modlitwa z wyobraźnią

 

Jednym z powodów dla których modlitwa jest skuteczna w walce z szatanem jest to, że modlitwa działa na wyobraźnię. Jeśli zalewasz swoją wyobraźnię myślami o tych wszystkich świętych rzeczach, to demony się zmywają. One nie chcą mieć żadnego kontaktu ze świętością, więc uciekną.”

( z konferencji ojca Rippergera, Yt: Egzorcysta o demonach, poziomach walki duchowej i Naszej Pani)

 

Ten fragment o modlitwie jest jednym z tych, który zauroczył mnie najbardziej podczas słuchania tej konferencji.

Od razu wyobraziłam sobie pokój wypełniony świętymi obrazami, figurkami świętych, zapalonymi świecami, z krzyżem i stacjami drogi krzyżowej na ścianach, aniołami, monstrancją itd.

Tak, jeśli podczas modlitwy naprawdę rozmyślamy o Bogu, nasza wyobraźnia staje się takim pokojem. Wszystko tam zaczyna przypominać o Bogu. I wtedy złemu to się musi bardzo nie podobać.

Dlatego łatwiej jest żyć i starać się o świętość, gdy modlimy się naprawdę gorliwie i z zaangażowaniem naszych myśli. Stajemy się wtedy miejscem świętym, przybytkiem, a do takiego miejsca nie wolno było wchodzić byle komu.

Dlatego tak ważne są święte rozmyślania, przeżywanie Męki Pańskiej, rozważanie tajemnic różańca, czytanie biblijnych fragmentów. Wszystko to nas wypełnia i nagle spostrzegamy, że nie ma już miejsca wolnego na złe myśli, niepokoje, narzekania, osądy, knowania, zazdrość, chęć zemsty, gniew… Brakuje miejsca na zło, więc ono się wynosi.

* * *

Polecam Wam bardzo przesłuchanie całej konferencji, bo znajdziecie tam o wiele więcej mądrości i porad nt. modlitwy, umartwienia i zaufania Bogu i Maryi oraz trwania w wierze, nawet w tak trudnych czasach jak nasze.

 

spiżarnia

 

Pamięć każdego z nas można porównać do dużej spiżarni, z półkami wypełnionymi przetworami. Mnóstwo słoików, wiele z nich stoi z samego brzegu. To najświeższe wspomnienia, stoją w zasięgu wzroku. Inne, sprzed lat lub nawet dekad, zagubione gdzieś w głębi półek, w całkowitej ciemności, zapomniane i przykryte kurzem. Są tak głęboko i z tak dawna, że zupełnie zapomnieliśmy o ich istnieniu. Ale są, choć nikt o nich nie wie.

Przetwory, jak to przetwory, mogą być dobre i smaczne albo niecałkiem nieudane lub zepsute.

Słodkie wspomnienia, miłe chwile, błogie doznania, pamięć dobrych słów i zdarzeń, życzliwych ludzi stoją tuż obok cierpkich chwil, gorzkich doznań, słonych łez, rozczarowań i porażek. Radość obok żałoby po czyjejś śmierci. Duma obok wstydu. Poczucie bezpieczeństwa obok przerażenia. Odkrycia obok zagubień.

I zasadniczo nie jestem za otwieraniem tych zepsutych konfitur i sfermentowanych kompotów.

Bywa czasem taka konieczność, bo zaczynają jątrzyć się jak rany lub wybuchną same i trzeba posprzątać, umyć półkę, poukładać wszystko od nowa.

Ktoś nie może poradzić sobie z jakąś traumą, relacją, przeszedł załamanie nerwowe lub zachorował na depresję. Wtedy trzeba poszperać na półkach, otworzyć delikatnie to, co trzeba, pomóc sobie uporać się z tym.

Ale nie jestem za tym, by wyciągać po kolei wszystko, co złe i bolesne, podważać wieczka i wszystkiego próbować od nowa. Nie wiem czemu miałyby służyć tego typu porządki.

Skuszona kiedyś przez Ellę pojechałam na weekend z warsztatami psychoterapeutycznymi.

Tylko 3 niecałe dni. Praca w kilkunastoosobowej grupie pod okiem doświadczonego psychologa, opowiadanie o sobie, wyciąganie wspomnień, mówienie o trudnych doświadczeniach. Już pierwszego dnia pierwsze osoby płakały, ja rozpłakałam się rzewnie pod koniec drugiego. Byłam zupełnie rozbita i zdziwiona tą reakcją, bo oto nagle otworzyła się prawie 20-letnia rana śmierci mego taty. Szlochałam jak dziecko.

