chłód ściany

Przeczytałam mnóstwo książek na ten temat, poważne artykuły poważnych osób, uczone traktaty ze średniówką i przecinkiem, usłyszałam wiele pięknych słów…
A i tak najwięcej nauczyła mnie… zimna ściana w najciemniejszym kącie kościoła, gdy oparłam o nią rozpalone rozpaczą czoło.
Pachniała wapnem, pleśnią, historią i modlitwą tysięcy ludzi przede mną, którzy jak ja przychodzili tu zmiażdżeni losem.
Pamiętam i nigdy nie zapomnę.
Wielki piątek tamtej pamiętnej wiosny.
Mój mąż z wykrytym potężnym guzem nerki, po poważnej operacji. Miłość mojego życia. Ojciec naszych dzieci.
Wyszłam sama w ten wieczór, wtłoczyłam się w olbrzymi tłum zalegający świątynię. Fala ludzi rzuciła mną i uwięzłam w tamtym kącie za drzwiami kruchty. Prawie nic nie widząc z bólu i półmroku nieoświetlonej przestrzeni, prawie nic nie słysząc, trwałam oparta czołem o ścianę.
O nic już nie prosiłam, wszystko umilkło w środku serca jak w grobie.
Tamta ściana, ten półmrok, stłumione dźwięki liturgii śmierci Boga, dobiegające jakby z innego świata, nauczyły mnie czym jest krzyż i jego niesienie.
I zobaczyłam Marię Magdalenę opartą o białą ścianę grobu Tego, Którego miłowała. Jej szloch, łzy toczące się po policzku.
Nic już nie chciałam. Tylko żeby chłód ściany wniknął w żar mojej głowy, zagasił jak fala iskry pożaru.

Cierpienie. Skąd jest? Po co jest? Co niesie? Jak je unieść? Zrozumieć?

Żaden traktat nie odpowie na te pytania. Żaden traktat tłumaczony na wszystkie języki świata. Pisany w zaciszu przytulnego gabinetu, ze wzrokiem opartym o dzieła mistrzów i łokciem spoczywającym wygodnie na politurze dębowego biurka.
Czytałam dużo, bardzo dużo mądrych słów o cierpieniu… Były mądre, zbyt mądre i gładkie. Jakby ten, który je pisał, nigdy nie skaleczył się ościeniem skały.

tamta zimna wilgotna ściana w tamten piątek,
łóżko, w których przeleżałam w ciąży wiele tygodni,
otwarta gnijąca rana na biodrze Babci Niebieskiej,
sala nr 5, gdzie łzy cicho wsiąkały w poduszkę po tym jak poroniłam,
osuwające się ciałko Nusi, gdy gasła z odwodnienia,
rurki wtłoczone w spuchnięte ciało mego umierającego taty…

kadry utrwalone w moim sercu

Wszystko to nauczyło mnie więcej milczeć niż mówić o cierpieniu.
Bo nic o nim nie wiemy. Nic na pewno. Po co jest? I czy po to by uszlachetniać? Czy tylko po to? Czy w ogóle?

Jego tajemnica jest głębsza niż najgłębsze jeziora. Jego szczyty nieosiągalne dla większości z nas.

Wiem jakie będzie pierwsze pytanie, jakie Mu zadam, gdy stanę z Nim twarzą w twarz.
A On popatrzy na mnie z uśmiechem delikatnym jak mgła nad rzeką o poranku.
– Przecież już wiesz. – powie z miłością.

I nagle wszystko stanie się proste jak dziecięca układanka.
O tej chwili śnię w bezsenne noce.

O ruttka

Szczęśliwa żona od 20 lat, mama czwórki dzieci, w tym dwójki dorosłych. Poszukiwaczka skarbów w codzienności, zakochana w Bogu i oddana Maryi. Zapatrzona w biblijną Rut - wierną aż do bólu i umiejącą zbierać z pól te kłosy, które przeoczyli inni. Kochająca poezję, książki, muzykę, rośliny i piękno w każdej postaci.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

1 odpowiedź na chłód ściany

  1. ama pisze:

    Rut, powinnam milczec. Ten komentarz to milczenie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *