bukiecik

 

Zapomniałam o mojej własnej tradycji:) Wszak co roku, na styku kolejnych lat daję komuś z Was w prezencie obrazek.

Dopiero praca nad tomem 4 „Historynki” przypomniała mi moje zapomnienie.

Więc tym razem obrazek z serii moich ulubionych: bukiet kwiatów na ciemnym tle.

 

Drobne wielobarwne różyczki w fioletowym wazonie, obrazek na płótnie o wymiarach 24x 30 cm.

Namalowałam go tydzień temu, więc zupełnie świeżutki. Ale farba już wyschła;)

*  *  *

Jeśli komuś z Was się spodoba, wystarczy napisać w komentarzu. Obrazek wyślę temu, kto zgłosi się jako pierwszy:)

 

preludium do pieśni przyszłości:)

 

Rozmawiamy z synem na trybie głośnomówiącym, więc gadamy wszyscy razem, zupełnie jakby tu był z nami, w bladoróżowym salonie, wieczorem, przy świetle lamp i świecy.

Dusio dzieli się wieściami o zdanych egzaminach, zaliczonych zaliczeniach i obronionych projektach.

– Egzamin zdałem, ale jutro muszę go obronić – mówi na przykład nader enigmatycznie.

– No ale jak zdałeś, to po co będziesz bronił? – zadaję jakże logiczne pytanie.

– Bo na egzaminie mogłem ściągać – wyłuszcza naiwnej matce syn.

– Ale ty przecież nie ściągałeś – brnę dalej w iluzję.

– Ściągałem – śmiejąc się, ściąga mnie z nieboskłonu brutalnie na ziemię.

– No i na obronie ustnej sprawdzą czy nie ściągałem – podsumowuje. Też ze śmiechem.

– Acha – udaję, że rozumiem 🙂

– A ja bym chciała zostać kwiaciarką – wystrzela nagle Lalcia – jak mi się nie powiedzie w życiu – dodaje klauzulę:)

Śmiejemy się.

– Ja bym została kwiaciarką, jakby mi się powiodło – odpowiadam przekornie.

– Mieć taki mały sklepik z kwiatami – rozmarza się dalej najmłodsza latorośl.

Zamyślam się.

Więc moja druga pasja drąży już tunele w umyśle najmłodszej córki:)

Tymczasem najstarsza dostała wezwanie na komisję wojskową. No tak, skutek studiowania kierunku medycznego.

– Dobrze, że chcesz jednak być kwiaciarką – mówię Lalci.

– Jak mi się w życiu NIE powiedzie – przypomina z łobuzerskim uśmiechem dziecię znad kanapki z kremem czekoladowym:)

 

 

powołanie

 

To się musiało tak skończyć.

Hania od jakiegoś czasu coraz bardziej więdła i smutniała. Nie poprawiły nastroju ani święta, ani bal andrzejkowy, ani huczne urodziny przyjaciółki. Słońce nie dało rady i świeżutkie dostawy białego puchu, nie podziałały krzepiąco rozśmieszanki wszelakie, łaskotanie i dopytywanie: może się zakochałaś?

Ewidentnie z dnia na dzień wpadała coraz głębiej w dół apatii i marazmu.

W końcu nawet mężulek to zauważył i zapytał :

– Co się z nią dzieje?

– Nie wiem, nie chce powiedzieć – odparłam.

Oboje zaczęliśmy analizować od jakiego czasu to trwa, kiedy się zaczęło, domniemywać przyczyny. No, ale przecież bez świadka koronnego nic nie wymyślimy.

– Czekaj – powiedziałam wieczorem – skończę modlitwę i pójdę ją przepytać.

I jak postanowiłam, tak zrobiłam.

Jeszcze miałam nadzieję, że to nic takiego i że wszystko nam się wydaje, ale gdy Nusia już po pierwszym moim pytaniu zaszlochała, zrozumiałam, że moje nadzieje są płonne i że to raczej sprawa dużego kalibru.

No, ale niestety Nusia – jak to już nieraz wspominałam – jest uparta jak wół i osioł razem wzięci i w naszej rozmowie ograniczyła się tylko do płaczu lub kiwania głową na znak zgody lub przeczenia. Nie wyrzekła ani słówka.

A moja wyobraźnia z każdą chwilą budowała piętrowe tragedie, do których żadna z szekpirowskich sztuk się nie umywa. Co ja sobie wtedy nawyobrażałam, to włos na głowie się jeży:)

Oprócz wybujalej wyobraźni mam na szczęście także osławioną intuicję, więc zaczęłam drążyć, zadając coraz bardziej szczegółowe pytania. Hania kiwała tylko głową w jedną lub w drugą stronę i szlochała.

W końcu wpadłam na trop i po nitce doszłam do kłębka.

Nigdy nie zgadniecie co było na końcu moich dociekań i dlaczego Hania pogrążała się w smutku i beznadziei od tygodni.

Otóż, Hanię zawsze fascynowała biologia i od lat była przekonana, że chce studiować jakiś kierunek z nią związany, przygotowywała się do matury z biologii, kupiliśmy jej internetowy kurs z tej dziedziny, chłonęła wiedzę i wciąż z Alą omawiały nowe ciekawostki biologiczne. Ale…

jak już wspomniałam na początku opowieści – to musiało się tak skończyć…

Jej mama parę lat temu zaczęła malować, dom powoli zmieniał się w galerię obrazów, Hania zaczęła jeździć na wystawy, kupować albumy z malarstwem, czytać biografie artystów, w jej pokoju króluje van Gogh, na ścianach, na poduszce, biurku, wszędzie…

I oto pewnego dnia obudziła się i już wiedziała, że nie chce iść na żadne studia medyczne, że chce studiować zupełnie coś innego.

– Chcesz studiować coś związanego ze sztuką? – zapytałam, gdy już nitka doprowadziła mnie do rozwiązania.

Kiwnęła głową, a na ustach pojawił się blady uśmiech. Pierwszy od tygodni.

Wiecie jaki kamień spadł mi z serca?

To tylko to!

Więc w tył zwrot i szukamy kierunku artystycznego, na który nasza córka może się dostać mimo, że zdaje maturę z biologii.

Prawdopodobnie będzie to historia sztuki:)

* * *

Zadziwia mnie zawsze to przemożne ciągnięcie ku czemuś, to szaleństwo, jakie nagle w człowieku wybucha i w jednej sekundzie świat obraca się do góry nogami. Idziesz prostą ścieżką, zadowolony pogwizdujesz pod nosem i zdaje ci się, że widzisz swoje życie aż po horyzont, racjonalnie zaplanowane, ułożone wedle reguł i nagle… dochodzisz do zakrętu, a za nim droga zupełnie zmieniła kierunek. Jesteś zdezorientowany, a jednocześnie wiesz, że musisz tam pójść, bo jeśli zawrócisz, zniszczysz w sobie coś ważnego, zaprzeczysz jakiejś prawdzie o sobie.

Skąd to wiem?

Bo sama przeszłam taki sam zakręt.

– Jesteś moją córką i jesteś taka sama jak ja. – mówię jej – Ja też przez wiele lat marzyłam, by studiować polonistykę, a potem, na pół roku przed maturą oszalałam i nie chciałam już słyszeć o niczym innym poza teologią.

Czy mogłabym zabronić ci iść tam, gdzie serce ci się wyrywa?

To się musiało tak skończyć:)

* * *

Jesteśmy mądrzejsi o nasze własne ścieżki, o nasze własne kroki i nasze potknięcia.

Z czasem już wiesz więcej i nie boisz się tak bardzo drogi i tego, co za zakrętem

bo…

„Twoje uszy usłyszą słowa rozlegające się za tobą: To jest droga, idźcie nią!” ( Iz 30, 21)

– Dlaczego nam nie powiedziałaś wcześniej? – pytam jeszcze Nusię – Po co było się tyle smucić?

Uśmiecha się. Znowu uśmiecha się jak to ona swoim kocim uśmiechem i mówi:

– Czasem trzeba się trochę posmucić.

 

I ma rację:)

Dobry smutek nie jest zły.

 

 

 

rozmowa

 

tak naprawdę nie wiemy ile potrafimy znieść, dopóki to nie przyjdzie

– powiedział jej

gdy zaczęła nieśmiało

o mężu

zdradzie

i zaczynaniu od nowa

 

montował jej nowe drzwiczki

do nowej szafki

w nowej łazience

nowego mieszkania

gdzie zaczynała zupełnie nowe życie

tak

– odpowiedziała powoli i z wahaniem

bo musiała zmierzyć się

z tą nową myślą

jak ze smokiem

który nagle wyszedł z pieczary

nigdy nie czuła się silna

a jednak daje radę

uśmiecha się

rozmawia

pracuje

załatwia sprawy

co dzień wstaje rano

 

tylko ten smutek

na samym dnie

obu jezior szarych oczu

tylko to

nic więcej

 

on wiedział co mówi

nie wyczytał tego w książce

parę lat temu

była taka noc

wyrok śmierci

rak

zaawansowane stadium

bezsilność na twarzy lekarza

zapłakana żona

czworo małych dzieci

walka na śmierć i życie

coś o tym słyszała

mogła mu zaufać

znał drogę przez ciemność

 

tak naprawdę nie wiemy na ile nas stać

– powtarza znowu

i prostuje się

skończone

– dodaje

patrząc na gotową szafkę

pięknie

– cieszy się ona

 

 

po balu

 

– Ja bym tak nie mógł – komentuje Miś.

Hania śmieje się przy stole. Balowała na studniówce do 6 rano, a teraz jest 11-ta, a ona wyspana, ubrana, radosna opowiada zebranej rodzince co jedli, jak tańczyli i kto jak był ubrany.

– Tylko parę pęcherzy mam na nogach. – mówi.

– Jak było? – pytamy.

– Za krótko – śmieje się ona.

– Ludzie, ja bym spał przez kolejny dzień – znowu wtrąca tata.

– No, co chcesz – młodość – uświadamia mu Alusia – Ty już się szykuj na wesele Julki.

– Tak, ty najlepiej cały dzień przed weselem prześpij – śmieję się.

– Na zapas się nie wyśpisz. – kwituje Miś.

Tak to minęła kolejna studniówka w naszej rodzince. Kolejny kamień milowy, kolejny etap.

Z Alusią rozmawiamy już o tym, co po skończonych studiach. O pracy, ewentualnym otwarciu gabinetu, w czym chciałaby się specjalizować, nowej stancji, kupnie auta dla niej itd.

Adaś nie przyjeżdża już kolejny tydzień, zawalony rysowaniem projektów. Czasem tylko wyśle jakieś zdjęcie kolejnego rozrysu i parę słów.

Za chwilę Nusia wyfrunie i pójdzie na wymarzone studia, a ich profil ostatnio zmienił się o 180 stopni:) Ale o tym jeszcze napiszę osobno.

Nie wierzę w to, co piszę, ale takich właśnie chwil, rozmów, decyzji dożyliśmy. Wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Nagle dzieci są dorosłe. Patrzysz jak rozwijają zupełnie już opierzone skrzydła. I jesteś z nich dumny i jednocześnie zdumiony, że to już, że tak szybko.

Mgnienie oka.

– Zobacz – pokazuję mężowi jedno ze zdjęć, które zrobiłam Nusi zanim wyjechała na bal – zobacz jaka ona jest tu do mnie podobna. Gdybym miała ciemne włosy, to wypisz wymaluj ja. Nigdy tego nie widziałam.

W tafli lustra odbija się szczupła twarz o ciemnych oczach, delikatny koci uśmiech igra na ustach, proste czarne włosy spływają kaskadą za plecy. I to coś w oczach, w przechyleniu głowy.