I do dziś nie wiem po co to było. Po co otwierać stare rany? Czemu to służy?

Nie jest sztuką otworzyć wszystkie słoiki w spiżarni. Sztuką jest sprawić, by potem spiżarnia przez lata nie była przeniknięta nieprzyjemnym zapachem.

Poznałam – na tych samych warsztatach – osobę, która od dwóch lat była w tzw. terapii i niemal wszystko już zdążyła otworzyć. Była z tego bardzo dumna. Poza tym była oschła, miała kwaśną minę i wypowiadała się z wyższością kogoś, kto jak twierdziła, był „przez lata i przez wszystkich wykorzystywany i teraz będzie sam decydować i robić, co chce licząc się tylko ze swoimi potrzebami”.

Było w tej postawie coś trującego i nieludzkiego.

A atmosfera przebywania w towarzystwie tej osoby przypominała nieco atmosferę przenikniętej stęchlizną piwniczki. Była odpychająca.

*  *  *

Może więc lepiej zaakceptować fakt, że życie każdego z nas to naprawdę zbiór bardzo różnych chwil. Są one gdzieś w nas, płycej lub głębiej ukryte. Nie musimy ich wszystkich smakować po wielokroć. Nie musimy zwłaszcza rozdrapywać ran. Ktoś Jeden zna je wszystkie, nosi je w swojej pamięci i dłoni. Jeśli zakrywa niektóre kurzem niepamięci, robi to po coś. Prawdopodobnie osłania nas i ratuje w ten sposób.

 

Jak niemowlę w Twoim ręku dusza moja. Otulone bezpiecznie przed tym, co mu zagraża.

Jak niemowlę.

 

 

 

 

 

Pielęgnujcie przypadkową życzliwość

i piękne czyny pozbawione sensu”.

( Mariusz Szczygieł, Zrób sobie raj)

Te słowa przeczytałam niedawno i przypomniałam sobie pewnego upośledzonego chłopaka, którego niemal co dzień widziałam na mszy w naszym kościele. Pewnego dnia pojechałam wcześniej z Lalcią, kupiłam jej gałkę loda i siedziałyśmy na ławeczce pod kościołem. Ona jadła, a ja wygodnie sobie usiadłam, bo do mszy było jeszcze trochę czasu. I nagle pojawił się on. Przechodząc obok, zatrzymał się, uśmiechnął szeroko i powiedział: „Ładna jest pani”. Potem odszedł kilka kroków, po czym odwrócił się i z jeszcze szerszym uśmiechem dodał: „I córeczka też ładna”.

A gdy podszedł już pod same drzwi kościoła, zanim wszedł do środka, wziął wycieraczkę i porządnie ją wytrzepał. Zupełnie jakby był gospodarzem tego miejsca i miał o nie staranie.

 

Przypadkowa życzliwość i piękne czyny poznawione sensu.

Jeszcze tylko upośledzeni i małe dzieci wiedzą jak to robić.

A my? Czy jeszcze nas stać na nie?

Na takie drobnostki ozłacające świat.

Czasem, gdy nikt nie widzi, przechodząc przez sad, muskam ustami rozwijające się pączki kwiatów i liści. Te pocałunki nie mają żadnego sensu, ale czy rzeczywiście są niepotrzebne?

Czasem schylę się i pogłaszczę miękkie futerko mchu, uwolnię jakiś kwiat przygnieciony uschniętym zeszłorocznym liściem. Czy to są gesty bez znaczenia?

Pomóc żukowi wstać, podeprzeć zwiędnięty kwiat, powiesić czyjąś kurtkę, bo spadła, pocałować dłoń śpiącego męża, narysować palcem serduszko na szybie mijanego na parkingu auta, zostawić piękną zakładkę w książce oddanej do biblioteki…

 

Wszystko przypadkiem i zupełnie bez sensu:)

 

 

biedronki

 

W całym domu pelno biedronek. Spały sobie cicho w kącikach swoim snem zimowym, a teraz budzą się i niemrawo ruszają w nowy sezon. Przysypiają jeszcze co pół kroku jak moje córki nastolatki, gdy je zbudzimy do szkoły:)

