szare dni

 

Śnieg już prawie się roztopił, bałwan stoi smętnie przekrzywiony z garnkiem na bakier. Rano mgła jak mleko, mżawka i błoto rozjeżdżające się spod opon i butów. Auto zaparowuje od środka momentalnie, światła innych aut rozbryzgują się na mokrym asfalcie i kłują w oczy. Chlapa, szaro i obskurnie.

Po co są takie dni? Po co?

Żeby powiedzieć Ci jeszcze raz „kocham” mimo, że nic ku temu nie nastraja. Gdy jest ciemno, zimno i bez fajerwerków.

Kochać Cię wiernie także ukrytego, szczelnie zawiniętego z szary pled, milczącego.

I nauczyć się wyostrzać wzrok, by nawet w morzu szarości odnaleźć kroplę Twego piękna. Wyostrzyć słuch, by nawet w najgłębszej ciszy usłyszeć Twój oddech.

Wyczulić serce, by kochało Cię nawet bez lukru.

 

9 dni

 

Moja babcia przekazała to mojej mamie, a ja zrobiłam ksero i zszyłam białą nicią kartki.

Stara kantyczka sprzed pierwszej wojny światowej, rozsypujące się w rękach kartki, język, jakiego się już prawie nie używa, a jednak…

Od lat, co roku, na 9 dni przed Bożym Narodzeniem odśpiewywaliśmy wspólnie starą nowennę do Matki Bożej.

Zwłaszcza urocze to było dla najmłodszych. Cała rodzina zbierała się w jednym pokoju wieczorem i przy zapalonej świecy klękała. A potem moja mama swym charakterystycznym zaśpiewem inotnowała pierwszą pieśń. Wszyscy znamy to na pamięć. I pieśń i słowa. Niektóre frazy brzmią nieco uciesznie np. końcówka wersu: „wszyscy zbawieni będą grzeszni i ja”, nieodmiennie kojarzyła się wszystkim z paszczowym odgłosem osła. I tak zaiste brzmiała w naszym chóralnym wykonaniu:) Jak stadko dzikich osłów na pastwisku😁

A potem ten moment – ulubiony przez małe dzieci – gdy podczas ostatniej pieśni wszyscy po kolei przekazują sobie pasyjkę i całują Jezusa w stopy. Oczywiście dzieci, ku uciesze reszty, dają dubeltowego buziaka Jezusowi prosto w buzię.

I to właśnie najmłodsi pilnują jak prawdziwi strażnicy czy aby na pewno krzyż dotarł do rąk wszystkich orantów;) Nikt nie może być pominięty, nikt nie może uchylić się od zaszczytu ucałowania Zbawiciela.

A na koniec prześcigują się kto zgasi święcę. I to z takim chuchem, że aż wosk bryzga wkoło.

Urocze to i takie ważne.

By razem modlić się, czekać, przeżywać, śpiewać, a nawet śmiać się.

Trochę mi tego brakowało od kiedy przenieśliśmy się tutaj. Dlatego poprosiłam, by mama pożyczyła mi kantyczkę, a ja zrobiłam kopię tych kilku poplamionych stron.

Może i moje dzieci kiedyś zrobią kolejną kopię. Albo babcia przekaże w końcu komuś z nich rozsypującą się starą książeczkę.

Dziś zaczynamy🌟

 

Ciebie prosimy Najświętsza Maryja

niech nam w nowennę Syn Twój z Tobą sprzyja

przez te dni dziewięć chwalimy Cię z chęci

dziewięć miesięcy czcząc w sercu pamięci.

Twój czysty żywot nosił Pana nieba…

 

 

 

 

 

 

krótki termin

 

Opowieść jednej z moich koleżanek przedszkolanek.

Jeden z maluchów przychodzi do niej i konspiracyjnym tonem szepcze:

– A wie pani za ile będą święta?

Pani wzrusza ramionami i zamienia się w słuch.

– Za dwie świece. Pani od leligii tak mówiła😁 – zdradza tajemnicę malec:)

 

A jednak uważnie mnie słuchają:)

Pamiętajcie: ZA DWIE ŚWIECE!!!

 

 

zwyczajna normalność

 

Leżymy jak co wieczór na naszym wielkim łożu w sypialni. To już nasz rytuał, że kolacja w kuchni i pogaduchy w salonie przenoszą się właśnie tu.

