

opijemy zwycięstwa

Skończył się krwawy zamęt

 

Zostań z nami

Bo sami

Nie umiemy już być ze sobą

 

Próbujemy – ale się nie składa

Kłamiemy sobie co dzień

Daj nam wiarę Panie

Aby zdrada

Nie zatruła wina w gospodzie


 

Po doświadczeniu ostatnich dni życzę i sobie i Wam, byśmy trwali w niezachwianej pewności, że po Zmartwychwstaniu ani na sekundę nie zostaliśmy sami, że On jest stale obok, a nawet bliżej niż obok.

Niech ta wiara przemienia nasze teraz.

 

 

 

 

droga

Dziś, z powodu dreszczy, kataru i zimnego wichru, mimo najszczerszych chęci, na drogę krzyżową nie poszłam. Mąż pojechał ze starszakami na harcerską, w plenerze. Ja pogoniłam młodsze towarzystwo do mycia, a potem zapaliłam dwie świeczki obok starego, znalezionego na strychu babci krzyżyka i razem odprawiłyśmy sobie własną via dolorosa, głęboko kłaniając się aż do ziemi przy słowach: Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste… Ku uciesze najmłodszej córki.

Rozważania dziecięce z książeczki do nabożeństwa.

Na koniec cmoknięcie Umęczonego i mocny dmuch, by zgasić płomyki.

 

Różne są drogi krzyżowe. Głębsze i płytsze, przeżyte ze szlochem i zupełnie na zimno przemyślane, takie z gestami tylko na zewnątrz i schodzące jak górskie ścieżki głęboko w dolinę zwaną sercem.

Podczas jednej z takich dróg usłyszałam słowa inne niż oficjalne rozważania czytane przez mikrofon. Właśnie tam, w dolinie serca.

Sąd Piłata

Brzydzicie się sądem Piłata, jego decyzją.

A ilu z was mówi to samo: Nie mam nic do Jezusa, nie mam Mu nic do zarzucenia. Niby był dobry i nic nikomu złego nie uczynił ALE nie przyjmę ani Jego ani Jego nauki.

Szymon bierze krzyż

Nie wziął go chętnie, dotykał go z przymusu.

Czasem trudniej dotknąć cudzego krzyża niż nieść swój.

Czasem dotykanie cudzego krzyża jest dla was największym zgorszeniem, najbardziej się na to oburzacie.

Weronika

Jej imię znaczy: „prawdziwy obraz”.

Czy jesteś prawdziwa?

Czy jesteś obrazem?

Czyim?

Płaczące niewiasty

Zobacz.

Kilka dni temu wołały: Zostań naszym królem!!!

Kilka godzin temu wołały: Ukrzyżuj!!!

Teraz płaczą nade mną.

Wasze emocje.

Nie idźcie za nimi. Zmieniają się jak podmuchy wiatru.

Obnażenie z szat

Kochaj swoje ciało. Nigdy nie traktuj go jak przedmiot.

Ukrzyżowanie

Zechciej wpaść w ramiona krzyża, a wpadniesz w moje ramiona.

Grób

Grób zawsze był pusty. Nigdy mnie w nim nie było. Ty też nigdy tam nie trafisz. Inne mieszkanie ci przygotowałem.

 

 

 

Droga do doliny mojego serca.

 

 

 

 

 

okno z widokiem

 

Mój mąż wstawia pierwsze okno dachowe.

Wyciął spory prostokąt dachu i nagle odsłonił się zupełnie nowy, zapierający dech w piersiach widok. Za połacią blachy nie był mi dotąd znany. Korony sosen o powyginanych ramionach, smukłe sylwetki brzóz w sadzie, ściana lasu. Niby wszystko już widziane, oglądane z wielu perspektyw, ale nagle inne, o zupełnie innym obliczu.

– A więc to tak!!! – chciało mi się krzyknąć – Tak to stąd wygląda!!!

Zaskoczenie, fascynacja, przyspieszone bicie serca…

Nawet takie prozaiczne wydarzenie uczy mnie.

Bo przecież nie zawsze to, co uważamy za znane, rzeczywiście znamy. Są perspektywy oglądu zupełnie nam niedostępne, więc głupio byłoby mądrzyć się: Wiem wszystko. Nic mnie nie zdziwi.

Z wysokości łepka zawieszonego nad powierzchnią ziemi metr i 82 centymetry, bo tyle mam wzrostu, takie oświadczenia brzmią błazeńsko.

Wiem wszystko? Ależ nic nie wiem!

Nic mnie nie zdziwi? Zdziwi. I to wiele. I to bardzo.

Ostatnio czuję jakby Bóg nieustannie robił mi operację. Coś odejmuje, wycina jak mój mąż całe połacie przesłaniające dotąd widok, obnaża nowe horyzonty. Precyzyjnie, delikatnie, z miłością.

I raz po raz muszę wykrzykiwać jak kaleka, który odzyskuje zmysły: Widzę!!! Słyszę!!! Rozumiem!!!

Zdziwiony kaleka, który zawsze myślał, że istnieje tylko cisza i ciemność. Nigdy nie przyszło mu do głowy, że jeśli nie słyszy to nie dlatego, że nikt nie mówi, ale dlatego, że jego słuch jest uszkodzony, a jeśli nie widzi – to nie znaczy, że nic nie ma, ale jego oczy są zasłonięte.

Nagle otwiera się okno i jest zdumiony.

 

A to dopiero pierwsze okno. Czekają następne.