sposób na optymizm

 

Rozważamy kolory ścian i tapet w nowych pokojach dzieci. Nie są małe, ale nieco wąskie i jak to na poddaszach – pod skosami, więc nieustannie pojawia się hasło: „optycznego powiększania”.

Każdy już niby rozumie co to znaczy, a jednak… diabeł tkwi w szczegółach.

– U nas tapety muszą być jasne – stwierdza przy którejś naradzie Nusia – bo pokój trzeba OPTYMISTYCZNIE powiększyć.

Wszyscy prychają śmiechem i robi się naprawdę optymistycznie mimo szarej, siąkającej deszczem aury za oknem.

A to nasz optymistycznie pomalowany dom.

 

 

 

nie taki znów czarny humor

 

– Może mi ktoś popilnuje tego bejsbola zanim wrócę z ubikacji? – pytam rodzinkę dźwigając przed sobą białą kłodę.

Mąż i dzieci śmieją się z wielkiej łodzi łóżka:)

 

W sobotę, idąc na mszę pierwszo-sobotnią upadłam na lodzie i złamałam lewą rękę. Złamanie otwarte, karetka, operacja, druty w kości, szpital, gips, dwa miesiące zwolnienia.

– Na szczęście powiesiłam już firanki na święta – opowiadam przyjmującemu mnie na SORze lekarzowi.

– To są baby – śmieje się – aby firanki powieszone, to już jest dobrze.

– A ja wiem dlaczego pani się tak mocno połamała. – odpowiada żartem – bo pani bardzo wysoka i z dużej wysokości spadła.

 

– Teraz to już niewiele zrobię – opowiadam koleżance Moni przez telefon – prawa ręka nadaje się tylko jako stojak do miksera, a lewa jako chwytak do cebuli.

– Ale jak to wypada – komentuje Moni – żeby taka pobożna osoba pod kościołem się połamała.

– Godnie wyszło, nieprawdaż? – mówię i prychamy śmiechem.

 

– Ładna zawieszka na choinkę – zauważam, patrząc na dwa solidne druty wystające z mojego nadgarstka. Doktor robiący nowy opatrunek uśmiecha się pod nosem. Pewnie sobie zjawisko zwizualizował:)

 

– Najlepiej byłoby odpiąć tę rękę i położyć na półce na sześć tygodni, a potem przykręcić na nowo. – śmieję się do córki.

 

– I skąd ten Mikołaj wiedział, że ja się połamię? – zastanawiam się głośno, wyjmując z torebki prezentowej rozkładany stoliczek do łóżka. – Mają cynk ci święci:)

 

 

Dziękuję Bogu, że lepiąc mnie dziesiąt lat temu dorzucił do miski dużo poczucia humoru:)

 

To kolejny dar, bez którego ciemne doliny życia byłyby dolinami nie do przejścia.

 


przystojny Sokrates

 

Zastaję ponownie mego syna jak surfuje po internetowych targowiskach.

Tym razem ogląda buty.

Adam uzbierał ostatnio niczego sobie sumkę. Co i rusz widzimy więc jak ogląda w necie a to rowery, a to tablety, a to płaszcze ( nasz syn jest mega-przystojny i samo wyobrażenie go sobie w takim męskim płaszczu zapiera dech w piersiach; jest tak przystojny, że nie tylko dziewczyny wzdychają na jego widok, ale nawet jego rodzony ojciec wzdycha – z zazdrości:), a to czapki, a to bluzy…

Niestety ani razu nie zastałam go na stronach księgarskich, choć wciąż żywię nadzieję, że odziedziczony po mnie gen bibliofila jest tylko głęboko uśpiony i kiedyś się ocknie:)

– Synu, spotkaliśmy świętego Mikołaja – mówię z figlarną miną – prosił żebyś się w końcu zdecydował którą książkę chcesz na prezent.

– Ja książkę???!!!

Nie przejmuję się tym za bardzo. To tylko dobry kamuflaż. Wierzę, że on kocha książki, a udawanie, że tak nie jest to tylko kolejna wysublimowana forma młodzieńczego buntu.

 

Wracając jednak do prawie-zakupów Adama.

Trwają od wielu miesięcy, ale nikt jeszcze nie widział nic kupionego w ten sposób.

W końcu mnie oświeca. Dziś rano. Może to mieć związek ze śniegiem i ostrym słońcem odbijającym się od śniegu połaci.

– Synu!!! – wykrzykuję – Ty jesteś współczesnym Sokratesem. Jak on chodzisz po tych współczesnych targowiskach i zachwycasz się faktem bez jak wielu rzeczy potrafisz się obyć i być szczęśliwym!!!

Sokrates uśmiecha się półgębkiem i przerzuca kolejną stronę z obuwiem sportowym znanych marek:)

Jak nic filozof. I to stoik.

  Matka Ksantypa nie wyprowadzi go z równowagi ducha:)

 


 

 

jeszcze jedno ziarenko

 

Laurka ma szczekający kaszel i wieczorem 39 stopni gorączki.

Pośniegowe błoto lepi się do butów i ćlamie pod krokami.

W szkole grzejniki ledwo ciepłe, a wiatr świszcze w futrynach.

Zupa wykipiała i przypaliła się na kuchence.

Skończył się papier toaletowy.

Do pieca wsypałam zbyt dużo miału i ogień „się zdusił”.

Stawy w kolanach mi skrzypią jakbym szła po śniegu.

Pralka zaczyna się psuć, a piekarnik się zastanawia czy nie zrobić nam niespodzianki na święta.

Dwie trzecie klasy nie odrobiło pracy domowej.

Syn znów ma porozrzucane po pokoju ubrania, na dodatek wymieszane brudne z czystymi.

Szyba zaparowała w aucie i jadę po omacku. Wieczorem.

Zdesperowanej córce próbuję wyjaśnić prawa Keplera, choć sama z nich nic nie pamiętam.

Od dwóch miesięcy boli gardło, ale nie ma czasu chorować.

 

Moja proza życia niczym nie różni się od prozy kogoś innego. Mogłabym o niej pisać całe tomiszcza. O tym jak skrzypi, jęczy po kątach, postękuje, kwęka, trzeszczy w szwach, jak uwiera w bucie. Nic z tego nie zostało mi oszczędzone.

W tym wszystkim jednak dana mi została nieodparta chęć skrobania paznokciem i wydłubywania z szarości drobnych lśniących ziaren poezji.

Potem wkładam je do ozdobnego pudełeczka pamięci i przechowuję.

Czasem, gdy szarość wydaje się podpełzać zbyt blisko serca, otwieram puzderko i wpatruję się w blask bijący z jego wnętrza.

Dziś dorzucę kolejną chwilę.

Siedzę na  skrawku ułożonej już podłogi, na poddaszu naszego nowego domu. Kawałek drewnianych desek jest mały, podobny do kry dryfującej na reszcie betonowej podłogi. Kra jest jasna i pachnie jeszcze sosną. Siedzę na niej jak rozbitek, oparta plecami o coraz bardziej gorący grzejnik, wtulam nos w miękki zielony szalik. Błogość rozlewa się w całym ciele miękkimi falami ciepła. Na dole mąż podkłada do pieca. Słychać szczęk drzwiczek.

Patrzę przez szybę balkonowych drzwi na podwórko miotane nagłą śnieżycą. Białe pióra śniegu wplątują się w czuprynę starej sosny rosnącej przed domem. Znam to drzewo od zawsze, od kiedy sięgnę pamięcią. Jest cichym świadkiem mego życia. Wyobrażam sobie je jako malutkie drzewko. Kiedy to było? Ile lat? Dziesięcioleci? Czy ktoś sadząc je myślał, że pewnego dnia ktoś taki jak ja spojrzy na nie z wielką wdzięcznością. A może nikt go nie sadził specjalnie, może tylko łaskawie zezwolił na to życie, nie wyrwał, nie wykopał, nie ściął małej siewki?

Błogość rozlewa się jeszcze szerzej. Przymykam oczy. Prawie zasypiam wypełniona wdzięcznością za wszystko. Za każdy dotąd niedoceniony szczegół życia. Za tę sosnę. Za mój kawałek podłogi w tym wielkim jak ocean świecie.

Stuk.

Kolejne ziarnko blasku wrzuciłam do pudełeczka.

– Musimy wracać. – budzi mnie mąż. Z zamyślenia? A może już ze snu?

 

 

 

spełnienie

 

Siedzimy przy kuchennym stole.

Światło ze świecy pełza po jasnym blacie. Pijemy herbatę. Ksawery – ziółka, ja – czerwoną o smaku pomarańczy, a Miś kolejną kawę.

Prawie wieczór.

Rozmowę przeplatamy grubymi nićmi milczenia. Złotymi nićmi zgodnie z przysłowiem:) Im głębsza przyjaźń, tym więcej złota w kanwie.

– Niedługo będziemy mieli 18-tą rocznicę ślubu. – mówię – Nasze małżeństwo będzie pełnoletnie.

Przyjaciel ksiądz uśmiecha się z drugiego brzegu drewnianego stołu.

– To jesteście rok młodsi ode mnie. Ja w tym roku miałem osiemnastkę .

 

Nagle widok zamazuje się. Wzruszenie jak wierny pies ciepłym jęzorem liże serce.

Cud powołania. Szczęście ukochania swojej drogi. Jedno i drugie – dar.

Wdzięczność podmywa oczy wezbraną falą. Trzepoczą spłoszone motyle rzęs.

 

Dziękuję.

 

 

podróż przez zimę

 

Spadł pierwszy śnieg. Oprószył wyleniałe futra łąk, chropowate plecy pól, pokrył siwizną włosy drzew. Suniemy ciemną szosą w stalową od chmur dal. Nasze auto mknie do celu.

Laurka niecierpliwie pyta: Czy długo jeszcze? Czy jeszcze długo? Ile jeszcze czasu zostało? Kiedy dojedziemy?

Wszyscy się denerwujemy, bo ile razy można zadać to samo pytanie.

Dwie godziny, godzina, pół godziny, piętnaście minut… Kurczy się czas podróży.

Patrzę na lasy piętrzące się przy poboczach drogi. Nagie drzewa czekają wiosny. Wszystkie wyglądają tak samo.

I nagle przypływa wspomnienie sprzed roku czy dwóch lat, gdy przemierzaliśmy tę samą trasę późną wiosną, w porze, gdy „wszystko się rozstrzyga”. Jedne drzewa pokryły się delikatną seledynową mgiełką, a inne pozostały martwymi nagimi kształtami. I znów pomyślałam jak wtedy:

To nasze życie tutaj jest dłuższą nieco zimą. Trudno odróżnić kto z nas jest żywy, a kto już martwy. Wszyscy wyglądamy tak samo: chodzimy, jemy, rozmawiamy, pracujemy, bawimy się, czytamy książki, załatwiamy jakieś nasze mega ważne sprawy. Wszyscy. Ale potem przyjdzie wiosna. Odsłaniająca prawdę wiosna.

Oby do tego czasu nie zastygły w moich żyłach soki. Obym okryła się mgiełką seledynu. Obym okazała się żywa. Obyśmy wszyscy…

Czy długo jeszcze? Ile czasu zostało?

 

Kurczy się czas podróży.

 

A gdyby jutro? Czy jestem gotowa spojrzeć w lustro i poznać prawdę?

 

 

– Mamo, już widzę bramę dziadków!!! – krzyczy Laurka u kresu drogi.

 


 

 

pory roku, dni i lata…

 

Krótkie dni, dłuuugie wieczory.

Życie zupełnie się zmienia na granicy lata i jesieni.

Jest godzina szósta, a ja – ubrana w czerwony miękki szlafrok – siedzę w moim ulubionym rogu kanapy, pod słońcem mojej lampki.

Na szerokiej tapicerowanej poręczy łóżka barykada z kilkunastu akurat czytanych książek. Niedługo za nią zniknę. Jeszcze dzień, dwa. Robię co jakiś czas remanent i odkładam niektóre na bliżej nieokreślone „potem”, ale w jakiś niepojęty sposób barykada wcale nie topnieje.

Siedzę i czytam „Sekretne życie drzew” Petera Wohlleben, niesamowitą opowieść człowieka lasu o mądrości i miłości, jaką potrafią okazywać sobie drzewa. Kiedyś Wam o tym napiszę. Obok paruje czerwona herbata o cynamonowo-pomarańczowym aromacie. A jeszcze bardziej obok toczy się normalne życie mojej rodziny.

Najstarsza córka uczy się lub pisze wiersze, syn szuka czegoś w necie, młodsze biegają i bawią się w panią i kotka. Charakterną panią jest oczywiście najmłodsza Laurcia, a spolegliwym kotkiem – Nusia. Mąż albo jeszcze buduje nasz dom kilka kilometrów dalej, albo pali w piecu, albo słucha radia. Za oknem już ciemno.

Patrzę na czarną taflę szkła w okiennej ramie, odbija się w niej tylko słońce towarzyszącej mi lampki. Wiem, że tak będzie wyglądało nasze życie aż do wiosny. W objęciach wczesnego mroku.

A potem nagle wszystko się zmieni.

Nie będę się pocieszać sztucznymi słońcami żarówek ani gibkimi płomieniami świec. Zaświeci słońce prawdziwe, odmieni dni, skróci noce. Znów o godzinie szóstej będę siedzieć na rozgrzanym tarasiku naszego nowego domu. Blask słoneczny będzie tańczył na moich rzęsach. Ala siądzie naprzeciw i będzie czytała wiersze z opasłego tomiska. Będziemy się zamyślały, nasi chłopcy wyśmieją niektóre metafory, pospieramy się o rolę poezji w życiu, nie oszczędzona nam będzie proza zapachu obornika z okolicznych pól:) Przytulę się do ciepłej, ceglanej ściany swego domu, pogłaszczę głębokie zmarszczki starych babcinych okiennic, rozmarzę o kolorze płytek w łazience i paneli na podłogach. Zakwitnie migdałek. Zapachną tulipany. Zabrzęczą w powietrzu pszczoły. Zamknę powieki. Poczuję, że jestem tam, gdzie być powinnam.

Zmieniają się dni, pory roku i lata. „Życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy” – brzmią mi w uszach słowa prefacji z mszy o zmarłych.

Zmienia się, ale się nie kończy.

ZMIENIA się, ale się nie kończy.

Zmienia się, ale się NIE KOŃCZY.

Nasze sztuczne światła zmienią się w niegasnący nigdy blask, nasz mrok wątpliwości w pewność żeśmy miłowani odwiecznie, nasze błąkanie w odnalezienie miejsca jedynego. Czekam na tę odmianę. Dusze czyśćcowe mówiły Marii Simmie: Nie chciałybyśmy wrócić na ziemię i nadal żyć, ponieważ posiadamy poznanie, jakiego wy nie znacie. Żyjecie w takim mroku, a my w takim świetle.

One już wiedzą. Dotknęły Miłości. I nic już ich od niej nie oderwie.

Tęsknię za tym światłem. Blask lampki jest ciepły i kojący, ale jest tylko cieniem cienia prawdziwej światłości.

 

 

 

 


 

czerwone korale

 

Przeciekają mi między palcami czerwone drewniane krople.

Mój nowy różaniec wygląda jak korale góralskiej dziewczyny. Jest tak jasny, że rozświetla swym kolorem miejsce, w którym leży. Dlatego może trudniej będzie go zgubić i łatwiej znaleźć. Kupiłam go z tą myślą. Na Jasnej Górze.

Znów tam byłam. W złotym domu naszej matki.

Nawet nie wiecie ile wysiłku i starań mnie to kosztowało, by pragnienie bycia tam przekuć w szkolną wycieczkę- pielgrzymkę, by zebrać chętnych, pokonać piętrzące się niebotycznie przeciwności, zaczarować słotną jesień, ściągnąć z nieba szwadrony Aniołów, które ochroniłyby całą wyprawę.

Uśmiecham się, wspominając to wszystko, a między palcami ścieka mi czerwony góralski sznur korali. Mój nowy różaniec.

Cały październik był nadzwyczaj trudny i nadzwyczaj bogaty. Zaczynam się zastanawiać czy trud i bogactwo nie idą w parze i nie warunkują się nawzajem.

Wciąż jest trudno, czasem brak oddechu, czasem sił, czasem wieczorem padam jak ptak rozbity o szybę. A jednak wstaję rano, choć tylko o jeden ton różni się szarość jesiennego świtu od szarości jesiennego zmierzchu. Jeden prawie niedostrzegalny ton. 

Mrużę oczy, by dostrzec ten niuans.

Złote liście lipy rozrzucone wokół kościoła błyszczą w deszczowym wieczorze. Czerwony różaniec leży w jasnej plamie lampki przy mojej poduszce.

Zawsze mamy wybór: pozostać w mroku, czy szukać światła.

 

 

z jesieni

 

Pachnie zbutwiałymi liśćmi, wiatrem, purpurowym o zmierzchu słońcem. Kolejny już rok tak zaczyna się jesień.

Kolejny już rok podnoszę szeleszczące żagle liści, równam czarne kopce na trawniku, dziurawię ziemię łopatką i wciskam cebulki tulipanów, szafirków i innych kwiatów, których nazw i miejsc posadzenia nie potrafię spamiętać. Kolejny już rok biega wokół mnie i szczebiocze mały skrzat córeczka. Różowa chusteczka na szyi ma postrzępione rogi. Kolejny już rok słyszę nad głową krzyk i bezbłędnie już wiem, że to żurawie kluczą po niebie w poszukiwaniu drogi. Kolejny rok mąż buduje nasz dom, a ja kolejny raz snuję z nim plany i marzenia. Nad głowami fruną uczepione pewnie wiotkiej nici małe pajączki. I wszyscy jak co roku mówią: „babie lato”.

Co rok o tej porze zadaję najważniejsze pytania. O swoje istnienie, sens, śmierć, logiczność ciągów wiosen, lat i jesieni.

Po co? Jak? I dlaczego? spacerują mi po głowie, budzą w środku nocy, wirują nad filiżanką porannej czarnej kawy.

Nie potrafię być zwierzęciem zadowolonym z miski jedzenia i ciepłej budy, nie umiem ograniczyć się tylko do potrzeb mego mięsa, nie wystarczają mi odpowiedzi z głębi  zlepka moich tkanek. To zbyt płytko.

Jestem kimś więcej niż widać. Kimś więcej niż słychać. Nie wszystko kim jestem można dotknąć, poczuć, opowiedzieć. Nie jestem jak ten liść, który więdnie, spada, gnije, znika.

Zanurzona w powszechnym przemijaniu jesieni, wiem, że jestem inna.

I gdyby nawet – choć nic na to nie wskazuje – nie dane mi było jeszcze raz napisać „kolejny rok podnoszę liście, równam kopce, sadzę tulipany, snuję plany” nie zniknę. Będę jeszcze bardziej.

 

Jak ci, którym nie dano powiedzieć ani razu „kolejny raz”.

 

 

 

droga – kolejny krok

 

– Muszę zatankować twój samochód. – oświadcza mój mąż o 6:40 rano.

– To nic. Pójdę na mszę pieszo. – odpowiadam i wychodzę w rześki poranek.

Napełnić bak, bo daleko nie zajadę. Staram się codziennie.

To kolejny etap mojej drogi. Codzienna msza, codzienna Komunia.

Nie zawsze się udaje. Są różne dni, o różnym natężeniu, zmęczeniu materiału, więc nie zawzinam się przy tym „codziennie”. Niemniej wiem, że kiedyś to nastąpi, od dawna widziałam to na horyzoncie przed sobą, od jeszcze dawniej czułam pragnienie w sercu. Jestem spokojna, czas niech płynie, wydarzenia i okoliczności tak się układają by to, co dotąd „odświętne” stało się „codziennością”.

Kiedyś, nim urodziłam dzieci, msza była moją codziennością. Potem przyszły obowiązki, trudności z wyrwaniem się z domu choćby na chwilę. Trochę to trwało nim zgodziłam się z tym stanem. Dziś wiem, że trzeba umieć zgodzić się na pewne etapy swego życia, zaakceptować ich trud i wyrzeczenie, pamiętać, że fale na wodzie z czasem układają się do snu, a powierzchnia łagodnieje. Dzieci podrosły, a ja mogłam wrócić do tego, co dla mnie ważne.

Nie jestem łatwa w prowadzeniu. Nikt nie potrafi mnie prowadzić w tańcu, bo się mu wyszarpuję i szukam własnego kroku. Niełatwo mną pokierować w życiu. Sama mam z tym problemy:) A jednak czuję „prowadzenie” i widzę jak mu się poddaję.

Bo jest to mądre prowadzenie, nic na siłę, raczej propozycje do przemyślenia, zarysy na horyzoncie, które widzę na długo długo wcześniej i przyzwyczajam do nich mój wzrok i serce. A po pewnym czasie pojawia się pragnienie, by podejść i tego dotknąć, ukonkretnić.

Tak stało się z codziennym różańcem, codziennym czytaniem Biblii, tak stało się z uznaniem mojego grzechu, którego nie uznawałam, tak stało się z dziesięciną, tak było z oddaniem się w niewolę Maryi, tak dzieje się teraz z codzienną mszą świętą, tak teraz jestem pociągana do rozpoczęcia kierownictwa duchowego.

Nie jest łatwo mną kierować. Jestem uparta i krnąbrna jak osioł. A jednak Maryi to się udaje.

A ja widzę kolejne zarysy na horyzoncie. Przyjdzie czas, gdy je przyjmę i zrobię kolejny krok.

Matka uczy swoje małe dziecko chodzić. Po ziemi i po …wodzie.