bezgranicznie

 

Idę na przełaj białą kartką naszego sadu. Brodzę w śniegu zostawiając głębokie ślady.

Buty przepuszczają wodę, ale to jedyne, w jakich mam odwagę teraz chodzić – solidne, wieloletnie, typu glany. Najbardziej im ufam, choć to jednocześnie te same, które mnie zawiodły podczas upadku.

Jestem jednak typem, który nie wycofuje zbyt szybko swego zaufania.

Śnieg nie skrzypi, nie ma mrozu. Lśni tylko oszołomiony promieniami słońca. I jest cały zapisany tropami  tych, którzy przeszli tu przede mną. Tu zając, tam stadko ptaków – może przepiórek, a na ukos sarna. Tajemnicą poliszynela jest dla nas nieustannie jak to możliwe, że sarny się tu przedostają.

6129                                                                                                                 ( zdj. z bloglesniczego)

 

Wszak mąż naprawił płot, postawił nowe słupki, dosztukował ubytki siatki. Sprawa wydawała się załatwiona.

Latem byliśmy niemal pewni, że nikt tu się nie zakrada. Jesienią zaczęliśmy nabierać podejrzeń na widok ogryzków jabłek pod drzewami, ale zima obnażyła już całą prawdę o wędrówkach zwierzyny po sadzie.

Nie mamy nic przeciwko, niemniej zawsze zdumieni jesteśmy sprytem gości i naszą własną naiwnością, że płoty cokolwiek tu odgradzają, a brama cokolwiek zamyka.

Chcielibyśmy, jak to ludzie wydzielać strefy, określać: tu moje, a tu wasze, wprowadzić jakieś zasady, ale nasz przyszły dom stoi na skrajach trzech lasów i to przesądza o wszystkim.

 Bo jak tu oddzielić cokolwiek, skoro między drzewami owocowymi posiały  się i rosną w najlepsze sosny, dęby i brzozy, a pod śliwką węgierką można zbierać i śliwki i maślaki?

Jak określić co nasze, skoro dzikie pszczoły umiłowały wychowywanie potomstwa w szparach między cegłami naszego domu, a sójka regularnie usiłuje zamieszkać z nami pod jednym dachem? Jak wyprosić wiewiórkę ganiającą się z ptakami po naszym trawniku? Jak można wyrzucić jeżową z jej dziećmi z ogródka, albo wytłumaczyć młodemu szarakowi, że kalafior nie był posadzony dla niego?

Na przekonywaniu kreta, że nie jesteśmy zainteresowani oraniem trawnika spędziliśmy ładnych parę lat:) Bezskutecznie.

Jak uciszyć krzyczące wniebogłosy młode dzięcioły w dziupli nieopodal? Jak jaskółce wyperswadować, by nie wlatywała za każdym razem, gdy coś uchylimy? Jak nieba nie wpuścić przez okno? Jak nie dać się zmieszać muzyce z szumem sosny? Jak zakazać soplom zwisania zewsząd? Jak zabronić deszczowi stukania palcami w dach? Co zrobić z piorunami, które nieustannie uderzają w starego dęba? Jak poskromić miliony nasionek brzozowych i opanować dziką żądzę osik, by rosnąć wszędzie?

Nie ma płotów, ani granic, które powstrzymałyby to wszystko.

Jedyne, co możemy zrobić to spleść swoje ślady z ich śladami i zamieszkać razem pod wielkim dachem nieba.

Kiedy więc idę białą kartą mojego – „niemojego” sadu, splatam figlarnie warkocz z moich i „niemoich” śladów na śniegu. To mój podpis pod umową o współ-najmie tej ziemi.

 

 

 

 

 

O ruttka

Szczęśliwa żona od 20 lat, mama czwórki dzieci, w tym dwójki dorosłych. Poszukiwaczka skarbów w codzienności, zakochana w Bogu i oddana Maryi. Zapatrzona w biblijną Rut - wierną aż do bólu i umiejącą zbierać z pól te kłosy, które przeoczyli inni. Kochająca poezję, książki, muzykę, rośliny i piękno w każdej postaci.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Wszystko. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *