nie-produktywnie

Marnotrawienie czasu.

By poleżeć przy chorym dziecku, otulić je sobą, swoją obecnością, oddechem własnym owinąć szyję.
Zmarnotrawić czas na modlitwę.
Posłuchać śpiewu ptaków koło siódmej rano.
Poprzedzierać się jak traper przez las i przez gęstwinę własnych myśli.

Porozmawiać z kimś.
Popatrzeć w wygwieżdżone niebo. Zapatrzeć się w jeden wers psalmu. Przeliczyć w nim litery. Zamknąć oczy na słońcu.
Zauważyć biedronkę, która wylądowała na łańcuchu czerwonego różańca .
– Dokładasz mi Zdrowasiek ?– zapytać figlarnie, patrząc w błękit nad sobą.

Pogłaskać łuskę na gałązce sosny, zachwycić się różowymi kwiatami modrzewia, pracą mrówek mrówczą. Nakręcić film jak dzieci puszczają bańki . Zapatrzeć w ogień ogniska wczesnym wieczorem lutowym. Musnąć ustami białe pąki głogu, dotknąć liścia pokrzywy i poczuć pożar rozchodzący się po skórze.

Mieć na to czas.

Nie przyrośnie od tego PKB. Nie zaokrągli się bardziej sumka na koncie. Nikt nie przyzna premii, ani awansem nie doceni za układanie kwiatów w wazonie czy liczenie igieł na sośnie.
Tracić czas, by go odzyskać.
To proste dla dzieci i starców. Trudne i czasem a-wykonalne dla ludzi takich jak my.

Zowią nas czasem „osobnikami w wieku produkcyjnym”.

I może dlatego jesteśmy cieniem własnych marzeń.

przyjaciele

Czasem długo nie piszę.
Wybaczcie.
Toczę ze sobą walkę, dzień po dniu.
Bo słowo jest dla mnie jak magnes, ma nieodparty urok, pulsuje w moich żyłach, uwodzi, szepce nocami…
Ale życie jest tak bogate, bujne… Próbować opisać to wszystko z kunsztem, na jaki zasługuje, zakrawa na szaleństwo lub pychę… Lecz nie napisać nic, byłoby czarną niewdzięcznością.
Między tymi dwoma biegunami upływa czas, gdy nie piszę.

Dziś wygrało we mnie coś, co sprawiło, że włączyłam komputer i dotknęłam gładkiej czarnej czcionki.
Póki jeszcze żyje we mnie wspomnienie minionych kilku dni spędzonych z naszymi przyjaciółmi i całego tego dobra i bogactwa, jakie do nas przywieźli.
Nie można tych chwil nie ocalić od zapomnienia.

Dlatego to zawsze ja biegam z aparatem, robię fotki, kręcę krótkometrażowe filmiki akcji, zapisuję zdania, wrażenia, blaski oczu, cień na twarzy…
Utrwalam, utrwalam , utrwalam w małej ciemni mojego serca. To co ulotne i kruche próbuję przenieść w wieczność.
Niewykonalne zadanie dla małej mrówki, jaką jestem. A jednak…

Cud przyjaciół zasługuje na nawet niezdarną próbę uwiecznienia.

* * *
Patrzę na cienkie palce Ewy. Jak sprawnie kroją marchewkę. Równe pomarańczowe krążki toczą się po desce. Tak samo rytmicznie brzmi nasza ściszona rozmowa. Szykujemy razem zupę krem z warzyw wg św. Hildegardy – pożywną i – co istotne – zdrową. Bo Ewa jest ciężko chora. Może pamiętacie, gdy ponad 2 lata temu prosiłam Was o modlitwę za nią, gdy zdiagnozowano u niej złośliwego raka piersi. Te dwa ostatnie lata to czas walki, zwycięstw i porażek, dobrych i złych wieści, ostatnio gorszych.
Teraz przyjechała z rodziną, by wspólnie świętować z nami naszą 20 rocznicę ślubu.
Kroimy sobie razem te warzywa i rozmawiamy o życiu – o tym, jakie jest piękne i że tak niewiele wiemy o przyszłości. Jesteśmy takie podobne, że aż czasem się z tego śmiejemy, bo już dziwić się przestałyśmy analogiom naszych losów i ścieżek. Antiochia i Aleksandria – mówimy tylko o sobie i uśmiech rozjaśnia nam twarz. Dwa skrzydła wiatru.

* * *
Wczesnym rankiem słyszę szuranie w przedpokoju. Uchylam na chwilę oczy i widzę dziwną postać ubraną w kilka swetrów i kurtkę, z kapturem na głowie i uśmiechem przyklejonym do twarzy. Kocim, jak mój własny. Postać mozoli się wciskając buty. Z racji, że jest godzina 6:30 uznaję, że to po prostu mój kolejny szalony sen i zamykam oczy.
O godzinie 8:30, gdy wstaję na dobre z łóżka ( długi weekend ma swoje prawa:)okazuje się, że dziwna postać siedzi na tarasie i jest to Anett. Wyszła skoro świt żeby poprzechadzać się po moim zaczarowanym sadzie.
– Jeszcze nigdy nie słyszałam żeby tyle różnych rodzajów ptaków śpiewało naraz – opowiada rozpromieniona i pokazuje milion zdjęć, które zrobiła moim ukochanym roślinkom.

Nie wiem jak to możliwe, ale ona zna mnie najlepiej na świecie. Na prezent daje mi porcelanową lalkę z second handu, kilometr starej koronki ecru, kilka coś-jakby serwetek, własnoręcznie namalowany obrazek, sadzonkę jaśminu i materiałowe kwiatki, a moje serce na ten widok eksploduje z radości. Jest jak siostra bliźniaczka, której prawie nic nie trzeba tłumaczyć. Gdy coś strasznie boli, piszę jej po prostu: : „Wiesz”. A ona odpisuje: „Wiem”. I to jest najszczersza prawda.
Gdybym miała ją porównać do czegoś to chyba do wodospadu – wciąż w ruchu, perlistego, z mnóstwem kolorów odbijających się w rozbryzgiwanych kroplach wody, radosnego aż do samej głębi.
A przecież Anett zmaga się z depresją.

* * *
Mąż Ewy robi nam niespodziankę i przywozi organy. Dlatego musieli przyjechać tym większym autem:)
– Ksawery – piszę do przyjaciela księdza – możesz przyjechać?
I Ksawery przekłada wszystko, co może przełożyć w swoim napiętym grafiku i przyjeżdża z dala na jedną małą godzinkę z darem największym, jaki może dać. Z Eucharystią.
Nasz dom na chwilę zamienia się w kościół, rozbrzmiewa liturgicznym śpiewem, chóralną modlitwą i szmerem słów, które mają moc przemieniać chleb i wino. Wraz z mężem wypowiadamy słowa, które 20 lat temu połączyły nas w jedno i dały fundament naszemu domowi. Łzy płyną po policzku. Słodkie łzy radości. Wokół nas ci sami przyjaciele i gromadka naszych dzieci.
I gdy widzę Ciało podobne płatkowi kwiatu w dłoniach Ksawerego, przylatuje do mojej pamięci Andrjusza – przyjaciel, którego z nami nie ma, a który za dwa dni w dalekim Lwowie powie „tak” Bogu i pragnieniu, które tak długo i mozolnie kiełkowało w jego sercu.
Bo z przyjaciółmi jest tak, że nie muszą być na wyciągnięcie ręki, a i tak są blisko.

* * *
Pewnego dnia znika nam mąż Anett. Wszyscy tu co jakiś czas znikają, więc się nie niepokoimy. Rozmowy toczą się soczyście jak jabłka, rozlewa się aromat herbaty koperkowej, którą nałogowo już popijamy, śmiechy dzieci oglądające stare filmiki z ich udziałem unoszą się pod sufitem.
Nagle pojawia się Martin. Cały rozanielony jakby spotkał Anioła.
– Co robiłeś? Gdzie byłeś? – witają go nasze pytania.
– Rąbałem drzewo –mówi łamaną polszczyzną, bo jest rodowitym Czechem – Ale było fajnie!!!
– Byłeś w stodole tyle czasu?
– Tak – odpowiada tonem człowieka, który właśnie spełnił się życiowo.

* * *

Ella przywozi wyciskarkę. Gromadnie jedziemy na targ po owoce i warzywa, a potem siadamy przy wielkim dębowym stole (tym z rysą), który nagle wydaje się taki malutki i wszystko obieramy i kroimy na sok. Soku trzeba zrobić cały gar żeby obdzielić tak liczne towarzystwo.
Zresztą – wszystkiego jest dużo. Ilości wprost hurtowe.
I zupy, i herbaty, i krzeseł z taboretami, które zostały zniesione z całego domu, i mokrych ręczników, koców, kołder, posłań, zdjęć pstrykanych ukradkiem i tych pozowanych na tarasie, prezentów, kwiatów, śmiechu, gwaru rozmów, tupotu stóp na schodach, uścisków, wspomnień, cytatów z książek, muzyki, wypraw samotniczych i towarzyskich do sadu, lasu czy ogrodu, aut na podwórku…
Wszystkiego w bród.

A najwięcej zwykłego ludzkiego ciepła, które otulało serce nawet w chłodne wieczory i rozgrzewało bardziej niż gorąca zupa.
Kiedy o tym piszę, wiem, że to wciąż za mało i nie takimi słowami. Że musiałabym napisać grubą księgę żeby nie zgubić tych dni. Ale nic więcej nie potrafię. Jestem jak źdźbło słomy, które marzy, by spisać historię wszechświata.
I muszę się pogodzić z moją niemocą i z tym, że tak niewiele donoszę w moich dłoniach do końca drogi.

Czasem jednak nawiedza mnie dziwna myśl czy przeczucie, że ktoś to gdzieś wszystko spisuje w języku, który potrafi wyrazić wszystko. I że nic, nawet włos, który spadł przy czesaniu, nie będzie zapomniane.

witraż

Kawałeczki naszej wiosny jak kolorowe szkiełka…

układają się w witraż…

na gładkiej tafli oczu
na światłoczułej soczewce aparatu…

chwile ulotne bardziej niż nasiona osik

nieudolnie próbuję zatrzymać myślą, gestem, słowem

ocalić od zapomnienia mojego mój własny świat.

Gdy zamykam oczy, migają kolorowe szkiełka jak w tej magicznej lunecie, którą miałam jako dziecko.

Wiosna.

rozdarcie serca

Wielki Czwartek.
Gdy suniemy naszym vanem do kościoła, słońce świeci i życie rozgrywa się zwykłą partią szachów. Ludzie jeżdżą na rowerach, młode kobiety prowadzą wózki, dzieci skaczą na trampolinach, dwie sąsiadki rozmawiają oparte o płot,ktoś myje okna, ktoś jeszcze jedzie traktorem na swoje pole, ktoś kosi trawnik, psy ujadają, a pszczoły zajęte są pierwszymi kwiatami.
Tamtego dnia, ponad 2 tysiące lat temu, musiało być podobnie. Przecież nikt nie wiedział, że to czyjaś ostatnia kolacja, ostatnia modlitwa, ostatnie rozmowy.
W kościele tłum gęstnieje w ciszy. Blask jak płynny miód wlewa się przez otwarte drzwi do wnętrza. Wraz z nim wchodzi procesja. Brodaty młody kapłan trzyma wzniesiony wysoko Ewangeliarz. Serce mi drży na myśl, że to być może on będzie dziś mówił.

Nie myliłam się. Po odczytaniu Ewangelii staje w ciszy nad amboną.
Spuszcza oczy jakby wpatrywał się w nurt wody, jakby z niego czytał. Wzroku nie podnosi ani na chwilę, gdy mówi.
Mówi o Judaszu, naszych zdradach…
Przenikliwie i bez znieczulenia rozpruwa szew po szwie splątanie ściegi serca.

Nagle zaczyna opowiadać o pewnym hiszpańskim artyście, który pochwalił się w Internecie, że ponad dwieście razy udawał, że przyjmował Komunię, a potem ją wynosił i konstruował z małych hostii swoje dzieło sztuki. Sprzedał je potem za olbrzymią ilość pieniędzy. Wielokrotnie większą niż 30 srebrników. Sąd uniewinnił go, gdyż nie obchodził się źle z „ białym okrągłym obiektem”.

Tu brodaty młody ksiądz przerywa jakby zachłysnął się wodą. Nagłe milczenie zwabia wszystkie spojrzenia na jego twarz.

Wtedy pojedynczy szloch rozrywa jego pierś. Jeden jedyny szloch. Po męsku za chwilę stłumiony i wtłoczony spowrotem do rozdartego serca.
Po moim policzku potoczyły się łzy. Jak perły z zerwanej nici.
„Tak Cię miłuje” – pomyślałam.

Rzadko płaczę.
On na pewno też.
Jezus tej nocy płakał.

Tak się zaczyna historia tego Triduum.
Obrazem Płaczącego Kapłana.

Życzę Wam wszystkim, by te święta nie były tylko pobożnym wspominaniem, ale „byciem w środku”.
Niech nas rozedrą miłością i przemienią na zawsze.

misterium zmian

Niosę delikatnie za czuprynkę małe stworzenie.
– Misiu!!! – wołam męża zaszytego w stodole.
Zza starych wierzei słuchać regularne stukanie.
Acha – myślę – rąbie drewno na opał. I uśmiecham się do naszego wiejskiego życia.
Stworzenie dynda mi w ręku.
– Misiu, zobacz – pokazuję mężowi – chciałeś dosadzić w sadzie kilka brzóz. Mam tu jedną – prezentuję w półmroku drewnianego budynku – Wyrosła między cegłami na patio.
– Oooo, super!!! – cieszy się mąż – Poczekaj, zaraz posadzimy. Tylko to skończę.
Brzózka jest naprawdę mała, ale pięknie już zazieleniła się w zaciszu patio czyli naszego przydomowego tarasiku, na którym wszyscy czują się zacisznie.

To dokładnie to samo miejsce, gdzie kiedyś była obórka dla byka i dokładnie to samo miejsce, które z przerażeniem omijałam jako dziecko, bo byk nie zachowywał się ani przykładnie ani cicho. Łomotał rogami w drzwi i ryczał tak, że gęsia skórka pojawiała się na myśl co by zrobił z małą dziewczynką, gdyby z zagrody się wydostał.
A dziś stoi tu stolik, leżaki, krzesła ogrodowe. Dziś rosną tu kwiaty w donicach i moje dzieci i brzózki w szczelinach. Dziś tu grillujemy ze znajomymi, czytamy książki, pijemy kawę, Nusia jeździ na deskorolce, Lalcia rysuje kolorową kredą, Ala uczy się do matury, słuchamy muzyki, modlimy się, śmiejemy, jemy obiady.
W najśmielszych snach mi się to nie wyśniło, choć wszyscy, którzy mnie lepiej znają, wiedzą jakie potrafię mieć bujne sny:)

Dziś, gdy siedzę na patio, myślę z wdzięcznością, że nie ma miejsc niezmienialnych, nie ma ciemności tak ciemnej, by nie mogło jej przeniknąć światło, a my powinniśmy pozwolić się zaskakiwać dniowi jutrzejszemu.
Choć wcale nie bezczynnie założywszy ręce dzisiejszego dnia.

Bo przecież ktoś te kwiaty posadził, ktoś obórkę zburzył,taras wylał, ktoś stół ustawił, obiad ugotował, dzieci przyjął z miłością, książki i krzesła kupił…
Nic się samo nie zrobiło.

I paradoksalnie – wszystko to z nieba nam spadło.
Łącznie za małą brzózką, która już rośnie w sadzie i kiedyś – wierzę – zaszumi moim wnukom.

milczenie po dniu

– Po ludzku myślimy dziś, że za wcześnie… – docierają do mnie strzępki kazania.
Tubalny, proroczy głos odbija się od krzyżowego sklepienia kościoła.

Siedzę w tłumie zamyślonych ludzi. Wielu z nich znam dobrze, jeszcze więcej – tylko z widzenia.
Świat małego miasteczka jest swojski i na wskroś przenikalny wzrokiem i słuchem. Znasz tu wszystkich i wszyscy cię znają, znają twoich rodziców, kojarzą dziadków, wszyscy twierdzą zgodnie które rysy twarzy twoje dzieci mają po tobie… Kiedy kichniesz w swoim pokoju, nawet za zasłoniętymi zasłonami, następnego dnia ktoś powie ci: „Na zdrowie”.

A jednak…
Nie wiemy wszystkiego.
Nikt z nas nie przypuszczał przecież, że już nie wyjdzie nigdy na ulicę trzymając za rękę swoją kochaną żonę Agnieszkę.
Nikomu się nie śniło, że nie zatańczy w czerwcu na weselu swojej córki. Goście już zaproszeni.
Nikt nie przewidział, że nie usłyszymy już jego głosu.
No bo po ludzku był zdrowy, pełen sił i nic mu nie dolegało. Pracował, śmiał się, załatwiał wszystko co potrzeba. Następnego dnia jak co dzień miał iść do pracy. Pomyślał, że siądzie jeszcze na chwilę przy komputerze skoro cicho w domu i wszyscy poszli spać.
Nigdy już spać się nie położył.
– Wyglądał na tym fotelu jakby spał. – opowiadała żona, gdy znalazła go rano. Mówiła cicho, stłumionych głosem, oszołomiona tabletkami.
Miał 54 lata i – jak twierdzimy po ludzku – pół życia przed sobą.
Wszyscy skamienieliśmy na wieść o tej śmierci. Agnieszka jest naszą koleżanką z pracy, uczyłam oboje jej dzieci.
– Gdyby chorował – mówimy – można by się oswoić z tą myślą.
– Dlaczego taki młody? – pytamy rozgoryczeni.
– W takim momencie życia? Bez przygotowania?
– Jak sobie poradzi Aga?
Pytania splatają się w gruby warkocz z głuchym milczeniem, bo każda odpowiedź byłaby nieokrzesanym uproszczeniem.
I każdy z nas osobiście musi się zmierzyć z odkryciem, że NIC NIE WIEMY.
Oprócz tego, że każdy dzień może być ostatni. Że nie ma znaczenia ile masz lat, czy chorujesz, jakie stanowiska piastujesz i ile masz planów na przyszłość.

Za każdym dniem zamknij drzwi na klamkę jak się zamyka dom wychodząc.

– Miał tyle lat, co ja – mówi cicho pani Jola.
– Był tylko 9 lat starszy ode mnie – szepczę w odpowiedzi.

Szelest słów opadających jak liście.
Szelest wieńców układanych na grobie.

Zamknij dom na klamkę.
Każdego dnia zrób to, świadomy wagi gestu.

sosny

Jeden z moich różańcowych spacerów.

Lichą furteczką naprędce kiedyś skleconą wychodzę z sadu na drogę i dalej… Zaszywam się coraz bardziej w zieleń pomiędzy młode brzozy, wierzby, osiki i sosny. Mój wzrok ślizga się po gałęziach, zrudziałych zeszłorocznych pióropuszach traw, nieskazitelnym jak szlachetna stal błękicie wiosennego nieba…
W końcu wzrok zniża loty i opada pod trzewiki, w których przemierzam świat.
Zauważam coś, co mnie zdumiewa. Robię szybki skan w głowie. Potem porównuję go z faktem sprzed miesiąca.
„Jak to możliwe?” – myśl jak błyskawica przerywa wartki potok odmawianych „Zdrowaś”
U moich stóp, w twardej, gliniastej ziemi, na poły jeszcze skutej niedawnym mrozem,
wydane na pastwę wiatrów porywczych i nieubłaganego słońca,
walczące o każdą kroplę rosy z innymi roślinami,
rosną pięknie i prężą się kilkucentymetrowe siewki sosen.

Nikt ich tu nie chroni, nikt o nie nie dba, nikt nie osłania przed racicami leśnej zwierzyny, nikt nie podlewa, nie chucha, nie dmucha, nie obraca doniczki do światła…
Pamiętacie?
Miesiąc temu pisałam Wam o sosence, która przypadkiem wyrosła w doniczce obok mojej kamelii. Miała żyzną ziemię, była podlewana, miała ciepło i przytulnie, czasem nawet ją pogłaskałam po igiełkach przypominających piórka koperku. I odwracałam tak, by starsza kamelia nie zabierała jej całego światła.
Mimo to pewnego dnia zwiędła i umarła.
Teraz stoję zdumiona i porównuję te dwa obrazki.

Przychodzą mi na myśl wszystkie te chwile mojego życia kiedy wydawało mi się, że jestem zupełnie sama. Wszystkie te momenty zagubienia i strachu, paniki i łez rozpaczy, cierpienia i poczucia bezsensu. Wszystkie te kawałki życia, dni, tygodnie, lata cierniste i jałowe, wyschnięte jak pustynia, bez cienia ochłody i cienia nadziei. Wszystkie te noce ciemne i mroźne, które wydawały się nie mieć końca i świtu.
Pamiętam wszystko.
W najciemniejsze dni powtarzałam nieustannie słowa Pawła: „nauczyłem się wystarczać sobie w warunkach, w jakich jestem”.
A jednak przeżyłam. Urosłam. Zmężniałam.
Jestem.
Sosny nie rosną w puchu, lecz na jałowej ziemi. Dojrzewają na piaskach i wśród wichrów.
Wielu z nas jest jak one. Niektórzy rosną na wydmach; są tacy, którzy wysiewają się w szczelinę skały; żywioły obnażają im korzenie, wykręcają ramiona wichury. Ale oni trwają.
Ręka, która je chroni jest przemożna, silniejsza od każdej nawałnicy, precyzyjna, szorstka i pełna niezwykłej miłości.
Wie, że drzewo nie jest kamelią i nie będzie rozwijać się w porcelanowej donicy. Nie nauczy go czekania na konewkę z wodą, lecz jak pożywić się najmniejszą kroplą rosy. Jak przeczekać noc, mróz i podnieść się spod kopyt.
Dotrwać do świtu.

Jeśli choć przez chwilę poczuliście się w środku tej historii, wiedzcie, że ta opowieść jest o Was.

pochwała rysy

Na drewnianym stole w kuchni powstała rysa.
Drewno pękło.
Od ciepła? Wilgoci?
Stół wypatrzyliśmy w sklepie z meblami holenderskimi, wśród używanych rzeczy. Lubimy przedmioty z przeszłością i duszą, która pięknieje wraz z wiekiem. Stół jest okrągły, po rozłożeniu tak duży, że mieści całą naszą rodzinkę. Do tego ma sześć krzeseł – dokładnie tyle ile nas:)
Właściwie to wypatrzył go mój mąż. Wypatrzył i… zakochał się od pierwszego wejrzenia.On tak ma. Ponoć z wypatrzeniem mnie było podobnie:)
Stół jest z litego dębu. Masywny. Ciężki i nobliwy.
– To właśnie jest urok stołu z drewna – powiedział mąż przesuwając palce wzdłuż powstałej na blacie szczeliny. W jego głosie zabrzmiała- delikatnie jak dzwoneczek- nutka pochwały.

Urok rzeczy naprawdę prawdziwych.
On nie polega na tym, że są niezniszczalne i zawsze takie same. Rzeczy prawdziwe nie muszą być zawsze gładkie i nieskazitelne, równe i błyszczące.
Wystarczy, że są prawdziwe.

Mimo szpar, pęknięć, wad i rys…
prawdziwa miłość
prawdziwe życie
prawdziwy człowiek
prawdziwe piękno
Prawda jest jak drewno i jak ono „pracuje”.
Musi nas czasem przeorać, zranić, musi nas przeobrażać.
Nie jest jak plastikowe talerze, które się na tłuką; tiulowe kwiaty, które nie więdną; botoksowe twarze, które się nie marszczą; wirtualne przyjaźnie, które nie bolą; związki bez zobowiązań; prawo bez konsekwencji, wychowanie bez wymagań…

Złudzenia prawdy.

Wczoraj przymocowaliśmy kolejne stare okiennice do naszych okien. Przetarte mocno szorstka ręką czasu, a potem naszą szlifierką.
– Jesteśmy wariaci – zaśmiał się mąż, wbijając młotkiem długi kołek w mur – wszyscy wkoło wyrzucają takie śmieci, a my je przyczepiamy.
– Jesteśmy – potwierdziłam z dołu, obsypana rudym pyłem borowanej wiertarką starej cegły. Cegły, którą moi pradziadkowie zrobili własnymi rękoma. Cegły, w której objęciach mieszkam dziś z moimi dziećmi.

Rzeczy prawdziwe mogą być kruche, ale trwają.

rodzenie kamieni

Spacerujemy po lesie. Całą rodziną.
Las pachnie nieziemsko i szumi w nieznanym nam dialekcie.
Przemierzywszy jego przestrzeń wychodzimy na skraj. Tu wzrok biegnie nieskrępowanie jak sarna po polach. Aż po horyzont. Ozimina jeży się zamaszyście na zielono.
Zastanawia tylko jedno.
Skąd tu tyle kamieni? Małych i zupełnie dużych. Znam to miejsce. Jesienią pola były gładkie. Przeczesane ludzką ręką, uprawione, zabronowane.
– Ziemia wypycha zimą kamienie na powierzchnię – tłumaczy mi mąż, syn rolnika.
– Dlaczego?
– Przez mróz. – odpowiada lakonicznie i krótko.
Ludzie wsi po prostu to wiedzą.
Zasada stara jak świat i wyryta w pamięci sentencją znaną od pokoleń : „ziemia rodzi kamienie”.
– Jeden chłopak – dodaje mąż – zrobił sobie nawet specjalną maszynę do zbierania kamieni z pola.
Tak. Teraz sobie przypominam – przy każdym polu, na każdej niemal miedzy, pod starą rosochatą gruszą zawsze leżały stosiki kamieni. Z roku na rok coraz większe i większe. Zbierał je dziad, potem ojciec, syn, wnuk… Przez lata, dekady.
Ziemia co wiosnę rodziła głazy, a oni cierpliwie i w pocie czoła je zbierali. Bez utyskiwania zbędnego. Akceptując tę cechę ziemi. Jej kamieniorodność.
Czasem zrobili z kamieni podmurówkę pod dom, wybudowali piwniczkę albo przydrożną kapliczkę. Czasem brukowali kawałek podwórka. Ten najbardziej błotnisty i uciążliwy. Sklecili cembrowinę studni, palenisko w domu. Wyrównywali nierówności drogi przez wieś. Zrobili parkan wokół cmentarza.

Ziemia rodziła im kamienie, a oni z wdzięcznością nawet to od niej przyjmowali. I oswajali polne kamienie, by służyły i ludzkie życie czyniły lepszym.

Być wdzięcznym. Także za trud i opokę życia, przez którą trzeba się mozolnie przebijać czasem.
Być pogodzonym. Także ze sobą. Z tym, że często rodzę kamienie. A najobficiej wtedy, gdy ściśnie mnie przymrozek. I muszę znieść cierpliwie i bez utyskiwania swoją grzeszność, błędność, głupotę.
Być cierpliwym. Wciąż i wciąż na nowo kamienie wybierać, znosić z pola własnego serca i umysłu.
Bóg dał nam sam maszynę do ich zbierania. Konfesjonał.

A na końcu, z czasem, kiedyś… zrozumiem także i to, że „potykałem się dobrym potykaniem”, a dla Boga nie jest niczym trudnym nawet z moich grzechów zbudować mi drogę do nieba, podmurówkę pod świętość, studnię łask, piwnicę, w której zachowa od zepsucia to co najcenniejsze – pokorę…

Z wiekiem odkrywam to coraz bardziej i wyraźniej.
Celowość mojego błądzenia.

Eureka!!!

– Pouczę się przy tobie – syn licealista układa się na łóżku obok i rozkłada podręcznik i zeszyt do matmy.
Uśmiecham się. Miło mi, gdy tak przychodzi po prostu. By być blisko.
Stukam sobie dalej spokojnie w klawiaturę.
– Wow!!! – Ależ to genialne!!! – krzyczy niespełna po minucie wertowania.
– Ludzie!!! Odkryłem to!!! – jego ekscytacja rośnie szybciej niż nasza rzeżucha:)
– Co? – pytam zaaferowana, podnosząc oczy znad laptopa – Nowe twierdzenie? Synku, szybko zapisz!! – mobilizuję wyhodowanego na własnej piersi Einsteina.
– Nie, nie nowe. Odkryłem to twierdzenie, które zapisaliśmy na początku zeszytu. Jest genialne!!! Wow!!!
Oczy syna błyszczą jakby pochylał się nad skrzynią wypełnioną złotymi monetami.
Śmieję się.
– Gratulacje synku. To też sukces. Niektórym nigdy nie udało się odkryć genialności dawno odkrytych praw – mówię.

Odkryć przenikliwą mądrość stojącą za Dziesięciorgiem przykazań.
Geniusz złotej zasady: „nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe”.
Przejrzystość Ewangelii.
Naoczność miłości, z której utkano świat.
Nieuchronność konsekwencji każdego czynu.

A wszystko jest jak pierwsze twierdzenie zapisane na pierwszej stronie zeszytu do matematyki.
Oczywiste.
I godne zachwytu.