polszczyzna

Wakacje.
Zaczęły się wędrówki ludów.

Od sms-ów więdną linie. Ustalenia telefoniczne i przez komuniktory. Jakby się tu wstrzelić w termin? Kto? Kiedy? Gdzie przenocować? Ala i Nusia na harcerskich obozach. Wracają w połowie miesiąca. W międzyczasie odwiedzić dziadków choć na 3 dni, w jakiś weekend wyrwać się do Kurek do stolicy? Tylko w który weekend? A przecież do Maxa nad morze się wybieramy, w końcu jego świeżo-nabyte mieszkanie obejrzymy. Ewa przyjedzie. Kawusiowa w sierpniu. Monia pisze w nocy: „Przyjedź jutro”. Wróciła z tygodniowych wakacji w Egipcie, z których gro czasu spędziła w wc. Mimo bimbru swojaka, który przemyciła jako lekarstwo:)
Kora pakuje pudła i wysyła do domu kurierem. Rzuca pracę i wyjeżdża na kilka miesięcy do Ameryki Południowej. Po co? – nikt nie wie. Im niebezpieczniejszy rejon świata, tym bardziej ją tam ciągnie. Zanim jednak wyruszy, przyjedzie do nas na chwilę. Z dronem pod pachą, którym filmuje nasze siedlisko i okoliczne pola i lasy.
Rwą się linie.
– Nie, jednak teraz nie mogę przyjechać.
– Może w następny weekend.
– 13tego nam bardzo pasuje.
– Jakoś to dogramy.

Nawet szkoda w kalendarz zapisywać, bo sytuacja z minuty na minutę się zmienia i jak koń dziki ponosi w inną stronę.
Przyjeżdża Amelka z rodziną. Dzieciaki biegają. Kawkę na patio pijemy. Late – nasza kotka śpi przy nogach.

– Ej – budzę dziś rano mego męża nagle olśniona – A kim jest dla ciebie Robi?
Robi to mąż Amelii – rudy, brodaty, do wikinga podobny.
– Nooo – przeciąga się mężulek – Szwagrem? – pyta.
– Nie. Nie może być szwagrem. Szwagrem jest dla ciebie mój brat, Max na przykład. Robi nie może być szwagrem – drążę bez miłosierdzia przed siódmą rano.
Mąż opiera się na łokciu i sięga po komórkę. Stary niezawodny dziadek Internet.
– Wpisz tak – podpowiadam – „Kim są dla siebie mężowie sióstr?”
Wyszukiwanie trwa trochę, ale…

– Mam!!! – krzyczy Miś i nagle wybucha śmiechem – Nigdy nie zgadniesz.
– Daj, pokaż. – proszę.
– Mąż szwagierki to : PASZENOG!!!
– Nie żartuj. – wyciągam rękę po komórkę.
– Tak. Zapożyczenie z języka awarskiego.

Chichoczemy oboje..
– Ty i Robi jesteście PASZENOGAMI. Od dzisiaj tak do siebie mówicie: „drogi paszenogu”.

– Słuchaj – przerywa – A żona brata męża to JĄTREW.

– Czyli Basia jest dla mnie jątrwą. A może jątrewą? Wiesz: to brzmi jak nazwy tych dzikich stworzeń, które zabija Wiedźmin. Paszenog i Jątrew.

Akurat jestem na bieżąco , bo po latach odświeżam sobie lekturę Sapkowskiego.

I tak to letnim porankiem znów przekonaliśmy się, że podróże kształcą. Nawet te, których jeszcze na dobre nie zaczęliśmy.

Ba, nawet takie, które za nas zaczęli inni.

Wystarczy jedna kawa wypita na tarasie z paszenogiem:)

w poszukiwaniu szafirów

„Zobacz. Znalazłam patery Babci Niebieskiej” – piszę do Anett – „Piękne jak klejnoty. Jakby kawałki witraża wypadły Bogu z nieba”.

„Mam drobiazgi, które do nich pasują” – odpisuje przyjaciółka – „Znalazłam je dziś na wystawce przy śmietniku”

I do tego wszystkiego motyl, który fruwa codziennie wokół naszego domu.
– Mamo, mamo – krzyczy Lalcia – poleciał na górę, idę go złapać!!!

Niestety skrzydełko ucierpiało podczas gonitwy:)

Gdy na niego spojrzysz z jednej strony, wydaje się niepozorny, brązowo-beżowy. Lecz gdy popatrzysz pod odpowiednim kątem i czasem jeszcze zmrużysz oczy, dostrzeżesz cud zmiany koloru na zupełnie nieziemski.

I trzykrotka wirginijska…

Jej kolor wydaje się być żywy, oddychać, płonąć. Wpatruję się jak zauroczona w jej trójpłatkowe kwiaty.
– To niemożliwe, by ten kolor mógł być piękniejszy w niebie – mówię mężowi podczas popołudniowej przechadzki.

A to bratek, który sam się wysiał u podnóża naszego tarasu. Szafir pomiędzy betonowymi płytami. Żyjący dowód na to, że można rosnąć i kwitnąć wbrew przeciwnościom losu.

I Matka nad tym wszystkim. Też szafirowa.

Każdego szafirowego ranka recytuję cicho starą pieśń: „Witaj Gwiazdo Morza, wielka Matko Boga, Panno zawsze czysta, bramo niebios błoga…”

Bo przecież każdego ranka wypływam w szafirowy rejs.

A Ona się uśmiecha spod leszczynowego krzewu do mojej kruchej łódki.

głębia niewiedzy

Umiem odróżnić dudka po głosie
Kowalika po sposobie schodzenia po drzewie
Wyczuć chorobę krzewu w innym odcieniu liści
Przewidzieć pojawienie się tęczy
Rozpoznać gatunki wielu roślin po pierwszym kiełku na wiosnę
Infekcję dziecka po jego zachowaniu
Własną alergię na mandarynki
Rozpoznaję wrzątek po bulgotaniu czajnika
Dobrą książkę po tekście z samego jej środka, bo początek i koniec zawsze się retuszuje i dopieszcza
Rozróżniam tysiące zapachów: kwiatów, trawy, deszczu, ziemi, sosen, piołunu, octu, miodu, mojego męża…

Umiem też odróżnić obłudę spływającą po twarzy w anielskim uśmiechu
Ból czający się w oczach i wołający o ratunek, choć usta się śmieją
Zalążki karierowicza bez skrupułów w 12-letnim dziecku
Nieszczerość, która plącze się w falbanach tłumaczeń
Zazdrość zieloną na twarzy
Umiem przewidzieć kiełkującą świętość
Wyłuskać orzech mądrości z twardej skorupy zdarzeń
Dostrzec proroka i mędrca w plew stercie
Łowić drobne gesty czułości i żywić się nimi długo
Odróżnić zwykłą ułomność od zła z premedytacją
I synogarlicę po białym sierpie na szyi
….
Tyle rzeczy wiem , tyle umiem, tyle odgadłam, nauczyłam się, przeczułam. Tyle się dowiem jeszcze nim dojdę do horyzontu.

Sama dla siebie jestem jedną z największych tajemnic i nie potrafię powiedzieć jak się zakończy moja historia.

Kojąca jest myśl, że Ktoś ZNA.
Że Ktoś WIE.
Przenika do głębi każdy nurt.
Zna liczbę gwiazd na niebie i włosów na mojej głowie.

przed

Czasem czuję bunt.
– Chciałabym choć raz na kilka lat wmieszać się w tłum i być zwykłym wiernym, który idzie za monstrancją, może niezauważenie zapłakać ze wzruszenia, pomodlić się w skupieniu… – skarżę się mężowi, zakładając sandały na nogi.

Tak. Buty muszą być wygodne jeśli część trasy procesji musisz przejść tyłem.

Moja koleżanka zakonnica sypie kwiatki z gromadką białych jak puch dmuchawca dziewczynek. Też idzie tyłem.
„ Święty, święty, święty… – recytuje monotonnie, nadając tempo. Kolega ksiądz biegnie w poszumie długiej alby zapalić świece na kolejnym z ołtarzy. Chórzystki w czarnych sukienkach suną rządkiem za nim. Zanim nadejdzie On, trzeba szyk uformować i pieśń zacząć. Kościelny poprawia przechylone kwiaty w wazonie, które wiatr potargał.
Trzeba poduszek przypilnować, szarfy rozplątywać, szyk uformować i tempo dostosować.
Wszystko musi być jak trzeba, bo Król idzie.

Jestem wśród nich.
Wśród tych sług, którzy jako porządkowi i funkcyjni podążają przed Jezusem. Którzy nie mają czasu na rozważania dogłębne, zamyślenia ani łzy.
I czasem czuję bunt, bo chciałabym „pójść za Nim” – dosłownie.
Kilka razy tylko uchwyciłam wczoraj Jego spojrzenie ponad główkami w białych wiankach, spoza opadającego kolorowego konfetti płatków kwiatów, w furkocie wstążek, łopocie skrzydeł sztandarów.
– Umiłowany mój – poskarżyłam się cicho.

Bo taki smutek mnie ogarnął, że nie idę za Nim, że moje myśli nie zanurzone w Nim, lecz pogrążone w prozie banalnych spraw.
„Chłopcy, trochę na prawo”,
„Uważajcie, bo rozerwiecie różaniec”,
„ Agniesia, dasz radę z tą poduszką”,
„Może teraz ktoś inny poniesie”,
„Odwróćcie się do ołtarza”,
„Zatrzymajcie się, bo się rozłączyliśmy”.

I wtedy naraz ujrzałam jego uczniów. Wtedy, gdy głosił tłumom naukę, gdy leczył chorych i karmił na pustkowiach. Wszyscy zasłuchani, przejęci, na Nim skoncentrowani. A uczniowie?
Zajęci ustawianiem kolejki do Mistrza, rozsadzaniem ludzi w gromady, szukaniem chlebów i rybek, chronieniem Go przed ściskiem, tłumaczeniem ludziom, że jest zmęczony, rozsyłaniem ich do domów, szykowaniem noclegu. I tylko czasem, jak ja, na ułamek sekundy złowili Jego wzrok ponad głowami , szepnęli : „Mistrzu” i pobiegli dalej dbać o prozę życia. Jego prozę życia. Bo On też ją miał.
Wczoraj dał mi zrozumieć, że czasem „Idź za Mną” oznacza „idź przede Mną” , a w jednym spojrzeniu można zmieścić więcej miłości niż w tysiącu słów nabożnych.
Chcesz mnie tu, więc jestem Miły.
Przed.
Ogołocona ze wzruszeń, bycia sam na sam z Tobą, jednej łzy, chwili ciszy, oddechu.

szklanka ochłody

Płatki śniegu opadają powoli. Jakby z głębokim namysłem. Wahają się czy dotknąć ziemi czy rozpłynąć w locie.

Wracam autem do domu wśród zimowej ciemności. Ciemność jest w zasadzie pewnym rodzajem luksusu dla umysłu. Bo w ciemności nie widać jakim lodem pokryta jest droga przede mną. To się ujawnia dopiero w blasku przydrożnych lamp. Gdy zbliżam się do światła, widzę po jak niebezpiecznej ścieżce się poruszam i… zdejmuję nieco nogę z gazu.
Tak. Ciemność to luksus. Możesz wtedy brnąć jak dziecko w wyjaśnienia: nie widziałem, nie wiedziałem, nie miałem pojęcia.
Innym rodzajem luksusu dla umysłu jest beton. Możesz wtedy siedzieć niewzruszenie w twardym bunkrze swoich twierdzeń. Nieporuszony poruszyciel w betonowej puszce. Zupełnie nieprzepuszczalny dla światła z zewnątrz. Zaimpregnowany na cokolwiek innego oprócz tego, co już wiesz. Nic poza tym co wiesz, nie istnieje i nie ma prawa istnieć.
Światło wymaga bycia odpowiedzialnym. Może dlatego czasami tak uporczywie unikamy światła.
Odgradzamy się, bronimy przed nim.

Jadę więc ostrożnie, choć lęk już nieco oswoiłam, co dzień przemierzając tę samą lodową trasę.
Nie do końca mamy wybór którędy możemy pojechać.
Ja wyboru nie mam. By dotrzeć do bezpiecznej krajowej, muszę przebić się przez dwa kilometry śniegu, lodu, zasp i kolein.
By dotrzeć do domu, muszę zrobić to samo.
Tu nikt nie posypuje drogi solą dla ułatwienia, z rzadka pług przejeżdża, a wiatr od pól bawi się zaspami jak mu fantazja dyktuje.
A jednak kocham tę drogę.
Las jak z brabanckiej koronki mroźnym rankiem, rozległe połacie pól, które w blasku słońca zdają się być posypane brokatem, jastrzębia obserwującego swoje włości z wysokości przydrożnego krzyża, furkoczącą oderwaną wstążkę przy innym krzyżu, czerwone lampki lisich oczu migoczące w mroku, stadko saren poetycko upozowane na horyzoncie.

Lubię nawet ten lód pod kołami. Nieprawdopodobieństwo przejechania po nim bezpiecznie i poczucie zwycięstwa nad żywiołem, gdy skręcam już w bramę.
Dom żarzy się na śniegu jak kwiat paproci. Łasi się do mnie blaskiem okien i czerwonych lampek wciąż uwieszonych świąteczną girlandą.
Jest jak rozpalone ognisko wśród białej zawiei i czarnej nocy.
Za chwilę tam wejdę i od progu zostanę okryta muzyką, głosami kochanych osób. Wciągnie mnie do środka zapach obiadu i świeżego prania. Otuli ciepło i światło .
Porzucę ciężką torbę pod stołem, zdejmę mokre trzewiki, rozplączę szalik i kilka natrętnych myśli za jednym zamachem.
I już jestem w domu.
Inną zupełnie Rut niż ta, która błąka się po tym świecie, czasem skutym lodem.

Chłodniej, prawda?
Czasem to pomaga: wziąć szklankę wody z lodem, zamknąć oczy i zapatrzeć się wstecz, w miniony zimowy wieczór.

nasiona tajemnicy

– Co posiałaś tam między tymi patyczkami pod czereśnią? – pyta zaciekawiony mąż.
Robię zakłopotaną minę, jedną z arsenału tych min dziecka, które coś przeskrobało.
– No właśnie… – zaczynam – Jakieś kwiaty, ale nie pamiętam jakie. Posiałam, a torebkę wyrzuciłam chyba.
– Oj wiewiórko, wiewiórko – śmieje się mąż – Jesteś jak wiewiórka, która coś zagrzebie w ziemi, a potem nie pamięta ani co ani gdzie.
– No ale zobacz: nie pamiętałam, że tu coś posadziłam – pokazuję miejsce przy pniu jabłonki – a teraz wyrosły te liliowe chabry. Dobrze, że ich nie wykosiłeś.
– Miałaś szczęście, bo były za blisko drzewa żeby podjechać tu kosiarką.
Takie mniej więcej rozmowy toczą się na naszym podwórku raz po raz.

Dziś znowu zagrzebałam nasionka nasturcji pod kilkoma drzewami . I pewnie za kilka dni o nich zapomnę. Aż pewnego dnia zaskoczona krzyknę: „Zobaczcie!!! Nasturcje!!!”

Może warto zaskakiwać samego siebie.
Samemu sobie robić niespodzianki.
Może warto czasem coś zapomnieć, by pewnego dnia odkryć to na nowo. To same, a jednak inne.
Książkę. Stary list od przyjaciela. Pocztówkę z dzieciństwa. Zasuszony liść nabrzmiały od wspomnień. Pukiel włosów dziecka. Własny rysunek sprzed miliona lat. Notatkę na marginesie książki, która jest jak podróż w głąb siebie.

Moja mama porządkuje strych naszego rodzinnego domu.
Królestwo rzeczy zgubionych i zapomnianych.
– Znalazłam moją starą sukienkę sylwestrową – mówi z rozmarzeniem.
– Tę chabrową, z której wycięłam kiedyś kwadrat na sukienkę dla lalki? – pytam podekscytowana.
– Znalazłam jesionkę taty – mówi dnia następnego – Aż się rozpłakałam.
Pamiętam tę jesionkę. W czasach kryzysu, gdy nie miałam kurtki na zimę, znalazłam ją i nosiłam razem z białym szalem, lansując nową modę w szkole.
– Znalazłam beciki, w których was chrzciliśmy… wasze zeszyty szkolne… sukienkę szytą u sąsiadki krawcowej…
– Mamo – krzyczy najstarsza z moich córek – Ja ją przerobię i będę nosiła. Jest bardzo ładna.

Urok rzeczy ukrytych, zapomnianych i odnalezionych na nowo.
Urok kwiatów posianych i zaskakujących pewnego dnia.
Urok myśli odłożonych na bok na jakiś czas i nagle rozbłyskujących jasnym płomieniem w głowie.
Urok tajemnicy.

Jej nasiona rozsiane w życiu.

głos wołającego…

Słoneczne niedzielne popołudnie. Na mszy na szesnastą jest nieco mniej ludzi niż na inne msze. Jest ciszej, bardziej kameralnie , a przez ludzkie głosy przebija modlitwa gołębi gruchających na dachu kościoła.
Rzadko bywam na tej popołudniowej mszy, ale tym razem tak się złożyło.

Kiedy widzę wysokiego brodacza wychodzącego do ołtarza, moje serce przechodzi od razu w stan gotowości.
Brodacz jest księdzem z bardzo krótkim stażem i można by go nazwać nieopierzonym gołowąsem, gdyby nie wzmiankowana wyżej bujna i czarna broda. Gdy czyta, nieznośnie przekręca słowa, co wyraźnie wskazuje na jakiś rodzaj dysleksji. Śmiejemy się czasem z mężem, że błędy ortograficzne widać nawet w mowie:) Podczas nowenny do Matki Bożej zdarza mu się nazwać „niezrównaną miłość macierzyńską” miłością niezrównoważoną:) Brodacz jest widać również żartownisiem, bo gdy tylko nadarzy się jakakolwiek okazja, chochliki śmiechu przemykają mu w czarnych oczach, a usta konwulsyjnie drżą za sumiastym wąsem.
Lecz gdyby tylko poprzestać na tych obserwacjach, można by się bardzo pomylić.
Bo oto nagle brodaty młody ksiądz staje za amboną, przez chwilę milczy jak pływak przed skoczeniem do wody. Wypowiada pierwsze słowo… I nagle…
Nie ma już młodego chłopaka. Nie ma dyslektyka. Nie ma żartownisia. Ani niezgrabnego dryblasa.
Jest prorok.
Nie mniejszy i nie mniej gromowładny niż Mojżesz, Eliasz, Jeremiasz…

Jego słowa jak taran rozbijają zakrzepłe serca, ułudę naszych sądów, pozory naszych póz, pokrętność słów, fasady myśli, śmieszności planów, niskość marzeń. Podnoszą nas na skrzydłach i koją jak studzienna woda spierzchnięte wargi.
Pod sklepieniem kościoła zalega ogromna cisza. Nikt nie pokasłuje, nikt nie szepcze, nikt nie szura nogami, nie dzwoni breloczkiem. Zdaje się jakby nikt nie oddychał.

Siedzę w oniemiałym tłumie otwarta na ciosy jego słów, które równie mocno bolą jak i leczą.
Są jak chirurgiczny skalpel. Precyzyjne, głębokie cięcia. Operacja na otwartym sercu.
Siedzę wgnieciona w dębową ławkę, wbita w nią prawdą o sobie, którą właśnie usłyszałam.
Siedzę tak jak kiedyś siadywałam przed otwartym na oścież oknem w samym środku szalejącej burzy, pełna grozy i rozkoszy otwarcia na żywioł prawdy.
Albo mnie zabij, albo przemień – modliłam się wtedy. Tak samo proszę teraz.
Wóz albo przewóz. Nie ma półcieni, półprawd, półsłówek, retuszowania.
Prawa czy lewa strona?
TAK czy NIE?

A prorok mówi dalej…
„wobec Dobrego, pełnego Miłości Boga kim jestem jeśli nie zbrodniarzem?”
„i traktuję go jak zwykłego bożka. Widzisz – mówię – odmówiłem tyle i tyle różańców, byłem na pielgrzymce, pościłem. Teraz daj mi czego chcę. Płacę, żądam i wymagam bożku”
„Dlaczego odchodzę od konfesjonału z ulgą, ale bez pokoju. Dlaczego odchodzę z ulgą, ale bez rozgrzeszenia? Odchodzę z ulgą, bo ksiądz nie dopytał mnie o ten grzech nieczystości, nie zapytał co to dokładnie było: czy zdrada, pornografia czy jeszcze jakieś inne świństwo? Nie dopytał co to za grzechy języka: czy obmowa, kłamstwo, czy zniszczyłem komuś życie?”
„Martwię się czasem, że już tyle lat, a ja wciąż nie przynoszę żadnych owoców jak to drzewo z przypowieści. Tyle się modlę, tyle mszy, Komunii, spowiedzi i nic. Ktoś kto zna się na drzewach powiedział mi ostatnio, że drzewo może nie rosnąć i być karłowate i niekształtne nawet kilkanaście lat. Rośnie w cieniu, na dnie lasu. A potem wystarczy, że nagle obok runie inne drzewo, pojawia się smuga światła i w ciągu kliku miesięcy to bezpłodne skarlałe drzewo wyrasta wysoko.”

Wychodzę ze świątyni zlana od stóp do głów.
Prawdą.
Wstrząśnięta.
Prawdą.
Rozdarta.
Prawdą.

utracone źdźbło

Patrzę na mrowisko pod moimi stopami.

Dopiero powstaje. Ruch jak to na wielkiej budowie. Niezliczona masa uwijających się robotników. Akcja rozbita na tysiące kadrów. Rusztowania, ekipy, pojedyncze zmagania, „obsuwy” w planie dnia.

Patrzę na to z perspektywy lotu ptaka. Wszystko mam jak na dłoni.
Nieporuszona nad wielkim poruszeniem. Jedna nad milionami.

Nagle dostrzegam w dużej odległości od mrowiska małą robotnicę. Ciągnie z mozołem źdźbło kilkadziesiąt razy dłuższe i cięższe od niej. Zmaga się z wertepami terenu, z niezliczonymi przeszkodami, na których ładunek się blokuje i zawiesza. Biega wtedy zdesperowana i próbuje uchwycić problem z drugiego końca. Gdy jednak pokona jedną przeszkodę, zaraz pojawia się kolejna, jeszcze większa i trudniejsza do przebrnięcia.
Patrzę na tę szamotaninę z coraz większym współczuciem. Oceniam wzrokiem odległość jaka dzieli mrówkę od celu. Jakieś 50 kilometrów w naszej ludzkiej skali.
W końcu, gdy drobina znów zawiesza się na kolejnym wzgórzu z trawy, nie wytrzymuję. Pochylam się i wyjmuję z jej łapek źdźbło. Przecież wiem doskonale gdzie jest cel. Przekładam ładunek na pagórek budowanego mrowiska. Dla mnie to pestka. Jeden ruch ręką.

Ale mrówka nagle zamiera.
Jest zdezorientowana i zbita z pantałyku. Zastyga w bezruchu i absolutnie na szczęśliwą nie wygląda. Wszak coś wymknęło się jej z rąk. I nie rozumie co się stało ani jaki tego sens.

Zdumiewa mnie ta reakcja.
– No tak – konstatuję po chwili – przecież ona nie wie, że cel został osiągnięty. Dla niej to tragedia – straciła coś cennego. Wyślizgnęło się z łapek. Bezpowrotnie.

Zastanawiam się nad moim życiem i nad wszystkimi tymi chwilami, gdy płakałam i byłam wstrząśnięta, bo coś mi się z rąk wyślizgnęło. I nie wiedziałam co dalej. Wszystkie te przestoje w życiu, kiedy droga zdawała się urywać za zakrętem. Tragedie utraconego czegoś, co wydawało się tak cenne i kluczowe w budowaniu przyszłości.
Nasz pierwszy dom, który zaczęliśmy kiedyś mozolnie budować gdzieś tam za górami za lasami… a potem wszystko z rąk wypadło. W jednej chwili. Ból jak piorun przeszył serce na wylot.
A Tyś wtedy po prostu miłosiernie wziął źdźbło w palce i je przeniósł… bo Ty jeden wiedziałeś gdzie jest cel mojej drogi.
Może w końcu powinnam zrozumieć, że chwile, gdy myślę, że wszystko stracone; są Twoim pochyleniem się z czułością nade mną.
I że, gdy droga znika to dlatego, że zbudowałeś mi lepszy szlak do miejsca, o którym nawet nie marzyłam.

Ps. Ten obrazek narysowany przez moją przyjaciółkę Anett lata temu to moje wyobrażenie nieba. Dać się ponieść tym Rękom. Ponad wszystkimi pagórkami i dolinami. Tam.

mój odcień normalności

Dzwoni mój brat Max.
– Słuchaj, zadam ci dziwne pytanie Rut – zagaja nieco nieśmiało brodacz, doktor ornitologii – czy ty miewasz zaniki pamięci?
– No, jak każdy. Ciągle coś zapominam – odpowiadam rozbawionym tonem.
Ale Max nie daje się tak szybko zbyć. Problem jest wszak poważny. Nasza Babcia Rubaszna była chora na Altzheimera. Jej matka również. Nasz tato zmarł na raka nim można było stwierdzić czy wadliwy gen odziedziczył.
– No bo wiesz – kontynuuje brat – Ja nie pamiętam co jadłem wczoraj na obiad – wyznaje wstydliwie.
– Max, ja też nie pamiętam! – śmieję się – Ba, nawet nie pamiętam czy jadłam dziś obiad.
– No… – przerywa mi tubalny głos w telefonie – Ale normalni ludzie to tak chyba z pięciu dni pamiętają co jedli – rzuca argument koronny.
Wtedy prycham śmiechem na dobre.

A kto powiedział, że jestem normalna?
Czy normalni ludzie szyją wielkanocną kurkę ze szmatek o północy? W łóżku?
Czy normalni ludzie stawiają starą maselnicę w łazience?
Namawiają własne małoletnie dziecko, by pozjeżdżać z górki śniegu zamiast zjeść śniadanie?
Czy normalni modlą się siedząc na starym korycie w środku sadu?
Czy normalni robią „świecę” na środku własnego trawnika?
Wywijają na środku salonu szalone hołubce?
Czy jedzą dżem porzeczkowy z chrzanem?
Czy normalni ludzie o wzroście 182 zgłaszają się do przedstawienia, by zagrać krasnoludka?
Czy rozmawiają z ojcem Badenim biorąc prysznic?
Biegają na bosaka w czasie deszczu?
Albo pielą ogródek z filiżanką kawy w jednej ręce?
Huśtają się na oponie uwieszonej na jabłoni?

Nie. Nie roszczę sobie praw do normalności:)

Zresztą, lubię powiedzonko, które przyniosła kiedyś z wykładu moja siostra Amelia:

„Wszyscy są nienormalni, tylko większość niezdiagnozowana”.

Wykład był na Akademii Medycznej:)

I tego się trzymam, naciągając czapkę krasnoludka na głowę i szykując portki w kratę:)

rozmowa ojca z synem

Siadam na starym betonowym korycie dawno temu pozostawionym w sadzie. Chyba jeszcze mój dziadek je tu umieścił, w czasach, gdy miał stado owiec. Było zdrojem dla nich.
Dziś wrośnięte w zieloną przestrzeń, z kępkami trawy i mchu na dnie jest moim przystankiem w codziennej wędrówce. Siadając na nim czuję się jak biblijne kobiety u studni lub – zależnie od nastroju – jak ta swarliwa baba – żona rybaka z bajki o złotej rybce.
Tak czy owak koryto jest symbolem zdroju, przy którym spotykam Boga albo morałem jak z bajki – „masz tyle, bądź wdzięczna, bo zostanie ci tylko stare koryto” 🙂

Ostatnio moi chłopcy krok po kroku porządkują nieokiełznaną dziką połać sadu. Cywilizują go raz z prawa raz z lewa. Warczą piły, szumi kosa, zgrzytają sekatory, chrzęści kosisko kosiarki i traktorka. Spoceni, podrapani i szczęśliwi, że nadają kształt tej ziemi.
Pewnego dnia doszli do betonowego koryta.
– To drzewo trzeba wyciąć – wskazał mój mąż na starą rosochatą śliwę zwieszającą się ramieniem nad niegdysiejszym zdrojem owiec – Ona i tak już nic nie rodzi.
– Nie, tato – powiedział syn – Zostawmy ją. To miejsce bez niej nie będzie już tak wyglądało.
I stareńkie bezpłodne drzewko ocalało.
Wtulam się w cień jego bezowocności z ufnością. Sama rodzę kwaśne owoce.

Czy takie rozmowy nie rozgrywają się czasami nad naszymi głowami?
O naszej tragicznej bezpłodności i o tym, że świat nie byłby jednak taki piękny beze mnie i bez ciebie. Rozmowy Ojca z Synem. Gospodarza z ogrodnikiem.

„Zostawmy ją. Ten świat bez niej nie będzie wyglądał tak samo.”

Jeszcze rok. Dwa. Pięć…