Siedzę sobie na naszym nowym poddaszu przyszłego domu.
Stary zakurzony strych obory, oblepiony niegdyś pajęczynami, zbutwiałą słomą, siedlisko pająków, myszy i nietoperzy, mieszkanie niepokojącej ciemności stało się oto przytulnym poddaszem skąpanym w blaskach słońca. Potoki światła wlewają się już nie przez jedno, ale przez cztery okna i przez szerokie drzwi balkonowe. Razem ze światłem wchodzi do wnętrza widok koron drzew, obłoków, budek dla ptaków, jabłonek z sadu, pamiętających jeszcze mój szczenięcy szczebiot, gdym zbierała kosztele w trawie.
Siedzę na brzeżku łóżka, które kiedyś było piętrowym łóżkiem moich starszych dzieci. Jest mi tak dobrze w tym cieple i blasku, bezpiecznie w ramionach drewnianych belek podtrzymujących dach, ze stopami w plamie słońca rozlanej na betonowej posadzce.
A jeszcze niedawno był to mrok i jego brat niepokój. Z niechęcią tu przychodziłam.
To, co ostatnio wydarzyło się we mnie to zwycięstwo światła nad ciemnością.
Pisaliście mi czasem, że czytając słowa, które tu umieszczam, doświadczacie światła i pokoju. Jeśli tak było, ani światło ani pokój nie pochodziły ode mnie. Bo byłam samym mrokiem jak ten strych. Czasem przez szparę w deskach wnikała smuga światła i zabarwiła czerń w szarość, lecz światła nie było.
I nagle przyszła Matka i zalała wszystko morzem światła i pokoju.
Niepojęty cud.
Tak wielki, że błagam tylko, by się nie skończył, żeby nie był jak wszystko inne w moim życiu, przelotnym epizodem.
Nigdy już nie chcę wrócić do ciemnej nory, w jakiej mieszkałam tyle lat.
Dziś wysłuchałam bajki na dobranoc o. Szustaka. Bajki o jaskini. Ona jest o mnie.
Tylko to nie słońce pyta zdziwione, a ja sama: Gdzie jest moja ciemność? Gdzie się podziała?

Matko, Niewiasto obleczona w Słońce, nosząca Słońce w swoim łonie, Zorzo polarna, Jutrzenko, Gwiazdo morza, mieszkaj z nami. Rozpraszaj moje ciemności.
