przed trybunałem


– Mamo – donosi Nusia po powrocie Rutki z pracy – tata źle traktował Larusię.
– Tak? A co robił?
– Jak płakała, to rzucił ją na podłogę. – oskarżycielskim tonem odpowiada usłużny kapuś.
– Nie rzuciłem!!! – broni się podsądny – Tylko posadziłem.

No, ale kto by słuchał podsądnego.
Oni wszak zawsze są NIEWINNI:)

Słowo obrończe:

A ofiara przemocy, czyli Piórko rzeczywiście ostatnio daje się we znaki. Jest krnąbrna, zwariowana, histeryczna i wściekła prawie tak jakby weszła już w bunt dwulatka. A gdzie tu jeszcze do lat dwóch. Każdą furię staramy się przeczekać na chłodno i na stanowczo. Czasem więc nie obywa się bez posadzenia na podłodze.

Taki wiek. – jak mawiają starzy doświadczeni Indianie spokojnie paląc fajkę pokoju:)

szepty błękitne


Kiedy niebo błękitne, myśli błękitnieją.

 Płyną dobre myśli niespiesznie jak białe obłoki. Popycha je delikatny podmuch przebudzonych marzeń, tęsknot. A wydawało się, że niektóre umarły już na zawsze, że nigdy się nie odezwą, nie zakwilą w sercu. I wystarczył jeden promień słońca, by zapukały znów w drzwi życia, by zaczęły szarpać za poły snów, szeptać nieustannie:
A może…A gdyby tak…Może się uda…Wszystko jest możliwe…Spróbuj…

Ten sam promień słońca zauważyła Laurka na podłodze pokoju. Ścielił się jak jasna smuga, jak droga jakaś, więc nóżką go przydepnęła i zaczęła iść po nim.

Tyle magii jest w życiu.

Wraz z pierwszym oddechem wiosny, sezon na działce rozpoczęty. Znów gnam małym czerwonym autkiem wiejską zakurzoną szosą, nagie zalotnice brzozy zaglądają mi przez szyby wdzięcząc się na wietrze, strojąc w szale ze słonecznego światła.

Tyle magii…

W sadzie cicho, ciepło, ptak jakiś śpiewa spełniającą się tęsknotą. Suche fale traw wyczesane zimowymi wiatrami wyglądają jak niezmierzony zastygły ocean. Pachnie, głaszcze po twarzy, w oczy zagląda piękno nienazwane.
Czy poza tym sadem jest świat jakiś?
Nie ma.
Tutaj przestaje wszystko boleć. Nie ma znaczenia, że ktoś tam niegodziwy błotem obrzucił…że część życia na wodzie pisane patykiem…że huśtawka codzienności o mdłości przyprawia.
Tutaj jest tylko TU i TERAZ. Żadnych innych wymiarów czasoprzestrzeni. Może dlatego tutaj najlepiej Cię słyszę, czuję każdym ścięgnem.

– Chciałabym…zawsze chciałam tu dom postawić. Tu mieszkać – mówię mężowi.
Uśmiecha się. Wie.
A może… A gdyby tak…Może się uda…Wszystko jest możliwe…Spróbuj…szepczą białe obłoki w głowie i nad nią.

Tyle magii…

sztuka przez duże S.

Dusio i Ala opowiadają jak Nusia pokazywała tatusiowi własnoręczny rysunek z chińskim kotem.
Nie pytajcie dlaczego z chińskim i czym owy różni się od polskiego. Jak znam chińszczyznę to pewnie futerko miał nie naturalne a sztuczne:)
Więc Nusia wielce zadowolona ze swego dzieła podsadza je pod nos steranemu ojcu.
– Chiński kot – reklamuje.
– Noooo!!! – zauważa z nieukrywanym podziwem widz.
– A tu mu woda tryska z pupy – objaśnia dalej artystka awangardowa.
Koneser sztuki wytrzeszcza oczy i … no tak, rzeczywiście – sika woda z pupy!!!
– Bardzo brzydko. – oświadcza zgorszony.

Ambiwalencja ludzkich sądów:)
I bądź tu człowieku artystą!!!

a to ci ptaszek…

– O Boże!!! – jęknęła nasza znajoma Mona, gdy usłyszała wierszyk przekazywany w naszym rodzie z dziada pradziada.

Mona jest Rutkową znajomą ze szpitala. Z czasów zamierzchłych, gdy Rut leeeeeżała na bardzo dramatycznym podtrzymaniu ciąży Nusią. Mona też zległa w tym samym celu, tyle, że powiła później córeczkę Werę. Obie szybko się zaprzyjaźniły, a podobieństwo losów do tego stopnia je dotknęło, że w cztery lata później Mona powiła kolejną córeczkę, a i Rut w tyle nie została wydając na świat Laurkę.
Obie rodziny weszły więc w zażyłość wielką acz z rzadka okraszaną wizytami, bo powodów nie-spotykania się jest aż sześć. Czasem choruje i zaraża Dusio, czasem Ala, potem Nusia. Gdy skończy Nusia, przychodzi czas na Werę, potem jej siostrzyczkę. A gdy wszyscy już w dobrym zdrowiu, zaczyna noskiem siąkać Laurcia. I tak w koło Macieju – cytując Maciejkę:)

Tym razem zdarzył się cud i Mona z mężem i córeczkami przyjechali do Rutków.
Przy okazji zabawiania najmłodszych latorośli, które jak przylutowane tkwiły twardo przy swych mamach, rozpoczął się koncert wierszyków i wyliczanek dziecięcych.
Wśród nich zaś ten, który mógłby z powodzeniem konkurować ( zwłaszcza w końcówce) z wiekopomnymi dziełami Hitchcocka.

Zaczyna się niewinnie…


Tu-tu-tu ( stukamy palcem w rączkę) soroczka
Dzieciom kaszkę warzyła
Na półmisku mierzyła
Temu ( pokazujemy jeden paluszek) dała w szklaneczkę
Temu ( drugi) dała w kubeczek
Temu( trzeci) dała w miseczkę
Temu (czwarty) dała w talerzyk
A temu ( kręcimy kciuk)…

UWAGA!!!!!!!

Krętu – krętu głowę urwała
I poleciała na ogrody pić wody:)

 
Na te słowa właśnie Mona wezwała imię Boże nadaremnie, a następnie przedstawiła zgoła inną wersję wierszyka o jakiejś woronce, która nikomu nic nie urywała i ogólnie przykładną mamą była.

Rutki wierszyk o obrywaniu łepka wcale nie przeraża, bo od maleńkości go słyszała od swojej mamy, która słyszała go od swojej, a ta znowu od swojej…

A ostatnio Rut zasłyszała gdzieś, że w bajkach i baśniach musi być jednak trochę( z akcentem na trochę) zła i przemocy, bo one są zwierciadłem, w którym przegląda się nasz nieidealny jednak świat.
Ważne tylko, by obok zła było dobro i by to ono ostatecznie zwyciężyło.

Bracia Grimm o tym wiedzieli. Bez oporów obrywali nie tylko łepki, ale i nogi, rozpłatali brzuszyska, obcinali pięty…


Jakby tu ukarać tę wyrodną soroczkę?


 

mała apokalipsa

Jest zdanie – wytrych.

Zdanie, które pustoszy psychikę małego człowieka jak świat bomba atomowa.
Zdanie od którego Laurci warzy się mina zupełnie tak jak zwarzyła się Misiowi polewa na ciasto.
Zdanie, od którego rozpacz maluje się na twarzy zupełnie taka jak na obrazie pt. „Krzyk” Muncha, a może nawet jeszcze głębsza.
Zdanie, które grozą przeszywa kości i serduszko rozdziera strasznymi podejrzeniami.
Zdanie, które wyciska łzy z ócz prawie czarnych niemal tak skutecznie i nagle jak cebuli krojenie.
Zdanie, po którym krzyk bólu lotem błyskawicy rozdziera powietrze.
Zdanie, które podrywa natychmiast maleńką pupcię i każe nóżkom biec w pogoni, a rączkom spazmatycznie chwytać skrawki szat matki uchodzącej nie wiedzieć gdzie.
Zdanie najupiorniejsze na świecie, wieszczące koniec życia, radości i bezpieczeństwa.
Gdy przebrzmi ostatnia jego głoska to już tylko płacz, smutek, rozpacz i rwanie włosków złocistych zostanie.

Popilnuj jej” – brzmi to zdanie rzucane na odchodne przez umiłowaną mamę:)

i… klamka zapada
i… świat gaśnie


Każdy ma swoje własne małe apokalipsy.


Czasem malutkie jak ziarnko gorczycy, a tak wielkie.

w szczelinie światów

– Kiedy będzie drugi świat? – znowu Nusia, która ostatnio w nastrojach filozoficznych brodzi po kolana.
– Nie wiem. – odpowiada Rut zgodnie z prawdą. I może jest to odpowiedź najbliższa prawdy ze wszystkich, które udzieliła w swym życiu.
– A my tam będziemy?
– Postaramy się. Bo tam będą tylko dobrzy ludzie.
– A dziadek R. ?
Rut zaczepia myślą o zaświaty, w  których jej tata przebywa od lat dziewięciu.
– Tak. Będzie. – mówi spokojnie.
– Ale on nie żyje. – przypomina dla ścisłości córeczka.
– Nie żyje, ale zmartwychwstanie i będzie żył znowu.
– A Jezus?
– Jezus już zmartwychwstał.

Chwila milczenia wypełniona namysłem dziecięcym, zawiesistym.
– A czy ja dotrwam do Bożego Narodzenia? – pada pytanie gdzieś z końca przeprowadzonego ciągu myślowego.
Rut zaczyna się śmiać.
– O – mówi rubasznie – Jesteś młoda i zdrowa. Myślę, że dotrwasz.



„Chociaż nigdy nie ma pewności” – myśl jak cierń wbija się w serce.

Ile takich cierni zarysowuje co dzień nasze serca.
„Z prochu powstały i w proch się obrócą”. – nie ma boleśniejszej myśli dla matki.

I nie zgadza się serce i krzyczy, że to nie do końca prawda.

Nie tylko z prochu powstały, lecz z cierpienia, samozaparcia, łez tysiąca, z sekund sączących się szpitalną kroplówką, z oczekiwania, z miłości wielkiej.

To wszystko ma wagę złota nie prochu.

Widzisz to. Rozumiesz.
Przesyp nasze dzieci jak kamyczki złote z jednej dłoni w drugą.


wzrost

Nusia ostatnio co wieczór skarży się na ból nóżek.

Targani różnymi podejrzeniami, skłaniamy się jednak ku hipotezie, że jest to skutek bardzo intensywnego wzrostu całej córeczki ze szczególnym akcentem na nogi. Kończyny dolne bowiem wybitnie chude i dłuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuugie zgodnie z prawami genetyki odziedziczyła w całej swej rozciągłości po mamie.
Niektórzy nawet skłonni są twierdzić, że Rut składa się głównie z nóg, u szczytu zwieńczonych niewielkich rozmiarów główką.
Tak zresztą Rut rysowana była przez wszystkie swoje dziatki, gdy przechodziły stadium rysowania „głowonogów”.
Gdy więc Nusia wspomina o bólu nóżek, zawijamy Misia Buraska Dużego w koc czyniąc zeń stworzenie mumiopodobne i układamy pod nóżkami, by im nieco ulżyć w trudnym dziele rozwoju.
– Rośniesz – tłumaczymy spokojnie i nóżki – jak ręką odjął – przestają boleć.

Aż tu pewnego dnia rozlega się…

– Oj, boli mnie głowa!!! – dramatycznie wyznał tata szperając w szafie w poszukiwaniu skarpetek.

– Rośniesz. – padła przenikliwa diagnoza z ust doktor Nusi:)

scenka w blasku świecy

Zelżały mrozy, ucichły wiatry, a mimo to w sobotni wieczór zamrugały nerwowo żyrandole, zaczkał telewizor i …wszystko zgasło.
Na kilka długich godzin.
Zapaliliśmy wszystkie wyszukane świece, ustawiliśmy za nimi lusterka, rozłożyliśmy na podłodze kołdrę i położyliśmy się na niej jak stadko spłoszonych przepiórek.
 
– Mamo, czy ziemia jest duża czy mała? – pyta Nusia wpatrzona w ciemność za oknem i jedną jedyna gwiazdę podobną do płomienia świecy.

– Duża. – odpowiadam.
– A my jesteśmy mali. – stwierdza już, nie pyta.
-…
– Jesteśmy takimi zabawkami.
-…?
– I musi być ktoś duży.
– …??
– On się nami bawi.
– …?!
– Na przykład jedzie nami do dziadków.
– …?!!
– On stworzył ziemię i nas. Wszystko.
– ?!!!

Zdumienie.

Gdy skończył się filozoficzny wywód zapadła cisza. W ciemności, chyboczącym blasku świec rozstawionych wszędzie, pod czujnym okiem gwiazdy jednej jedynej.


Ludzkość u swego zarania, gdy dzieckiem była pięcioletnim też wpadła na podobny trop.
Jesteśmy mali, więc jest Ktoś większy. Dużo większy i dużo mądrzejszy. On się bawi wszystkim.

A potem przyszedł On.
 Przeszedł przez życie dobrze czyniąc wszystkim, z miłości do wszystkich umarł na krzyżu, by przekonać przynajmniej niektórych, że …

nie dla zabawy nas stworzył, nie z nudów,
że nie jesteśmy pacynkami na Jego dłoni, marionetkami w Jego teatrzyku,
że nie jest znudzonym demiurgiem, któremu wszystko jedno co z nami będzie.

Że wszystko co jest, jest ogromnie na serio.
Że wszystko jest z miłości.
Że wszystko złożone w nasze ręce.
Że mamy wybór.

 Że my piszemy scenariusze.
Czasem w blasku jednej jedynej świecy.



gołębi psalm

To zdjęcie zrobione było na jesieni. Kaleki gołąb sfrunął na naszą działkę. Nie miał jednej nogi. Nic nadzwyczajnego wśród gołębi. Z kalectwem radzą sobie świetnie.

Zawsze kiedy widzę gołębia przypomina mi się psalm. Jego słowa przesuwają się jak paciorki w głowie.
Tak jak je pamiętam, zbliżone tylko do oryginału.
Gdzieś głęboko w sercu zawsze znajdują rezonans.

Co jest w słowach niektórych, że nas tak poruszają?
Jak dzwonom spiżowym rozkołysują serca?

gdybym był jak gołąb
o gdybym był gołębiem!
 oto bym uleciał
uleciałbym i ukryłbym się w załomie skały
w jej cieniu bym spoczął
ukryłbym się przed zawieruchą
nie znalazłby mnie tam wicher
ani upał mnie nie dotknął

gdybym był jak gołąb…


Nawet nie wiem który to psalm dokładnie.
Ale zawsze gdy widzę gołębia, odzywa się we mnie.

Czuję czasem nawet jak drżą mi skrzydła.