Wiosna zresztą podobna w tym roku. Są dni, gdy chyba zapomina się jeszcze obudzić i od rana do południa szaro i buro, a nawet mroźnie. Ale popołudnia już prawie zawsze wypełnione słońcem, kolorami i trelem ptaków. Spaceruję więc wśród tego bogactwa, zamykam niektóre z nich w fotograficzne kadry, dla innym próbuję znaleźć stosowne słowa. Lecz słów, jak to bywa w takich przypadkach, brakuje. Choć nasz język ojczysty zasobny jest w nie bardzo. O wiele bardziej niż angielski np., gdzie na próżno szukać takich określeń jak podmokła łąka, rosochate wierzby, płowa sarna, obrzmiałe pąki czy zaspana biedronka:)

Otworzyłam dziś okno szerzej, by te śpiochy pobudzić i powyganiać na dwór. Ileż można się karmarzyć i udawać, że lampa sufitowa to słońce, a spacery w doniczkach z fiołkami to przechadzka po łące?

To żadne życie dla biedronki, w doniczce, pod żarówką:)

Okrawki życia.

Czy i my nie lubimy się nimi karmić? Czasami całe lata i wiosny i jesienie i zimy.

Malowane obłażącą farbą scenografie. Namiastki prawdy.

 

Dlatego może bywa tak i w naszym życiu, że ktoś nagle otwiera okno, robi przeciąg aż firany fruwają i strzepuje nas ręką, byśmy poderwali się do lotu i odnaleźli to, do czego jesteśmy stworzeni.

 

pokrzywy

 

Jeśli ktoś sądzi, że walka z wiatrakami jest mozolna i nierówna, powinien spróbować walki z pokrzywami:)

Właśnie jestem po kolejnym starciu z nimi. Cała zgrzana i zmęczona wyciąganiem z ziemi długich i mocnych jak wielometrowe sznury korzeniami. Co wiosna wyzywam je na pojedynek i co wiosna pokonuję. Ale jaka satysfakcja uporać się z tym wszystkim i spojrzeć za siebie na ciemny szmat ziemi uwolniony z ich objęć. Choć wiem, że w głębi zostały jeszcze cienkie jak nitki korzonki, które z czasem nabiorą sił i znowu pojawią się zielonymi parzydłami nad ziemią.

Trudno. Przyjdę jeszcze raz. I jeszcze raz. Ile będzie trzeba.

 

 

 

 

 

 

 

Więc walczącym z wiatrakami, polecam najszczerzej zacząć potykać się z pokrzywami.

To przynajmniej realna walka i namacalne ręką skutki. Widzisz, doświadczasz i długo czujesz na swojej skórze, że odniosłeś kolejne zwycięstwo.

Żadne tam wymysły i fantasmagorie.

Rzeczowa, twarda rzeczywistość.

Żadne tam z motyką na słońce. Z motyką lepiej trzymać się blisko ziemi:)

 

cały

 

Przypomina mi się, gdy ostatnio rozmawiałam z moimi uczniami o pustym grobie Jezusa.

I mówimy sobie po raz n-ty, że Chrystus stamtąd wyszedł, zmartwychwstał, że tylko trzy dni, że płotna i chusta…

A tu nagle ktoś z sali pyta:

– A kości zostały?

🙂

Ksiądz właśnie na ambonie znowu opowiada o zmartwychwstaniu, a ja przypominam sobie to pytanie. Może niemądre, nieprzemyślane, dziecięce, ale…

czy w głębi serca gdzieś nie nosimy tej wątpliwości, niedomówienia, zawahania?

A kości? A skóra? A włosy? Wszystko? Naprawdę wszystko?

* * *

Teraz siedzę w ławce i uśmiechając się sama do siebie powtarzam:

– Tak. Nie ma tam Twoich kości. Jesteś w niebie. Wraz ze swoją skórą, włosami, kolorem oczu. Poszedłeś tam i zabrałeś paznokcie, wąsy, uszy, każdy włosek z brwi, każdą rzęsę, usta, białe zęby. Zastanawiam się skąd wziąłeś ubranie, bo przecież w grobie go nie było. I czy Twoja broda nadal rośnie i jak ją tam ścinasz. Czy wypadają Ci rzęsy jak mnie czasem. Czy rosną paznokcie? A ślina w ustach? A pot, krew, łzy? Jakie masz ciśnienie i tętno? Czy masz ciepłe ręce czy chłodne jak ja? Twoje upodobania i ludzkie talenty?

Nie na wszystkie te pytania umiem odpowiedzieć, ale od samego ich zadawania coś się zmienia, rośnie moja wiara, moja ufność i nasza bliskość.

Bo jeżeli to wszystko prawda – choć tak trudna do zmieszczenia w ciasnym ludzkim umyśle – to nie jest żadnym problemem, byś pokazywał się komu chciał, mówił słyszalnie, dotykał dotykalnie, chuchnął na policzek ciepłym obłoczkiem, połaskotał brodą, gdy przytulasz, podał dłoń, usiadł przy stole, wypił herbatę…

 

Nie ma żadnych przeciwwskazań byś po prostu TU był, bo…

… nie ma Cię w grobie.

 

nieoczekiwany ciąg dalszy

 

Jest niedzielny wieczór i już wydaje się, że dzień się zamyka. Dzień obfitujący w słońce i grad, spacery, modlitwę, z pięknym seansem ” The Chosen” w kinie, z malowaniem przy kuchennym stole wielkanocnych kartek, z koncertami ptaków, w otuleniu muzyki Starego Dobrego.

Już się wydaje, że tylko pidżamki, wspólna modlitwa i spanie nas czeka.

Aż tu nagle Lalcia zaczyna myszkować w szafce z zapasami, wyjmuje płatki owsiane i rzuca w przestrzeń pytanie:

– Starczy czy nie starczy? – zupełnie po hamletowsku:)

– Ale do czego? – od razu się ożywiam i zgaduję równie szybko – Zrobisz ciasteczka owsiane?

Wszystkim nagle pojawia się błysk radości w oku.

– Z masłem? – wykrzykuje, udając zgorszenie oszczędny mężulek. To nasze zwyczajowe przekomarzanki o masło, które Michał strzeże przed sprzeniewierzeniem jak smok swoich skarbów:)

– No co? – zaczyna dialog mala kuchareczka

( nie taka znów mała, niedługo przerośnie tatę, co jest kolejnym powodem do przekomarzanek;)

– Powiedziałeś, że jak kupisz w promocji, to będę mogła robić ciasteczka.

– No to do ciasteczek może jakoś film? – proponuje szybko Nusia.

No tak, ciasteczka czy świeże bułeczki drożdżowe są u nas prawie zawsze w duecie z seansem filmowym.

– To ty piecz. Ty szukaj filmu, a ja idę się myć – rozdzielam role i znikam. – Tylko jakiś krótki, bo jest już dwudziesta! – dokrzykuję instrukcje.

 

I tak oto wieczór, w trakcie którego miało się już nic nie wydarzyć, zaskoczył nas pachnącymi słodko ciasteczkami, szklanką mleka i kolejnym odcinkiem ” Dumy i uprzedzenia”, które to dzieło moje córki znają na wyrywki, łącznie z cytatami.

Ale mężulek nie znał, a akurat trafił się odcinek z tą słynną sceną, gdy Darcy wychodzi ze stawu w mokrej koszuli:) Choć nie wiem czy mężczyzna jest w stanie w pełni docenić kunszt tego epizodu;)

* * *

W naszym życiu bywa jak z tym wieczorem.

Nie spodziewamy się już niczego, a zdarza się jeszcze tak wiele i tak barwnie.

Oczywiście jak przy naszym wieczorze, potrzeba pewnej inicjatywy z naszej strony. Trzeba coś z siebie wykrzesać, popchnąć delikatnie bieg zdarzeń. Ot tak, jednym paluszkiem ruszyć maszynerię. Jest duża szansa, że wszystko zazgrzyta i ruszy dalej, choć wydawało się, że to już koniec.

To nie my znamy początki i końce. To nie my. Więc warto uchylać drzwi, bo może za nimi jest coś jeszcze, jakiś ciąg dalszy…

 

Alfa i Omega.

 

 

modlitwa na progu poranka

 

Usiąść rano na progu domu, z kubkiem malinowej herbaty. Ubrać się ciepło, zawinąć, bo ranek po – deszczowy i chłodny. I tak siedzieć i patrzeć na zielone coraz bardziej podwórko, słuchać pełnego emocji ptasiego koncertu.

Ciepło herbaty rozlewa się po ciele. I inna jeszcze gorąca fala zalewa serce i myśli.

Wdzięczność.

Za tę chwilę i za wszystkie przed i – jeśli tak zdecydujesz – wszystkie, które dla mnie jeszcze przyjdą.

Za to miejsce zielone jak szmaragd i dźwięczące jak dzwonek.

Za moje życie, za ten stary dom, rodzinę, dziewczynki śpiące jeszcze na poddaszu, i te dorosłe moje dzieci, śpiące gdzieś w dużym mieście, za męża, który dał mi buziaka i pojechał już do pracy, za kota, który właśnie lotem błyskawicy pobiegł za jakimś wróblem lub mazurkiem.

I za mnie, za to, że jestem. Dziś, tu, teraz, właśnie taka. Nie inna, jak nieraz głupio marzyłam i pragnęli inni, lecz właśnie taka. Wyśniona przez Ciebie samego☺️

Skryta i otwarta, radosna i poważna, dziecinna i dojrzała, normalna wariatka, racjonalna i nieprzywidywalna, słaba i silna, domatorka żądna podróży, wrażliwa i twarda, utalentowana niedorajda, czuła i na dystans, rozgadana i milcząca, mądra i nic nie wiedząca, grzeszna i święta…

Nie nudzę się więc z sobą ani ja, ani mój mąż, ani dzieci, ani Ty sam:)

Jak dobrze tak na progu własnego domu u zarania wiosny usiąść z malinową herbatą i rozmawiać z Tobą, czy raczej zagadywać Cię na śmierć swoją wdzięcznością:)

Nigdy dość wdzięczności. Nigdy dość.

Prawda? Nie nudzisz się nią nigdy. I moim trajkotaniem.

Ja też.

Więc i za to Ci dziękuję: że dałeś mi takie oczy, uszy, serce stworzone do zauważania i dziękowania:) Bo to też Twoja zasługa.

Że słyszę Cię i widzę we wszystkim🌸

 

 

stąd aż do pupy:)

 

Kiedyś myślałam, ze wstyd się do tego przyznać.

Ale lata minęły, ja się zmieniłam, więc teraz mogę to wyznać bez skruchy.

Gdy miałam małe dzieci, jedno, potem dwoje, troje, w końcu czworo i gdy czasami mogłam w niedzielę pójść sama do kościoła, szłam na mszę, by odpocząć. To była moja główna motywacja:) Po prostu odpocząć przez jedną godzinkę, odetchnać świeżym powietrzem w drodze do i z, zmienić miejsce, pomyśleć na spokojnie lub nie myśleć wcale dla odmiany…

Taka przepustka z koszarów:)

Na godzinę.

I w tym wszystkim spotykałam Chrystusa. W moim roztargnieniu, nieskupieniu, zmęczeniu, w mojej spaczonej motywacji.

Dziś wiem, że On przyjmował mnie wtedy taką, jaką dałam radę być: zmęczoną i przychodzącą odetchnąć. I nie gniewało Go to, ani nie raziło.

Tak jak nie gniewały Go moje modlitwy zanoszone w jedynej wolnej chwili w ciągu dnia, pod prysznicem.

– Nigdy nie zapomnę jak mi powiedziałaś, że wtedy modliłaś się nawet w ubikacji – śmieje się Kasia, mama małej Anielci – I teraz bez wyrzutów sumienia też modlę się na sedesie i biorąc kąpiel, bo wtedy mam wolną chwilę i jestem sama.

Czy może go obrażać nasze zmęczenie? Czy pogniewalibyście się na własne dziecko, że mówi wam „kocham cię” siedząc na nocniczku? Czy mielibyście za złe mężowi, że rozmawia z wami, gdy się kąpiecie?

Pamiętam jak mała córeczka naszych znajomych uczyniła kiedyś spektakularne wyznanie w kościele. Patrząc na swoich rodziców, zakreśliła rączkami przed sobą serduszko, mówiąc:

– Kocham was stąd aż do pupy – tu wykonała stosowny gest wskazujący wymienioną część ciała i zaprezentowała rozbrajający uśmiech.

Wszystko to bardzo głośno i stojąc przed ołtarzem:)

*  *  *

Tak właśnie powinniśmy Go kochać, zawsze i wszędzie, całym sobą, także swoim znużeniem, niemocą, słabością i milczeniem. Nie wtedy kiedy jesteśmy gotowi, by pójść na wizytę jak do starej ciotki, w schludnie uprasowanym ubranku, z umytą buzią i fryzurką z przedziałkiem.

Do Niego trzeba przyjść nawet w porwanych leginsach, rozciągniętej bluzie, z rozmazanymi na policzkach łzami i sianem we włosach. Bez stosownych póz, bez starannie przemyślanych formułek, bez krycia się za konwenansami.

– Przychodzę do Ciebie taki, jaki teraz jestem i wiem, że mnie przygarniesz bez wstrętu – szepnąć.