Aż oniemiałam widząc to zdjęcie. Jakby czas zatoczył koło i nagle się zamknął. Zostaje po mnie ktoś taki sam i jednocześnie tak inny.

Nawet gdy odejdę, zostanę w ich rysach, w ich pasjach, sposobie mówienia, gestach dłoni, przekonaniach, melodii głosu, sposobie ubierania, uśmiechu.

Będę podwójnie nieśmiertelna:)

 

co czyni wiosnę?

 

– Czy ja dzisiaj widziałem bociana? – Miś zadaje nam zagadkę. Właśnie wszystkie trzy szorujemy na dobranoc zęby w łazience, więc kontekst jest nieco zaskakujący:)

Przerywam szorowanie, bo przez to niedosłyszę i wydaje mi się, że mam omamy sluchowe.

– Bociana? – upewniam się – Zimą?

– Tak. – odpowiada mężulek – No bo wiozłem was dzisiaj rano do szkoły? – zadaje córkom pomocnicze pytanie.

Obie kiwają głowami na znak zgody.

– No i leciał bocian. Jak wyjeżdżaliśmy z bramy. Nisko. Miał duże skrzydła – uszczegóławia bajkę, szukając potwierdzenia faktów w oczach szorującej zęby publiki.

Ale publika milczy. Nie potwierdza zeznań.

– Zwidy miałeś. Bocian nie wróciłby tak szybko i nie latałby w śniegu. Może to łabędź. Czasami zostają na zimę.

– Nie – upiera się bajarz i szuka zdjęć w Internecie – miał duże czarne skrzydła.

– Bocian?

– No nie wiem. Może nie bocian. Szybował w powietrzu.

– To może szybowiec – śmieję się.

– Nie. Dzioba nie pamiętam, ale był duży i miał czarne skrzydła. Dzwoń do Maxa!

– Nie! Wiesz, że Max nie lubi takich pytań – stanowczo się sprzeciwiam angażowaniu mego brata w ornitologiczne rebusy dwie godziny przed pólnocą.

* * *

Więc widzicie. Śnieg na zewnątrz, wszystko skute lodem, wiatr mroźny, a u nas bociany czy też inne ptaki już szybują.

Może jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale jeden bocian i to z czarnymi skrzydłami to już zupełnie coś innego 🙂

Spodziewajmy się więc cieplejszych dni lada moment.

Zakładam więc następnego dnia do pracy różową spódniczkę i sweterek w pastelowe kwiaty.

– Rut, jak ty pięknie wyglądasz! – wykrzykują wszyscy.

– Mój mąż widział wczoraj bociana, więc wiosna tuż tuż i postanowiłam to uczcić – śmieję się.

I od razu wszystkim poprawia się humor.

Bo niestraszna nam zima zza okna, póki po świecie szybują bociany, w szafie wiszą różowe sukienki, a na ustach nosimy uśmiech:)

 

Historynka

 

I znowu siedzę i czytam. Gardło chrypi, więc w pogotowiu trzymam kubek z herbatką o nazwie „grzane wino”. Jeden z prezentów na urodziny.

Reszta towarzystwa leży na kanapie obok i raz po raz zwija się ze śmiechu. Gdyby ktoś zajrzał tak przez okno do środka i zobaczył jak wszyscy w konwulsjach taczają się po wielkiej rozłożonej kanapie, byłby zaniepokojny stanem zdrowia naszej rodziny:)

Bo oto znowu wyjęliśmy z półki naszą „Historynkę” i przypominamy sobie stare dzieje i perypetie naszej rodzinki.

– Jak to dobrze, że to zapisałaś – mówi mąż jeszcze rano, gdy do porannej kawy przeczytałam mu parę pikantnych kawałków o małej Lalci i jej wyczynach.

– Nigdy byśmy tego nie zapamiętali, gdybyś nie spisała.

Tak.

Ile takich historii, pięknych, śmiesznych, wzruszających, ciekawych zapada się w odmętach naszej krótkiej ludzkiej pamięci. To tak jakby znikały całe olbrzymie światy, planety, księżyce, galaktyki, gwiazdy. Niepowetowanie i na zawsze.

Jak cudownie jest móc zapisać, utrwalić, a potem odwiedzić jeszcze raz i jeszcze raz swoją własną przeszłość, pospacerować po niej z mężem i dziećmi, podzielić się nią z najbliższymi, razem pochichotać lub zadumać się nad obfitością życia.

Od tomu trzeciego „Historynki” minęło już trochę czasu, więc w czasie nadchodzących ferii postanowiłam popracować nad kolejnym tomem. Nie mogłam się jednak powstrzymać i już zrobiłam pierwszy zarys.

A ferie zaczynają się u nas dopiero jutro:)

– Szybka jesteś – powtarza mi zawsze mąż.

Tak

Jak się do czegoś zapalę, albo coś zaplanuję, chcę to zrobić w mgnieniu oka. Taka już jestem:)

 

 

 

przebudzenie motyla:)

 

– Nie wiem co się ze mną stało  – mówi zaskoczona Laurka, buszując w sklepowych alejkach wypełnionych domowymi gadżetami – Ale ostatnio zaczęły mnie interesować wazoniki, świeczki, poduszki… – wymienia na jednym oddechu.

– Nic się nie stało – śmieję się – jesteś kobietą.

Tak, ostatnio widać to coraz wyraźniej. Zaczęła zakładać inne kolory niż czarny, błyszczące kolczyki, coraz częściej odwiedza drogerie, kupuje tusze, mgiełki, rozjaśniacze, pilingi, a ostatnio po zakupach z tatą poskarżyła się:

– Takie były piękne kwiaty, a tata mi nie kupił.

– Bo jest mróz na dworze, kwiaty by zmarzły – przechodzi od razu do obrony oskarżony.

Zmarszczyłam tylko brwi.

I już dziś jadą po te kwiaty:) Mimo mrozu;)

 

 

zima

 

Kto powiedział, że zima jest nudna, chyba stracił wzrok, słuch i inne zmysły:)

Gdy wracam z pracy, sunąc zaśnieżoną wiejską drogą, śnieg w zagłębieniach jest delikatnie lawendowy. Namyślam się jakie farby musiałabym wymieszać, by uzyskać ten piękny odcień.

Woda miarowo jak zegar kapie z długiego sopla wiszącego u nosa rynny. Zaświergocze nagle, króciutko sikorka. Śnieg skrzy się od słońca jak rozsypany brokat. Mróz szczypie po palcach ukradkiem, gdy robię zdjęcia ośnieżonej gałęzi. Dzięki podszewce z bieli, las nagle robi się przejrzysty i przestronny jak jasny salon. Zatracają się w nim niepokojące cienie i gubią gdzieś nieprzeniknione zakątki. Teraz jest przyjazny i otwarty dla oczu. Nic a nic niestraszny.

Z dachu zjeżdżają lawiny. Zaczyna się od jęzora, który nawisa nad rynną, a potem wszystko spada z głuchym plaśnięciem. Czasem coś strzeli gdzieś daleko i boleśnie. To gałęzie starych jabłoni i sosen pod naporem mokrego śniegu łamią się i odpadają.

Na białych odsłoniętych połaciach można tropić ślady tych, co to tu byli, gdy nas nie było. Przecinają się tropy i ścieżki małych i dużych gości. Tu ptaszek, tam zając, jaszczurka lub mysz, kot, sarna i ktoś jeszcze, z pazurami …

Tyle domysłów snuje się wtedy po głowie.

Kto nas odwiedza w nocy i gdy dom stoi pusty?

*  *  *

Każda śnieżyca zaczyna się od pierwszego okruszka. Spada on nagle, niedbale wirując, jakby się namyślał, gdzie możnaby przysiąść na ziemi. Patrzę na niego i uśmiecham się.

– Pada śnieg!!! – oznajmiam rodzinie gromko.

Potem pojawia się drugi, podobnie niezdecydowany. I za chwilę już sypie. Najpierw bardzo drobniutko, potem płatki przypominają już duże pióra.

Najpiękniej wirują wkoło zielonej czupryny sosny, która rośnie na samym środku podwórka i w świetle ulicznej latarni – z drugiej strony domu. Gdy jest ciemno, tylko tam, w trójkącie światła spływającego z góry, można poznać czy pada śnieg czy już przestał. Stoję czasem w nocy i patrzę. I jakaś niesamowita cisza i pokój pokrywają serce wraz z kolejnym centymetrem śniegu osypującym się na świat.

Czasem, zanim jeszcze zacznie padać, czuję już zbliżającą się śnieżycę w głowie. Myśli spowija jakiś ciepły kokon, zawijam się w koc, a gdy budzę się po chwili, za oknem wszystko wiruje.

*  *  *

Lubię zimę i nie przyłączam się prawie nigdy do chórku biadającego, że ślisko, zimno, mokro i szaro, że ciężko chodzić, jeździć i żyć.

Jeśli nie potrafi się docenić zimy, nie będzie się też umiało ucieszyć szczerze z wiosny, czy lata.

Wszystko jest darem, łatwiej lub mniej dostrzeganym, lecz darem.

Wszystko i wszyscy, którzy pojawiają się na naszej drodze.

Choć z tymi wszystkimi jeszcze mi tak dobrze nie idzie jak z „wszystkim” 🙂

Pewnie dlatego wciąż jeszcze tu jestem.

Żeby poćwiczyć:)

 

 

 

 

pół wieku

 

Czy też to zauważyliście?

Że najwięcej dostajesz, gdy nie liczysz na wiele lub nie spodziewasz niczego:)

Nigdy nie sądziłam, że dożyję pięćdziesięciu lat, a oto proszę:) I nie spodziewałam się tak szczęśliwego życia, a oto jest takie, że nawet najpiękniejsze sny nie bywają tak piękne.

I nie liczyłam na żaden prezent z tej okazji, a morze prezentów zalewa mnie potężną falą od trzech dni. I potoki miłych, dobrych słów wydobywanych z samego dna serca.

Jak dobrze mieć tak wielu dobrych, życzliwych ludzi wokół, którzy otaczają się ciasnym wianuszkiem w dni smutne i radosne. Którzy umieją płakać, gdy ty płaczesz i śmiać się razem z tobą. Powiedzieć cicho do ucha: „Dobrze, że jesteś”.

Dziękuję za Was. Tych, których już znam i tych, którzy jeszcze nie dali mi się poznać. Za Was wszystkich, bo wiem jakimi ciepłymi myślami mnie otaczacie. To się czuje. Płynące ku mnie błogoslawieństwa i modlitwy otulające jak pled nawet w najciemniejsze noce.

Jeśli żyję i jestem szczęsliwa, to tylko dzięki Bogu i dobrym ludziom.

Wśród wielu prezentów otrzymałam ikonę o tytule: „Młodzieńcy w piecu ognistym”.

I pomyślałam, patrząc na nią:

 

doszłam do tego dnia

brodząc stopami

w ogniu i zielonych trawach

nic mi nie zostało oszczędzone

ani nic poskąpione…

 

To było życie w całej pełni, w pełnej skali muzycznej, w całej palecie barw, od A do Z.

I – w zasadzie – mogłabym już odejść, postawić kropkę na końcu zdania.

Ale skoro się dziś znowu obudziłam, widocznie plan jest zupelnie inny:) I jestem go niezmiernie ciekawa i gotowa do dalszej drogi.

Wiem, że nic mi nie zostanie oszczędzone, ani nic poskąpione, nasypią mi pełną miarę w zanadrze.

Przede mną na stoliku nowy obrus wyszywany w lawendy ( wciąż myślę o przygodzie z lawendą:), na nim tomiszcze wierszy Miłosza ( może znowu zacznę pisać wiersze:) i butelka z bialym pół-słodkim winem ( takim w sam raz:)

Jestem wdzięczna, że jestem🌸

Niewysłowienie wdzięczna.