Omawiamy dzień, każdy coś dorzuca od siebie, rzeczy śmieszne, poważne i zadziwiające. Ja z dziewczynkami oglądam krótkie filmiki z Ig i raz po raz się nimi inspirujemy. Te gwiazdy zrobione z kartek książki na przykład:) Albo…

– O, widzicie! – wykrzykuję jak dziecko – Dwie baterie i szklanka wody i powstaje taki wir – zrywam się z łóżka i zaczynam grzebać w misteczce z bateriami. Tak, mamy na nie specjalną miskę z bambusa;) Nie pytajcie dlaczego. Po prostu tak:) Jesteśmy mistrzami nieoczywistości wszelakich.

– Ale że co? – nie rozumie mężulek.

– Nic, nic. Muszę to wypróbować!!! – krzyczę wybiegając do kuchni.

– Eee, nie działa – wracam po chwili zrezygnowana – Albo baterie za słabe, albo oni mają w tej szklance coś innego niż woda.

Dziś spróbuję z octem:)

No i znowu leżymy, przekomarzamy się i śmiejemy. Ja – jak zwykle – napraszam się żeby ktoś mnie pogłaskał po plecach:)

– Ostatnio rozmawialiśmy w szkole – zaczyna Nusia – i opowiadałam moim koleżankom, że dzieciaki przyjechały na weekend do domu i siedzieliśmy w salonie ( dodam, że Adaś zwykle nie siedzi, lecz leży rozciągnięty przez środek na dywanie:) i rozmawialiśmy, żartowaliśmy, słuchaliśmy muzyki… A wtedy jedna koleżanka powiedziała, że ona wogóle nie rozmawia ze swoim bratem.

– Ale jak to? – wtrąca pytanko Laura.

– No, że oboje siedzą każde w swoim pokoju i prawie się nie widzą cały dzień i prawie nie odzywają się do siebie.

– Co??? – wykrzykuje najmłodsza latorośl – Ja bym nie mogła nie rozmawiać z Adamem!! On ciągle mnie zaczepia i łaskocze. I nawet jak jestem w swoim pokoju, to mam otwarte drzwi i widzę go jak leży na swoim łóżku. Czasem myślę, że to nie jest on, tylko jedna ze stert z jego ubraniami:)

Tak, tak. Sterty z ubraniami to specjalność naszego syna:) Dodam, że sterty są mieszane, czyli rzeczy świeżo uprane z tymi przepoconymi razem:)

– Jak tak rozmawiam z moimi znajomymi, to ja mam najwspanialszą rodzinę – podsumowuje Nusia – Taką normalną.

*  *  *

Być normalną rodziną w tym dziwnym świecie. Zastanawiam się dlaczego się nam udaje, jaki jest przepis na to. A może jest jakiś jeden tajemniczy składnik, który sprawia, że ciasto wyrasta i smakuje wszystkim.

Ale nic mi nie przychodzi do głowy. Bo naprawdę nie robimy nic nadzwyczajnego ani kosztownego ani trudnego.

Jesteśmy najzwyczajniejsi w świecie.

Po prostu jesteśmy, żyjemy.

Więc ten cud normalności nie pochodzi od nas i nie jest naszym dziełem.

Lecz dlaczego dziś jest tak rzadki?

 

 

te dni;)

 

Kiedy ja mam „te dni”, wrze we mnie jak w kotle.

Jako osoba inteligentna i świadoma potrafię stanąć obok i spojrzeć na siebie z dystansu ( zaiste ciekawy to widok:), co jednak nie znaczy, że zawsze potrafię powstrzymać ciśnienie magmy gniewu we wzburzonym kraterze.

Ostatnio parę dni byłam mniej cierpliwa dla moich uczniów i to, co dotąd uchodziło im płazem, a nawet całym stadem płazów, teraz nie obyło się bez konsekwencji.

Tymczasem wracamy wieczorem z zakupów. Siedzę i się nic nie odzywam, ugłaskując burzę szalejącą w środku.

– Dlaczego nic nie mówisz? – świergocze radośnie mężulek.

– Bo mam ochotę kogoś rozszarpać – mruczę pod nosem – A ty jesteś jedyny w tym aucie:)

Przecież nie chcę zostać młodą – bądź co bądź – wdową;)

Ale, ale…

zauważyłam ostatnimi czasy, że i mój mąż ma „te dni”.

– A tak, mój też! – przytaknęła Moni, gdy się z nią tym odkryciem podzieliłam – Siedzi wtedy parę dni, nic się nie odzywa, wprowadza grobową atmosferę. Albo leży, albo śpi.

– Pytam go nawet: czy może coś źle zrobiłam albo powiedziałam? ale mówi, że nie i się po prostu źle czuje. – wtrącam, bo świetnie znam scenariusz zdarzeń;)

– Ooo, właśnie. A ja myślę wtedy, że to moja wina – potwierdza Moni.

– Albo boję się, że jest może chory – dodaję.

– A potem to mija jak ręką odjął.

– Wiesz, może oni mają tak jak my – taką fazę. Ja to zacznę w kalendarzu zapisywać i zobaczę czy to jest cykliczne. – postanawiam.

 

I długo nie musiałam czekać. Jeszcze wczoraj rano mój mąż śpiewał i tańczył na środku salonu, a wieczorem zamilkł jak sfinks:)

Myślę, że naukowcy powinni poważniej zająć się tym tematem, aby uspokoić zaniepokojone stanem mężów żony.

Bo ponoć to tylko kobiety są zmienne jak marcowa pogoda;)

 

 

chwilka samotności

 

Lubię być sama. Zupełnie sama w moim domu.

Żyję sobie wtedy powolutku, w swoim tempie. Spokojnie piję herbatę, potem kawę, w międzyczasie gotuję obiad, wstawiam pralkę, podkładam do pieca. Chodzę sobie lub siedzę otulona moją ulubioną muzyką, światełkiem świecy, obrazami zimy za oknem i tymi moimi tryskającymi ze ścian barwami lata i jesieni.

Czasem czytam, czasem odmawiam różaniec, czasem myślę lub piszę, robię zdjęcia lub – jak dziś – rozwieszam gwiazdy:)

Fajny jest zawód rozwieszacza gwiazd i tworzenia nowych, nieznanych ludziom konstelacji. Musiało się to podobać Bogu:)

Gwiazdy wczoraj skleilyśmy z Hanią i Laurką wieczorem. Ze starej książki, którą Hania wzięła z półki książek do adopcji. Zasugerowała się miłym tytułem o niebieskich migdałach, ale – jak się znowu okazało – nie ocenia się książki po okładce:)

Nie jestem zwolennikiem cięcia książek czy ich niszczenia ( no, poza któtkim okresem w moim życiu dziecięcym, gdy było to moją prawdziwą pasją:) i z duszą na ramieniu i szmeraniem sumienia cięłam dziełko na zgrabne kwadraciki.

Sądzę jednak, że skończyć tej książce jako konstelacja gwiazd to prawdziwa dla niej nobilitacja. Tak to wytłumaczyłam memu szemrającemu sumieniu:)

I oto w parę chwil później rzeczywiście – za sprawą naszych zwinnych palców – książka ( a właściwie jej kilkadziesiąt stron) zmieniła się nie do poznania.

Nie do Poznania:) – jak to śmiesznie brzmi, gdy zmienię jedną literkę.

Tak, nie do Poznania też.

Szybciej do Lublina;)

 

Dziś korzystam sobie z tej chwilki samotnego bycia w domu i podklejam gwiazdki złotą taśmą, a potem zawieszam je w tej naszej słynnej pustej ramie. Ona tak naprawdę rzadko bywa pusta. Wciąż wypełnia się treścią podczas kolejnych naszych porywów artystycznych.

Do dziś wisiała w niej piękna, wykrochmalona na sztywno serwetka Alusiowej produkcji.

Teraz czas na bożonarodzeniową konstelację.

Jakby ją nazwać?

🌟✨🌟✨🌟✨🌟✨🌟✨🌟✨🌟✨

 

I tak sobie spędzam ten miły czas. Dopijam kolejną herbatkę, tym razem malinową. Dom powoli rozgrzewa się od pieca, Louis Armstrong schrypniętym głosem podśpiewuje radośnie.

Może jeszcze jedna kawa.

Za godzinę wyjeżdżam do pracy, wrócę o atramentowym zmierzchu, do domu wypełnionego już gwarem.

Ten gwar także kocham, a doceniam go najbardziej po chwilach samotności.

Dobrego dnia Wam życzę🌟

Dziś Godzina Łaski od 12 do 13🩵 Pamiętajcie i proście Maryję o łaski Wam potrzebne.

 

 

szczęśliwy wypadek

 

Pierwsza niedziela adwentu, wszyscy już wyszykowani do kościoła. Jeszcze ktoś tam dopija herbatkę, jeszcze ktoś talerzyk ładuje do zmywarki, jeden myje zęby, a drugi już siedzi i zakłada buty.

A tu mężulek, czerwony od mrozu, wpada do domu i wykrzykuje nowinę:

– Resor pękł w vanie i przebił oponę.

I wiecie, pierwsza myśl jaka błysnęła mi w głowie to: „Dzięki Ci Boże, że to się stało na podwórku!”

Nie domyślałam jeszcze jej do końca, a tu nagle słyszę moją własną myśl wypowiadaną przez męża:

– Jak to dobrze, że na podwórku, a nie na przykład na trasie. Opatrzność Boża!

– Bóg czuwa. Jak to dobrze – oboje wzdychamy z ulgą.

 

I ja wiem, że reakcja normalnego człowieka na złamanie resora i zniszczenie opony (a więc kolejny wydatek – kilkaset złotych, niewygodę, wizytę u mechanika, załatwianie lawety, zachwianą rodzinną logistykę na co najmniej tydzień itd.itp.) powinna wyglądać zgoła inaczej.

Na przykład :

– Ch…., dlaczego to mnie zawsze spotyka!

– Zawsze biednemu wiatr w oczy!

lub chociaż takie zwykłe nadąsanie:

– Mam już dość!

 

Tak to powinno wyglądać w standardzie.

Ale my nie jesteśmy normalni, więc wygląda jak wygląda:)

I prawie się cieszymy, że resor się złamał i opona pękła, bo – dzięki dobroci Boga – raczyły to zrobić tak, by nikomu z nas nic się nie stało:)

 

I to naprawdę nic nie przeszkadza, że na mszę musieliśmy jechać małym autem, ściśnięci jak śledzie w beczce:)

* * *

Nauczyć się widzieć Boga nawet w pozornych nieszczęściach, dostrzegać Jego zgrabne manewry szachisty, który nawet z ciemości utka parasol dla twojej ochrony. Który chorobę zamienia w rekolekcje; burząc, odbudowuje cię na nowo, jeśli trzeba będzie, położy potop na drodze, by zatrzymać się w twoim pędzie ku zgubie. Który zrzuci cię z konia, byś stracił wzrok, lecz odzyskał wiarę.

„Naucz się myśleć Ewangelią” – powiedział dziś ksiądz na rekolekcjach.

Naucz się dostrzegać Boga nawet w splątanej nici, uschniętej roślinie, złamanym resorze czy ciężkiej chorobie. Serce wtedy rozszczelnia się na Boga bardziej niż kiedykolwiek.

Wciąż i wciąż się tego uczę.

Drobnymi kroczkami.

Jak dziecko.

 

wierne psisko

 

Siedzę i patrzę w płomień pierwszej zapalonej na wieńcu świecy.

W tym roku dziewczynki skomponowały go z pachnących gałązek sosny. Znowu ciężki śnieg złamał jedno z naszych drzew, więc przyciągnęłam dużą gałąź i ustawiłam ją na patio w donicy tak, by wyglądała jakby tam rosła od zawsze. A mniejsze gałązki wrzuciłam do domu.

Potem parę bombek, szyszek lukrowanych brokatem, drobne złote koraliki, gwiazdki, jeżyk z mandarynki i goździków i cztery czerwone świece. I wieniec gotowy, by odliczać nasze czekanie.

„Obyś rozdarł niebiosa i zstąpił” – odczytano dziś na mszy.

Zawsze, zawsze moje serce gwałtownie reaguje na to właśnie zdanie, nie jedyne w Biblii, ale jedno z wielu, które jest jak klucz otwierający we mnie złote wrota. Na ułamek sekundy, na mgnienie oka. Cienka szpara światła z uchylonych drzwi. I merdam ogonem.

Wołanie tak podobne do innego – „Marana tha!”

Tęsknota nieutulona nigdy. W żadnym puchu, w żadnych ramionach, w żadnej innej miłości.

Płonie pierwsza czerwona świeca, za oknem biało- błękitnie od śniegu i gasnącego zimowego dnia. Sikorki z brzuszkami jak szmaragdy kołyszą się na kawałkach słoniny. Nigdy niesyte koty łaszą się pod drzwiami.

Mruczy Sinatra i zmywarka, za mną pochrapuje syn. Sen go zmorzył, choć właściwie powinien już wyjeżdżać, jeśli chce zdążyć do wielkiego miasta przed zmrokiem, śnieżycą i korkami. Pewnie zaraz znowu zacznie sypać biały puch, bo i mąż śpi okryty kocem, który kupiłam latem w Zakopanem. Przykrył się wełną owczą do góry, więc wygląda jak obfity w kształtach baran leżący na pastwisku:)

Cisza.

Dziewczynki uczą się w swoich pokojach do kolejnych sprawdzianów i kartkówek.

Za chwilę pewnie zabrzmi pod bramą klakson. Czekamy na kolejnych gości. Pachną już dwie blachy świeżo upieczonych bułeczek.

Obyś rozdarł niebiosa…

Tak słodko tu żyć, tak dobrze, ciepło i przytulnie, uroczo, a jednak… serce skowycze z tęsknoty i błaga: Zstąp!!!

Głupie serce jest najmądrzejsze na świecie.

Nie oszukasz go niczym.

Możesz próbować je zaślepić mieszkiem złota, zamurować w pięknym pałacu, otulić w złotogłowie, nasycić najdroższymi potrawami, kupić za oklaski i podziw, ale ono będzie wracało jak pies pod drzwi, stale podnosząc głowę i przy najmniejszym skrzypnięciu, nastawiając uszy, wiernie czekając aż drzwi się uchylą i… przyjdziesz Ty.

Jedyny, Którego pragnie.

Rozedrzyj już niebiosa! Przyjdź!

 

film

 

Jakoś ponad miesiąc temu oglądałam z moimi córkami nowy film pt.”Chłopi”. Zapomniałam tu o tym napisać, ale na szczęście Ala MM. przypomniała mi o tym niedawno 🙂

A ten film naprawdę wart jest i przypominania i pamiętania.

Jest nadzwyczajny chyba na wszystkich możliwych poziomach i mistrzowski we wszystkich warstwach. Porywający muzycznie, genialny estetycznie, fabuła zwarta, akcja płynna i nie pozwalająca ani na chwilę znużenia.

Do tego kolory, ruch, taniec, pejzaże, refleksyjność, dobrze zarysowane postaci, pełne emocji i pasji. I ta malarskość. Chyba nie muszę Wam pisać jaka to była dla mnie uczta.

Po prostu przez cały seans nie możesz uwierzyć własnym oczom i uszom, że można stworzyć film tak piękny i drążący tak głęboko.

Ludzie po filmie niemal wszyscy wyglądają jak zaczarowani, jakby obudzili się z jakiegoś pięknego snu. Mrugają oczami i milczą zamyśleni, cicho wysuwają się z kina. Tak trudno wrócić po nim do zwyczajnego życia.

Katharsis.

Mogłabym oglądać ten film jeszcze raz, i jeszcze, i jeszcze. Nienasycenie.

Dla mnie jest on jeszcze pod jednym względem wyjątkowy.

Gdy patrzę na Jagnę i jej życiowy dramat, widzę Annę.

Była dokładnie jak bohaterka filmu. Młodziutka piękna dziewczyna, żyły bardzo skromnie z matką. Musiały uciekać z terenu dzisiejszej Białorusi i zamieszkały w tej okolicy. Były same. Nie miały prawie nic. Matka, by jakoś zarobić na utrzymanie, jeździła po okolicznych wioskach i sprzedawała cebulę. Pewnego dnia zajechała do wsi, w której my dzisiaj mieszkamy i wypytała ludzi, kto tu jest najbogatszym gospodarzem. Wszyscy wskazywali na Adama. Był podstarzały, niski, niezbyt przystojny, ale „pan całą gębą”. I wtedy matka wpadła na pomysł, by swą córkę wydać za niego za mąż. Bardzo szybko „przehandlowała” Annę za dostatniejszy los.

W dniu wesela, gdy młoda wyszła ze swej chałupy do przyszłego męża, wszystkim gościom dech zaparło na widok jej urody. Była wysoka, miała długie złote włosy, a w oczach łzy. Nie, nie była szczęśliwa ani tego dnia, ani potem.

Szybko wzięli ślub, urodziło im się czworo dzieci: dwie córki i dwóch synów. Jedna córka umarła jako dziecko. Potem umarł mąż. Została sama z trójką dzieci.

Jeden z jej synów to mój dziadek.

Gdy moja mama wychodziła za mąż, babcia Anna dała jej tylko jedną radę: „Żebyś się nie zmuszała”. Sama była nieszczęśliwa, ale chciała tego oszczędzić wnuczce.

Widzicie.

Na tej tragedii wyrosłam ja.

Anna była moją prababcią.

Często staje mi w oczach ten obraz młodej pięknej dziewczyny, która stoi w drzwiach chaty, a łzy płyną po jej policzkach. Patrzenie na Jagnę w filmie było więc dla mnie jak wstrząs psychiczny, reminiscencja.

Powstałam z takich łez.

I moje dzieci. Z łez Anny i jej tragedii powstaną kiedyś moje wnuki i prawnuki.

Nie byłoby nas ani naszych żyć, gdyby Anna wtedy podjęła inną decyzję. Nie byłoby tego miejsca, tego domu, całej naszej rodziny i tego wszystkiego, co jeszcze przyjdzie i się wydarzy.

To niesamowita tajemnica życia. Że nawet z naszego cierpienia i bólu, z naszych łez i szlochu, rodzą się potem zupełnie nowe i piękne rzeczy, nowe pokolenia, że nic nie zostaje zapomniane, zmarnowane, przeoczone, niedocenione.

Bo rzeźbimy przyszłość nie tylko naszą pracą, radością, talentami, słowem, lecz także naszym bólem i smutkiem.

Wszystko ma znaczenie.

Żadna łza się nie zmarnuje.

Gdzieś jest w Biblii taki piękny fragment, w którym autor mówi do Boga: „Przechowałeś Ty łzy moje w swoim bukłaku”.

Przechowałeś!!!

Gdy więc czasem szlochamy bezgłośnie nocą, gdy łzy wsiąkają nam w kołnierz kurtki lub gdy – zupełnie skrycie – spływają w głąb serca, musimy wiedzieć, że one są liczone i że są zasiewem czegoś, czego się nawet nie spodziewamy.

On nie pozwoli by zmarnowała się nawet jedna z naszych łez.

Ostatni kadr filmu pokazuje jak Jagna, wrzucona w błoto, naga i płacząca, nagle powstaje i daje się obmywać strugom deszczu. Deszcz jest rzęsisty. Szybko oczyszcza ciało dziewczyny z błota i łez.

Piękny, pełen znaczenia obraz. Aż chce się dośpiewać dalej jej los. Że znalazła w końcu to, czego szukała: prawdziwe szczęście, miłość, piękno.

Że jej dzieci, wnuki były szczęśliwe.

 

 

skala

 

– Idziesz już do domu? – pyta mnie Ewcia w szatni nauczycielskiej.

– Nie, lecę do przedszkola – śmieję się, zapinając kożuszek w pośpiechu. Spieszę się, bo mam pięć minut na przebiegnięcie, a na zewnątrz mróz i śnieg.

– A potem już koniec? – dopytuje ona.

– Nie. Później znowu wracam do szkoły na dwie lekcje, a potem znowu do przedszkola.

– Aaaa – kiwa ze współczuciem głową – To ten twój hardcorowy dzień?

– Nie – odpowiadam ubawiona – Wczoraj był mój hardcorowy dzień. Dziś jest zwyczajny:)

I uwierzcie mi, że to prawda.

Ten dzień nie jest hardcorowy w porównaniu z wczorajszym.

Wszystko zależy od miary, jaką przykładamy i od skali, w jakiej mierzymy😁

Może dlatego warto nasze życie przykładać czasem do wieczności, a naszą wielkość do potęgi Boga.

I od razu robi się lepiej.