balkon

Pelargonie w różnych odcieniach różu i czerwieni uśmiechają się do mnie na zielonym balkonie. Z talerzyka w chińskie smoki uśmiecha się kawałek malinowej chmurki. To ciasto na cześć powrotu Alusi z obozu harcerskiego.
Dwa dni się z nim bawiłam, ale wszyscy zgodnie wczoraj orzekli, że warto było.

Jest poranek.
Cichy, wiejski, przetykany strumieniem ptasich treli i zdobny w szum drzew. Jeden z tych poranków – głębszych oddechów, które następują zaraz po letnich upałach i złamaniu pogody. Ciepły, ale tą przyjemną ciepłotą ludzkiego ciała.
„Tylko patrzeć – myślę – jak w wiatr wplecie się zapach jesieni”.
Wciągam powietrze w płuca.
Nie, jeszcze nie.
Wkładam kolejny kawałek ciasta do ust. Cztery warstwy: chrupiąca kruchego ciasta, giętka malinowej galaretki z owocami, kremowa ze śmietany, a zaraz po niej słodka pianka bezy. Wszystkie żywioły świata przenikają się w jednym małym kawałku ciasta.

Patrzę w głąb domu.
Stamtąd przyszłam. Po świerkowych błyszczących deskach, sunąc dłonią po drewnianej poręczy. Przeszłam po wszystkich pokojach, uchyliłam dzieciom drzwi i okna. Mój niemal codzienny rytuał.
Przemknęłam jak duch po całym poddaszu ( jeśli duchy kiedykolwiek zakładają czerwone szlafroki:),zarejestrowałam kratkę pełną obozowego prania, przesunęłam czule wzrokiem po odkrytych plecach syna, po śniadym ramieniu starszej córki, zbadałam wzrokiem zwinięty kłębuszek córki najmłodszej uśpionej jak kot i jak kot czujnej. Nie ma jeszcze tylko jednego dziecka.
Hania wciąż w lesie na innym obozie, też harcerskim.
Ale w niedzielę będzie już komplet. Dom się wypełni po brzegi.
A potem…
Wybiegam nagle myślą do października. Jeśli Ala dostanie się na studia…
Wybiegam myślą jeszcze dalej. Za dwa lata… Za cztery…
Nieuniknioność odlotów nie przemawia do głupiego serca.
Oswajanie tej myśli trwa we mnie już jakiś czas. Nie będę zaskoczona.
Lecz nie o zaskoczenie wszak chodzi. I nie o logikę.

Na balkon zakrada się Lalcia w długiej różowej koszulinie z podobizną Kopciuszka.
– Bogumił, Bogumił – szepcze z figlarnym uśmiechem, zezując na uchylone drzwi pokoju starej siostry.
Uśmiecham się wspominając wczorajsze zwierzenia Alusiowe. Leżałyśmy we trzy na wielkim hamaku, chrupałyśmy miętówki i słuchałyśmy obozowych opowieści.
Bogumił był w nich jedną z pierwszoplanowych postaci:)

„Jak to szybko zleciało” – myślę – Jeszcze parę lat i zostanę babcią Rut”.

Mężulek jakiś tydzień temu zaczął pompejankę w intencji… dobrego męża dla naszej pierworodnej.
– Co najmniej tak dobrego jak ja – zaśmiał się.
– No tak. – przyznałam – Bo ty też jesteś wymodlony. Latami cię wymadlałam.

Wiatr szumi w igłach sosny na potwierdzenie. Pelargonie mienią się feerią barw. Wdzięczność rozlewa się w sercu ukrytym za czerwoną połą szlafroka.
Wkładam ostatni kawałek ciasta do ust.

Wszystko jest jak miało być. Wszystko będzie jak być powinno.
Choć nie my to wszystko zaplanowaliśmy.
A może właśnie… dzięki temu.

Patrzę w głąb Domu.
STAMTĄD przyszłam.

O ruttka

Szczęśliwa żona od 20 lat, mama czwórki dzieci, w tym dwójki dorosłych. Poszukiwaczka skarbów w codzienności, zakochana w Bogu i oddana Maryi. Zapatrzona w biblijną Rut - wierną aż do bólu i umiejącą zbierać z pól te kłosy, które przeoczyli inni. Kochająca poezję, książki, muzykę, rośliny i piękno w każdej postaci.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

1 odpowiedź na balkon

  1. Marzka pisze:

    Kasiu, dziękuję, że wpuściłaś mnie do serca swego domu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *