nie znam go

 

– Hej Wiesiu, przyjedziesz dzisiaj? – pytam koleżankę, która po pracy miała mnie odwiedzić.

– Mam jeszcze korki. Za pół godziny skończę. – odpowiada – A może przyjadę jutro? Będzie lepiej.

– Ok. To umówmy się na jutro, bo wiesz…- waham się przez chwilę – chciałabym jeszcze wyskoczyć na zakupy.

– Dobra. To pa.

Wciskam ikonkę z odłożoną słuchawką.

„Dlaczego skłamałaś Rut?” – mam w głowie nowe połączenie.

Nie wiem co powiedzieć. Przecież idę na mszę wieczorną. Cały dzień na nią czekam. Mąż mnie zawiezie, udało mu się wcześniej wrócić z budowy. Tak mi zależało, a jemu śrub  zabrakło przypadkiem🙂

Dlaczego więc powiedziałam nieprawdę???

Kogut nie zapiał. Za oknem gardłowo odezwał się gołąb.

 

 

bezgranicznie

 

Idę na przełaj białą kartką naszego sadu. Brodzę w śniegu zostawiając głębokie ślady.

Buty przepuszczają wodę, ale to jedyne, w jakich mam odwagę teraz chodzić – solidne, wieloletnie, typu glany. Najbardziej im ufam, choć to jednocześnie te same, które mnie zawiodły podczas upadku.

Jestem jednak typem, który nie wycofuje zbyt szybko swego zaufania.

Śnieg nie skrzypi, nie ma mrozu. Lśni tylko oszołomiony promieniami słońca. I jest cały zapisany tropami  tych, którzy przeszli tu przede mną. Tu zając, tam stadko ptaków – może przepiórek, a na ukos sarna. Tajemnicą poliszynela jest dla nas nieustannie jak to możliwe, że sarny się tu przedostają.

6129                                                                                                                 ( zdj. z bloglesniczego)

 

Wszak mąż naprawił płot, postawił nowe słupki, dosztukował ubytki siatki. Sprawa wydawała się załatwiona.

Latem byliśmy niemal pewni, że nikt tu się nie zakrada. Jesienią zaczęliśmy nabierać podejrzeń na widok ogryzków jabłek pod drzewami, ale zima obnażyła już całą prawdę o wędrówkach zwierzyny po sadzie.

Nie mamy nic przeciwko, niemniej zawsze zdumieni jesteśmy sprytem gości i naszą własną naiwnością, że płoty cokolwiek tu odgradzają, a brama cokolwiek zamyka.

Chcielibyśmy, jak to ludzie wydzielać strefy, określać: tu moje, a tu wasze, wprowadzić jakieś zasady, ale nasz przyszły dom stoi na skrajach trzech lasów i to przesądza o wszystkim.

 Bo jak tu oddzielić cokolwiek, skoro między drzewami owocowymi posiały  się i rosną w najlepsze sosny, dęby i brzozy, a pod śliwką węgierką można zbierać i śliwki i maślaki?

Jak określić co nasze, skoro dzikie pszczoły umiłowały wychowywanie potomstwa w szparach między cegłami naszego domu, a sójka regularnie usiłuje zamieszkać z nami pod jednym dachem? Jak wyprosić wiewiórkę ganiającą się z ptakami po naszym trawniku? Jak można wyrzucić jeżową z jej dziećmi z ogródka, albo wytłumaczyć młodemu szarakowi, że kalafior nie był posadzony dla niego?

Na przekonywaniu kreta, że nie jesteśmy zainteresowani oraniem trawnika spędziliśmy ładnych parę lat:) Bezskutecznie.

Jak uciszyć krzyczące wniebogłosy młode dzięcioły w dziupli nieopodal? Jak jaskółce wyperswadować, by nie wlatywała za każdym razem, gdy coś uchylimy? Jak nieba nie wpuścić przez okno? Jak nie dać się zmieszać muzyce z szumem sosny? Jak zakazać soplom zwisania zewsząd? Jak zabronić deszczowi stukania palcami w dach? Co zrobić z piorunami, które nieustannie uderzają w starego dęba? Jak poskromić miliony nasionek brzozowych i opanować dziką żądzę osik, by rosnąć wszędzie?

Nie ma płotów, ani granic, które powstrzymałyby to wszystko.

Jedyne, co możemy zrobić to spleść swoje ślady z ich śladami i zamieszkać razem pod wielkim dachem nieba.

Kiedy więc idę białą kartą mojego – „niemojego” sadu, splatam figlarnie warkocz z moich i „niemoich” śladów na śniegu. To mój podpis pod umową o współ-najmie tej ziemi.

 

 

 

 

 

zabieganie o dom

 

Ostatnio tak mnie wciągnęło wybieranie tapet do nowego domu. Tyle czasu spędziłam przeglądając zasoby internetowych sklepów. Zapomniałam o całym świecie, o dzieciach, sprzątaniu, obiedzie, jedzeniu. Potem były jeszcze – z inspiracji mężulka – tralki i trepy do schodów. Zaraz potem drzwi pokojowe. I jeszcze płytki do łazienki. Niekończące się szaleństwo planowania domu.

Gdy wieczorem uklękłam do modlitwy, trudno było mi uciszyć szum w głowie i zatrzymać kolorowe klisze sunące w wyobraźni jak filmowe taśmy.

– Och Rut, gdybyś choć połowę czasu i pasji, z jaką szukasz tapet, włożyła w budowanie domu wewnątrz ciebie… Gdybyś z taką radością planowała budowę schodów, którymi wejdziesz do nieba… Chociaż połowę tego czasu i zaangażowania. – usłyszałam.

To było z miesiąc temu.

A tydzień temu…

– Mamo, opowiem ci mój sen – zagaja znad miseczki płatków śniadaniowych Laura. – Bo go pamiętam (o, to rzadkość:). Śniło mi się, że jechaliśmy razem samochodem, a potem zatrzymaliśmy się i zobaczyliśmy jakąś panią. Stała wysoko na schodach i wołała cię żebyś do niej poszła. I ty poszłaś, a ona powiedziała żebyś weszła jeszcze wyżej. A potem my za tobą też poszliśmy. A potem to już nie wiem, bo tata kazał mi wstawać do szkoły. –  córeczka ,nieco zawiedziona brakiem puenty, kończy swoją opowieść.

 

Domyślacie się jaką miałam minę? 🙂

I nie potrzebuję puenty. Znam ją od miesiąca.

Och Rut… gościem tu jesteś.

 

 

 

Ps. Mama mojej przyjaciółki Anett właśnie odchodzi do Domu. Proszę, westchnijcie, by schody nie były zbyt strome.

 Ps 2: Mama Anettki umarła dziś w nocy. Spokojnie.  Dziękuję za Wasze modlitwy.

 37a67074daa258c19f231b79bbe9218f

 

 

 

siłownia

 

Wieczór.

Przechodzę przez pokój syna do innego pokoju. Po drodze mijam go klęczącego na środku pokoju i z wysiłkiem podnoszącego w dłoniach ciężarki.

Ćwiczy regularnie, by być silnym.

Wchodzę do ostatniego pokoju. Zamykam za sobą drzwi. Klękam. Zapalam świecę, biorę swój czerwony różaniec.

Modlę się codziennie, by być silną.

Za oknem ciemność. Za oknem zimno. Za oknem wiatr. Świat nie dla słabych.

 My oboje klęczący w siłowni na świata zapleczu.

 

Ktoś kiedyś powiedział, że wiara jest jak mięsień. Jeśli się jej nie używa, zanika jak nie używany mięsień. Lecz jeśli ją ćwiczyć, daje niezwykłą siłę.

Bicepsy mojego syna są już imponujące, a moja wiara … cóż… Mniejsza niż ziarnko gorczycy. Lecz ćwiczę niestrudzenie:)

 

 

 

opuszczony szlaban

Ella dzwoni zdenerwowana. Wybrała się za natchnieniem serca do Częstochowy, na Jasną Górę i w drodze powrotnej została nagle zatrzymana. Jeden pociąg miał opóźnienie. Drugi nie poczekał na pasażerów. Została zmuszona do szukania noclegu w obcym mieście, do jedzenia sucharów i bardzo porannego wstania na inny pociąg.

– Jeśli zostałaś zatrzymana, to nie bez powodu. – mówię jej, gdy wylała już cały swój żal – Rozejrzyj się, może już dziś zauważysz dlaczego.

– Nie, no ja wiem… – przeskakuje szybko na inne tory myślenia.

– Może masz kogoś spotkać, może komuś pomóc, a może groziło ci niebezpieczeństwo… – podpowiadam.

– Może nawet nigdy nie dowiem się dlaczego – mówi już spokojniejsza.

– Tak, nie zawsze się dowiadujemy… – przyznaję,

„ale to z nie znaczy, że zatrzymanie nie miało sensu” – domyślam sobie w głowie, pomna na swoje własne zatrzymanie w biegu i przestawienie na bocznicę na kilka tygodni:)

Gdy zdarza się coś takiego, dziwnego i nieujętego w nasze misterne plany, warto wziąć kilka głębszych oddechów i rozejrzeć się wkoło…

390431-b

zanim napiszemy skargę na przewoźnika:) albo zażądamy odszkodowania od tego, który nie posypał piaskiem lodu:)

 

 

 

„… myśli moje nie są myślami waszymi, ani wasze drogi moimi drogami” – mówi Wielki Drożnik zamykając nam czasem szlaban tuż przed nosem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

brudnopis?

 

 

Gdy miałam 22 lata napisałam:

„Tyle kleksów zrobiłam w życiorysie, a nie będzie czasu, by przepisać na czysto.”

rekopis-pioro

Co powinnam napisać dzisiaj, gdy kleksów dwa razy więcej, a czasu jeszcze mniej?

Co?

Tylko jedno: „Jezu, ufam Tobie”.

Już nie sobie.

Spokorniałam.

Ufam, że moje kleksy są wliczone w koszty wyprawy zwanej życiem.

Ufam w miłosierdzie, które leczy ich  broczące rany.

Ufam, że nie ja jestem głównym autorem tekstu.

 

I jakby w odpowiedzi same przyszły te słowa:

Jestem rękopisem zapisanym przez Pana Boga przed moim urodzeniem,
a drogą dotarcia do tych zapisanych danych jest modlitwa.

                                                                          ( ojciec Andrzej Hołowaty OP)

 

Dlatego coraz więcej czasu trwam na rozmowie z Nim.

On i ja.

Nasze wieczory autorskie:)

 

 

 

pieczęć pustyni

Dwa tygodnie temu wyjęto mi gwoździe z nadgarstka.

Gdy pierwszy raz zobaczyłam je spod opatrunku, natychmiast myśl przeniosła mnie na Golgotę.

– Spróbuj Rut żyć w połowie ukrzyżowana. – usłyszałam szept w głowie.

Sześć tygodni z przebitą dłonią, sześć tygodni z uporczywym ciążeniem czegoś, co wcześniej było kończyną, sześć tygodni zżymania się na swoje „nie mogę”, „nie dam rady”, „nie jestem w stanie”, „to boli”. Sześć tygodni doświadczania jakim okruchem jestem i fizycznie i duchowo. Jak niedomagam wszędzie i we wszystkim.

Nazwałam te sześć tygodni moimi rekolekcjami. Bóg sam je dla mnie przygotował i mnie nimi poprowadził. Jak drogą.

Zostałam wyprowadzona na pustynię. Dziś powoli z niej wychodzę, widać już zarysy palm na horyzoncie i dziś właśnie – przez Przypadek ( jak ja kocham to Jego drugie imię:), podczas porządków – znalazłam jakiś stary brulion z notatkami z rekolekcji sprzed ponad 20 lat.

Moje ostre pochyłe litery są jak egipskie hieroglify, ale wciąż znam szyfr, w jakim trzeba je czytać.

Pustynia jest niezbędna w życiu duchowym. Nie ma nawrócenia bez tego doświadczenia. Do Ziemi Obiecanej można wejść tylko przez pustynię. Sama pustynia nie jest celem, więc nie można na niej osiąść, zbudować domu. Pustynia jest drogą i jak droga wymaga stałego wysiłku i doką prowadzi.

Pobyt na pustyni jest najtrudniejszym doświadczeniem życia, przypomina nam o naszej pustce, byciu nieurodzajnym, czasem wywołuje krzyk wołania o śmierć.

Ale Pan chce nas przez to sam przeprowadzić ( Księga Powtórzonego Prawa 1,19), bo pustynia nie jest tylko miejscem strasznym, ale przede wszystkim miejscem największego doświadczenia Boga. I jest ona miejscem decyzji ( Pwt 30,15), czasem wyboru. Tu się wszystko rozstrzyga. Tak czy Nie? – Bóg daje dwie drogi do wyboru. Życie czy Śmierć? Pełnia życia czy totalna śmierć?

Kto szuka Boga, prędzej czy później zostanie wyprowadzony na pustynię. Duch sam wyprowadza nas na pustynię. To jest miejsce przygotowania. Nawet dla Jezusa pustynia była czymś takim. Czasem wypróbowania relacji do Ojca, miłości i zaufania Mu. Szatan próbuje wykorzystać nasz pobyt na pustyni jak próbował to wykorzystać w życiu Jezusa. Próbuje podważ zaufanie w miłość Ojca. Dlatego mówi: „Jeśli jesteś Synem Bożym…” Dlaczego Bóg pozwala ci cierpieć, dlaczego jesteś głodny, może Bóg nie chce twego szczęścia, może Bóg jest zły???

Pustynia jest czasem poznania siebie i Boga; czasem, gdy patrzymy na te najgłębsze podszepty w naszym sercu;  zaogniają się stare niewyleczone nigdy rany; wyłazi jak kurz z kątów cała nasza nędza; wiele rzeczy, które nas dotąd cieszyły stają się uciążliwe; widzimy wszystkie nasze bożki, jakie ulepiliśmy sobie w życiu i oddawaliśmy im cześć;  dostrzegamy nagle jak wiele pustki było w naszych najważniejszych relacjach z bliskimi.

Na pustyni Bóg bada nasze serce. „Zbadaj mnie Boże i poznaj moje serce”  (Psalm 139). Tyle razy modliłam się powtarzając tylko to jedno zdanie. Krzyk narzędzia wypalanego w żarze pustyni.

Wszystko po to, by to serce uleczyć, stworzyć od nowa.

chebbi

Dziś powoli wychodzę z mojej pustyni. Jestem inna niż ta Rut sprzed kilku tygodni. Lepsza? Nie wiem. Chyba nie chodzi tu o lepszości czy gorszości. Może po prostu pełniejsza.

 Z bardziej bliska poznałam siebie, a to zawsze przenosi o miliony lat świetlnych do przodu. I bardziej zanurzyłam się w Nim, bo mam teraz jeszcze mniejsze złudzenie, że sama sobie poradzę.

I został jeszcze ślad na nadgarstku.  Pieczęć pustyni.

A ona? Pustynia? To nie by mój pierwszy raz i na pewno  spotkam ją jeszcze na ścieżkach mojego życia.

 

 

woda

– Idź jeszcze przynieś mi wody – mówię mojemu uczniowi, a język przywiera mi do podniebienia.

Wypiłam już tyle wody i wciąż pragnę. Zdziwiony uczeń idzie z butelką po wodę.

Przynosi, piję łapczywie i znów proszę:

 – Przynieś jeszcze.

I tak nieustannie. Scena powtarza się wielokrotnie.

„Chyba umieram.” – myślę z niepokojem.

„Jeśli nie wezmę odrobiny soli, umrę, bo wypłuczę sód z organizmu” – z niepokojem, ale nadzwyczaj trzeźwo myślę dalej.

Uczeń donosi wodę. Ja piję. Nie mogę się powstrzymać. Pragnienie wzmaga się coraz bardziej. Chłopiec za wolno chodzi. Woda za późno dociera do moich ust. Słabnę coraz bardziej.

 

Wtedy się budzę i przypominam sobie, że jestem u teściów, śpię z głową przy grzejniku i… naprawdę chce mi się pić. Sięgam po kubek. Piję. Tym razem skutecznie.

Przewaga kilku łyków prawdziwej wody nad litrami wody iluzorycznej.

 stock-photo-44547808-glass-of-water-on-nature-background

Czasem nam się tylko wydaje, że zaspokajamy pragnienie. Błogosławieństwem jest przebudzić się, nim umrzemy naprawdę.

 

 

 

Księga Rut

Na moje urodziny dostałam także i taki cytat. Niesamowity i pasujący do mnie jak dobrze skrojona sukienka.

Dlaczego jestem Rut?

Bo moja historia jest właśnie taka. Bóg schodzi coraz bliżej maleńkiej i nic nie znaczącej istoty, jaką jestem.

To najpiękniejszy scenariusz życia, jaki można pomyśleć.

W końcu oboje zetkniemy się na zawsze.

 

,,
 
 
,,
 
 
 

 

Czytaliście kiedyś Księgę Rut?

Jest niezwykła i o wiele bardziej warta czytania niż ten blog:)

 

 

 

ps. Od poniedziałku Ewa rozpoczyna chemię. Nadal Was proszę…

 

 

 

 

proszę

Chcę Was ogromnie prosić o modlitwę. Proszę Was tutaj, bo nie do wszystkich mogę dotrzeć za pomocą maili.

Ewa jest bardzo bliską mi osobą. Nasze życia w tylu punktach i od tylu lat są tak zadziwiająco zbieżne, że jesteśmy niemal jak dwa skrzydła tej samej rzeczywistości.

Ma 44 lata, troje dzieci, kochającego męża, nowo-wybudowany dom, pracę, która daje jej wiele radości, przyjaciół, dużo planów, poczucia humoru, wrażliwości i … ma raka piersi z przerzutami do węzłów chłonnych.

Dowiedziała się o tym niedawno. Zadzwoniła do mnie wczoraj.

Trudno opisać co ona czuje i co czuje każdy, kto się dowiaduje o jej chorobie. Wysyłam sms-y, maile, dzwonię, modlę się, modlę się, modlę …

Proszę także Was. Jeśli macie wiarę nawet mniejszą niż ziarnko gorczycy, przyłączcie się.

Jesteśmy Jego  Mistycznym Ciałem i zupełnie tak jak w każdym innym ciele – jeśli jedna komórka choruje, inne wspomagają ją i odżywiają. W Ciele Mistycznym żywimy się łaską, wspieramy się miłością, budujemy nadzieją.

Proszę, módlcie się. Otwórzmy zawory łaski.

 

 

 

 

 Ps.

W piątek zbiera się konsylium, które zdecyduje o sposobie leczenia. To będzie bardzo trudny dzień dla Ewy. Podejmujemy całodniowy post ścisły w jej intencji. Jeśli zechcecie dołożyć do tego jakieś nawet drobne wyrzeczenie czy ofiarować cierpienie z Waszej strony, będziemy wdzięczni.