życiodajna obecność

 

Wracaliśmy z mężem i Laurką do domu. Córkę odebraliśmy właśnie z przyjęcia urodzinowego. Nusia nie dała się odebrać, bo „jeszcze za wcześnie”:) Jechaliśmy powoli, bo osiedle domków ma ograniczenie na lokalnych drogach do 30.

– O, jaki mały! – mówi nagle mąż wskazując małego chłopczyka – I tak chodzi sam po ulicy.

Minęliśmy dziecko i jechaliśmy dalej, ale mój mąż jeszcze raz spojrzał w lusterko.

– On chyba płacze – zaniepokoił się.

– Zatrzymaj się – rzuciłam szybko i wyskoczyłam z auta, nie czekając aż zupełnie zahamuje.

– Dlaczego płaczesz? – zapytałam, podchodząc do malutkiego, około 3-letniego chłopczyka.

Zanosił się od płaczu, był mokry od łez i zasmarkany.

– Nie ma mamy. – wyjąkał zachłystując się łzami.

Rozejrzałam się bezradnie. Na ulicy żywej duszy, poza jedną dziewczynką. Powoli się ściemniało.

– Nie płacz – schyliłam się nad malcem – Znajdziemy twoją mamę. A może mama jest w domu?

– Nie. Nie ma mamy. – zachlipał.

– A wiesz gdzie jest twój dom? Pokażesz mi?

Skinął główką. Wytarłam mu nos chusteczką i wzięłam za małą rączkę.

Ja – wysoka, on – maleńki. Szliśmy razem. Ja – stukając obcasami, on – siąkając noskiem. I nie wiadomo kto kogo prowadził. On mnie, czy ja jego. Mąż zawrócił auto i jechał powoli za nami uliczkami cichnącego wieczornego osiedla.

Po drodze zabrałam mały plastikowy motorek, który dziecko zostawiło na rogu ulicy. Bo po co komu motorek, gdy mama zniknęła.

– Nie płacz – uspokajałam go cały czas – Nie martw się kochanie, znajdziemy mamę. A on raz po raz zanosił się szlochem.

W końcu doszliśmy. Pokazał paluszkiem furtkę.

-Tu – powiedział.

Ale dom nie oznaczał mamy. Była babcia, ciocia…

Mamę znaleźliśmy później.

 

Po wszystkim wsiadłam do auta, męża, córki i zamyśliłam się się.

Znam wszystkie role tej scenki.

Jestem mamą – wiem, co to znaczy być dla kogoś powietrzem i że moje zniknięcie może być równoznaczne ze śmiercią z rozpaczy.

Jestem też czasem kimś kto prowadzi, pociesza, uspokaja, podaje rękę.

Ale wiecie co?

Najbardziej jestem małym trzyletnim dzieckiem, które na przemian gubi się i szuka swojej mamy.

Nie ma domu, jeśli nie ma mamy. Nie zastąpią jej obecności żadne gadżety, żadne nawet najmilsze towarzystwo, nie zrekompensuje poczucie swobody penetrowania swego życia jak osiedla o zmroku.

 

Kiedyś, na studiach znalazłam gdzieś słowa, które pewnie Bóg wypowiada do każdego z nas: „Bez ciebie nie ma dla mnie żadnego nieba.”

Wypisałam je sobie na kartce i powiesiłam nad łóżkiem w akademiku.

Rozbrajające wyznanie, które Bóg codziennie mi powtarzał: Będę cierpiał, jeśli nie będzie ciebie przy mnie.

 

Ja to samo mówię Jemu:

Nie chcę żyć bez Ciebie. Nie istnieje dla mnie dom bez Ciebie. Nic się nie będzie liczyło, jeśli oddalę się od Ciebie. Nie chcę być szlachetna, dobra i piękna bez Ciebie. Nie zależy mi na własnej doskonałości, jeśli nie będę blisko Ciebie. Nie interesuje mnie niebo jako miejsce radosnych igraszek i wiecznej nagrody. Ono interesuje mnie tylko dlatego, że Ty tam jesteś. A jeśli się zgubię, będę szlochać i biegać po ciemnych uliczkach, porzucę wszystko co mam i będę pytać wszystkich, których napotkam żeby znaleźć Ciebie.

 

Jestem małym trzylatkiem na ulicy. Nie zależy mi na niczym innym, tylko na obecności mamy.

 

 

O ruttka

Szczęśliwa żona od 20 lat, mama czwórki dzieci, w tym dwójki dorosłych. Poszukiwaczka skarbów w codzienności, zakochana w Bogu i oddana Maryi. Zapatrzona w biblijną Rut - wierną aż do bólu i umiejącą zbierać z pól te kłosy, które przeoczyli inni. Kochająca poezję, książki, muzykę, rośliny i piękno w każdej postaci.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Wszystko. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *