głos wołającego…

Słoneczne niedzielne popołudnie. Na mszy na szesnastą jest nieco mniej ludzi niż na inne msze. Jest ciszej, bardziej kameralnie , a przez ludzkie głosy przebija modlitwa gołębi gruchających na dachu kościoła.
Rzadko bywam na tej popołudniowej mszy, ale tym razem tak się złożyło.

Kiedy widzę wysokiego brodacza wychodzącego do ołtarza, moje serce przechodzi od razu w stan gotowości.
Brodacz jest księdzem z bardzo krótkim stażem i można by go nazwać nieopierzonym gołowąsem, gdyby nie wzmiankowana wyżej bujna i czarna broda. Gdy czyta, nieznośnie przekręca słowa, co wyraźnie wskazuje na jakiś rodzaj dysleksji. Śmiejemy się czasem z mężem, że błędy ortograficzne widać nawet w mowie:) Podczas nowenny do Matki Bożej zdarza mu się nazwać „niezrównaną miłość macierzyńską” miłością niezrównoważoną:) Brodacz jest widać również żartownisiem, bo gdy tylko nadarzy się jakakolwiek okazja, chochliki śmiechu przemykają mu w czarnych oczach, a usta konwulsyjnie drżą za sumiastym wąsem.
Lecz gdyby tylko poprzestać na tych obserwacjach, można by się bardzo pomylić.
Bo oto nagle brodaty młody ksiądz staje za amboną, przez chwilę milczy jak pływak przed skoczeniem do wody. Wypowiada pierwsze słowo… I nagle…
Nie ma już młodego chłopaka. Nie ma dyslektyka. Nie ma żartownisia. Ani niezgrabnego dryblasa.
Jest prorok.
Nie mniejszy i nie mniej gromowładny niż Mojżesz, Eliasz, Jeremiasz…

Jego słowa jak taran rozbijają zakrzepłe serca, ułudę naszych sądów, pozory naszych póz, pokrętność słów, fasady myśli, śmieszności planów, niskość marzeń. Podnoszą nas na skrzydłach i koją jak studzienna woda spierzchnięte wargi.
Pod sklepieniem kościoła zalega ogromna cisza. Nikt nie pokasłuje, nikt nie szepcze, nikt nie szura nogami, nie dzwoni breloczkiem. Zdaje się jakby nikt nie oddychał.

Siedzę w oniemiałym tłumie otwarta na ciosy jego słów, które równie mocno bolą jak i leczą.
Są jak chirurgiczny skalpel. Precyzyjne, głębokie cięcia. Operacja na otwartym sercu.
Siedzę wgnieciona w dębową ławkę, wbita w nią prawdą o sobie, którą właśnie usłyszałam.
Siedzę tak jak kiedyś siadywałam przed otwartym na oścież oknem w samym środku szalejącej burzy, pełna grozy i rozkoszy otwarcia na żywioł prawdy.
Albo mnie zabij, albo przemień – modliłam się wtedy. Tak samo proszę teraz.
Wóz albo przewóz. Nie ma półcieni, półprawd, półsłówek, retuszowania.
Prawa czy lewa strona?
TAK czy NIE?

A prorok mówi dalej…
„wobec Dobrego, pełnego Miłości Boga kim jestem jeśli nie zbrodniarzem?”
„i traktuję go jak zwykłego bożka. Widzisz – mówię – odmówiłem tyle i tyle różańców, byłem na pielgrzymce, pościłem. Teraz daj mi czego chcę. Płacę, żądam i wymagam bożku”
„Dlaczego odchodzę od konfesjonału z ulgą, ale bez pokoju. Dlaczego odchodzę z ulgą, ale bez rozgrzeszenia? Odchodzę z ulgą, bo ksiądz nie dopytał mnie o ten grzech nieczystości, nie zapytał co to dokładnie było: czy zdrada, pornografia czy jeszcze jakieś inne świństwo? Nie dopytał co to za grzechy języka: czy obmowa, kłamstwo, czy zniszczyłem komuś życie?”
„Martwię się czasem, że już tyle lat, a ja wciąż nie przynoszę żadnych owoców jak to drzewo z przypowieści. Tyle się modlę, tyle mszy, Komunii, spowiedzi i nic. Ktoś kto zna się na drzewach powiedział mi ostatnio, że drzewo może nie rosnąć i być karłowate i niekształtne nawet kilkanaście lat. Rośnie w cieniu, na dnie lasu. A potem wystarczy, że nagle obok runie inne drzewo, pojawia się smuga światła i w ciągu kliku miesięcy to bezpłodne skarlałe drzewo wyrasta wysoko.”

Wychodzę ze świątyni zlana od stóp do głów.
Prawdą.
Wstrząśnięta.
Prawdą.
Rozdarta.
Prawdą.

O ruttka

Szczęśliwa żona od 20 lat, mama czwórki dzieci, w tym dwójki dorosłych. Poszukiwaczka skarbów w codzienności, zakochana w Bogu i oddana Maryi. Zapatrzona w biblijną Rut - wierną aż do bólu i umiejącą zbierać z pól te kłosy, które przeoczyli inni. Kochająca poezję, książki, muzykę, rośliny i piękno w każdej postaci.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na głos wołającego…

  1. Anna pisze:

    Tak… niezrównoważona miłość macierzyńska 😉

  2. Uczę się patrzeć i widzieć. To, co ważne. Mówiąc słowami Małego Księcia – to, co niewidoczne dla oczu. Bo wiele razy już się pomyliłam oceniając wygląd, budując wyobrażenie, szufladkując. Chodzę więc coraz bardziej na duchowych „paluszkach” by nie przeoczyć Proroków…

    • ruttka pisze:

      I tak sobie myślę Haniu że im głębsza ciemność zalega nad światem tym więcej pojawia się Proroków – świateł.

  3. Marzka pisze:

    Ten tekst penetruje do głębi trzewi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *