światy;)

 

– Ala z Zosią umówiły się, że jutro będą oglądały „Dumę i uprzedzenie” i razem szydełkowały – opowiadam zgromadzonej wieczorną porą rodzince – Zosia na razie umie tylko łańcuszek, ale Ala ma ją nauczyć.

Na tę wieść okropny grymas wypływa na twarz syna. Prawie jakby został porażony prądem;)

– To tak można czas spędzać? – pyta mieląc każde słowo jak coś niesmacznego:)

– Nie, synu!!! – oburzam się – Czas można tylko spędzać oglądając mecz z piwkiem w ręku i spluwając przez lewe ramię:)

Światy.

Stykają się czasem, ale nikt z tej z drugiej strony do końca nie pojmie co jest za płotem:)

A ja dziś plotłam wianki z koniczyny.

Równie niepojęte jak szydełkowanie😁 I spluwanie przez lewe ramię.

 

miedza

 

Nie sądziłam, że można w dzień wielkiego wesela prawie swojej córki siedzieć tak spokojnie na progu własnego domu, z kotem zwiniętym u stóp i płaszczem ze śpiewu ptasiego nad głową.

A jednak można.

Za chwilę wszystko się rozkręci, zawiruje, zatańczy, zalśni, strzeli kantem i lakierkami, sypnie kwiatami w oczy, zaśpiewa: Sto lat…

Ale teraz cisza. Jeszcze cisza i pokój w sercu.

Sukienki wiszą spokojnie na wieszakach, garnitur męża jeszcze w szafie, perełki rozłożone na stole druhny, ona właśnie pojechała do fryzjerki i na makijaż. Jeszcze chwila. Zrobię kawę, wypiję na progu domu. Miało padać, ale się rozmyśliło. Piękny dzień.

I pierwszy dzień wakacji.

Życie jest piękne. Wciąż się plecie, zaplata w coraz nowe warkocze, układa z dnia na dzień nowe cudne konstelacje zdarzeń. Czasem nas zaskakuje na chwilę, ale – też z czasem – się odnajdujemy. Nie sposób się z nim nudzić.

Bo myślaleś, że będzie deszcz, a tu pogoda jak malowanie, nastawiałeś się, że będzie ciężko, a poszło jak z płatka, obawiałeś się, a czas rozwiał twoje obawy jak poranną mgłę.

Albo inaczej – sądziłeś, że masz już plany na życie ustawione równiutko jak książki na półce, a tu ktoś je poprzekładał, niektóre zabrał, inne dostawił do kolekcji. Chciałeś słońca, a przyszła ulewa i koniec konców okazało się, że była potrzebna, choć zmyła ci głowę. Chciałeś z kimś iść tysiąc kroków, a rozstaliście się po stu. Rzuciłeś coś, a to wróciło jak bumerang.

 

„A wszystko przetykane jakby wstęgą miedzą zieloną, na niej z rzadka ciche grusze siedzą.” – jakby powiedział wieszcz.

Tak, w całym tym bogactwie życia nie oszczędzono nam takich miedz zielonych. Chwil takich jak ta, pomiędzy, gdy możemy odetchnąć, usiąść i po prostu być zanim zdarzy się kolejna przygoda. Z kubkiem kawy w ręku i kotem zwiniętym u stóp.

 

katedra

 

– Masz tutaj katedrę? – pyta najstarsze dziecię, grzebiąc w mojej szafie.

Wybiera się na spisanie protokołu ślubnego przed weselem Julii.

– Nie, chyba katedra poszła do prania. Ale jest tam chyba taka podobna do katedry. – odpowiadam.

– A to nie, to inną założę – odpowiada.

– A Mamma mia gdzie jest? – krzyczę w ślad za odchodzącą po schodach córką.

– Na górze, w garderobie – odkrzykuje.

😁

I gdyby nas ktoś teraz podsłuchał, pewnie zrobiłby oczy jak pięć złotych.

Co to za katedra, którą trzymają w tym domu w szafie? I dlaczego w garderobie śpiewa się tu „Mamma mia”?

A to po prostu nasze sukienki.

Bo mamy ich tyle, że niektórym musiałyśmy nadać nazwy żeby była jasność, o którą chodzi;)

 

naiwność

 

Ktoś ostatnio w przypływie złości nazwał mnie „naiwną”. Potem dodał, że stworzyłam sobie idealny świat, który nie istnieje.

I…nie poczułam bólu. To dziwne, że nie czujesz dźgnięcia, gdy ktoś ci je zadał. I zadał z intencją żeby bolało.

I… nie czuję też żalu do tej osoby. Przeżywa trudny czas, jest po rozwodzie, mnóstwo błędnych decyzji małych jak ziarnko piasku, które usypały się w pustynię wokół. Tak ciężko iść.

Wymieniliśmy parę twardych zdań, może można nazwać to kłótnią, choć nie wiem czy to dobry termin. I nagle jak po burzy, zrobiło się tak rześko i przestronnie, opadła zakurzona kurtyna, koniec gry.

Tak, czasem to naprawdę potrzebne. Powiedzieć co się myśli, bez udawania i gierek.

A potem cisza i spokój.

Nie gniewamy się, rozmawiamy. Jest normalnie.

Oboje mamy silne osobowości, więc tarcia są nieuniknione.

* * *

Więc jestem naiwna?

Nigdy tak o sobie nie myślałam. A może warto przemyśleć do końca na czym ta moja naiwność polega.

Oby na końcu tych przemyśleń była Twoja naiwność Jezu.

Tak Cię nazywali?

Też chciałeś stworzyć piękny świat, który wciąż jeszcze nie istnieje:) Ale będzie. Będzie istniał.

Wiemy to i Ty, i ja.

* * *

– Pojadę i powiem co o tym sądzę – zaperzył się mężulek, gdy mu opowiedziałam o tej rozmowie – To jedna z tych osób, które korzystają z naszej naiwności i dobrze na tym wychodzą.

– Nie, nic nie rób – poprosiłam – Wyjdzie, że naskarżyłam.

„Czy nie tak samo jest z nami i z Tobą, Jezu – pomyślałam dzisiaj – Wszyscy skorzystaliśmy przecież z Twojej naiwności. Bardzo. I wielu z nas nie czuje wdzięczności. A Ty nic nam nie wypominasz i nie cofasz łask”.

* * *

Wiecie, zadziwia mnie jak wszystko może być Ewangelią. Nawet takie trudne rozmowy mogą nam otwierać tajemnice Boga i prowadzić naszą myśl ku Niemu.

Dlatego warto wszystko przemyśleć. Raz, drugi, trzeci… Przemyśleć i przemodlić. Zapytać: Po co się to stało i czego mogę się nauczyć?

 

A dziś w psalmie jeden z moich ulubionych wersetów, że „moje serce napomina mnie nawet nocą”:)

 

 

stówa

 

Wczoraj było święto jednego z naszych wielkich przyjaciół i wspomożycieli – św. Antoniego.

Ostatnio dużo o nim pisałam, ale muszę dodać jeszcze jedną historię, bo to pierwszy raz w moim życiu, gdy Antoni znalazł zgubę, zanim poprosiłam go o pomoc:)

To zdarzyło się również na ostatniej wycieczce.

Gdy robiłam tzw. nalot na pokoje ( wiecie, wieczorny obchód czy wszystko ok, wszyscy pomyci, w swoich pokojach szykują się do nocnej ciszy:), moją uwagę zwróciło zbiegowisko na hotelowym korytarzu. Grupka uczniów głośno ( mimo zbliżającej się ciszy nocnej) deliberowała nad czymś, a najdonośniej Maja, znana z tubalnego głosu i niepohamowanego temperamentu.

– Idź do pani Rut!!! – krzyczała – ona ma specjalne moce i zaraz ci znajdzie.

Zaciekawilo mnie to, więc poszłam w ich kierunku.

– Co się stało? – zapytałam.

– Oj, bo zgubiłem stówę i nie mogę znaleźć – wyznał strapiony Filip.

– A ja mu mówiłam żeby szedł do pani, bo pani się pomodli – pochwaliła się Martynka.

Uwierzcie mi, że z trudnością hamowałam wybuch śmiechu. Bo pewnie mi nie uwierzycie, ale pół godziny wcześniej do naszego pokoju zapukał Mati i powiedział, że znalazł stówę, nie wie czyja, więc przyniósł do nas.

Trochę nie miałyśmy pomysłu z Bellą jak znaleźć prawdziwego właściciela, więc pieniądze położyłyśmy na biurku i miałyśmy się zastanowić później.

– No dobrze Filip – powiedziałam spokojnie – to ja teraz pójdę i porozmawiam ze św. Antonim o twoich pieniądzach.

– Ale niech pani idzie do mojego pokoju.

– Nie, nie – zaprotestowałam – muszę iść do mojego, bo tylko tam są te specjalne moce – mrugnęłam okiem i zeszłam po schodach.

Po paru minutach przyniosłam zgubę jej właścicielowi, a ten ze szczęścia omalże nie skakał.

– Ale – wtrąciła stojąca za moimi plecami Bella – w twoim imieniu obiecałyśmy św. Antoniemu, że za każdym razem, gdy coś zgubisz, będziesz prosił go o pomoc.

– Dobrze – przytaknął szczęśliwy posiadacz stówy.

Stadko uczniów nie mogło uwierzyć w to, co się stało.

– Ej, pani pewnie dała ci swoją stówę – podejrzewał Emil.

– Nie zarabiam aż tyle żeby wam rozdawać pieniądze – zaśmiałam się i poszłam.

A sława świętego Antoniego rozeszła się lotem błyskawicy😇

Zasługuje na to jak nikt inny:)

Nie wspomnę bowiem ile razy w ciągu tego wyjazdu uratował nas od ulewy, burzy i nawałnicy, a czarne chmury nad nami zamieniał w puszyste baranki. Wystarczyło tylko westchnąć: „Pomóż święty Antoni” i działy się cuda.

Teraz wzdycham do niego w innej sprawie i ufam, że szybko wysłucha.

 

 

 

 

 

łaski drogi

 

Przepraszam, że tak długo nie piszę. To nie dlatego, że dzieje się coś złego. Po prostu dzieje się tyle, że nie wiem już o czym pisać.

Ale pomyślałam, że dziś opiszę wam jedną z historii ostatnich dni, która mnie bardzo poruszyła.

Nie wiem czy pisałam, że po raz drugi pojechałam na szkolną wycieczkę, niemal tą samą trasą, tyle, że z innymi klasami i innymi koleżankami. No i… wcale mi się nie nudziło. Teraz mogłam skoncentrować się na szczegółach i detalach, dooglądać to, na co ostatnio tylko przelotnie rzuciłam okiem. To naprawdę cenne, by wrócić jeszcze raz w te same miejsca i zaprzyjaźnić się z nimi bliżej.

Ale nie o tym chciałam wam opowiedzieć.

* * *

Pewnego ranka, tak chyba trzeciego dnia wycieczki, jeden ze starszych uczniów zagadnął mnie na szlaku:

– Czy mogłaby Pani przyjść dziś do naszego pokoju i pomodlić się z nami?

Byłam nieco zdumiona. Po pierwsze dlatego, że w mojej karierze nauczyciela zdarzyło się to po raz pierwszy, po drugie zaś dlatego, że prośba wyszła z ust ucznia, o którym wiem, że rodzina jest niepraktykująca, a on prawdopodobnie nie był w kościele od pierwszej komunii. Na religię jednak przychodzi:)

Nawet podejrzewałam, że to jakiś rodzaj żartu z jego strony.

Umówiliśmy się wstępnie na wieczór i więcej o tym w ciągu dnia nie rozmawialiśmy. Byłam przekonana, że szybko o tym zapomni.

Ale myliłam się.

Gdy wieczorem, już w pidżamie siedziałam w łóżku, w moim pokoju, nagle ktoś zapukał do drzwi. To był ten uczeń wraz z innym kolegą.

– Przyjdzie Pani pomodlić się do nas? – zapytali ponownie.

– Tak, oczywiście – zgodziłam się.

– A może przyjść jeszcze kilka innych osób z naszej klasy?

– Jasne.

Gdy dowiedziała się o tym Inka, zdecydowała od razu:

– Ja też idę, jestem ich wychowawcą.

I poszłyśmy.

W pokoju już czekało na nas spore stadko siódmoklasistów. Rozlokowani na tapczanach i podłodze czekali. Odmówiliśmy wspólnie różaniec i trzymając się za ręce w kręgu – Pod Twoją obronę.

Inka się wzruszyła.

– Wiecie – powiedziała na koniec spotkania – ja jako wychowawca codziennie się za was modlę, ale to chyba pierwszy raz kiedy wy pomodliliście się za mnie.

– Weźcie i moją klasę – poprosiła Marynia, gdy opowiadałyśmy po powrocie do swego pokoju.

Sprawa jednak sama się rozwiązała, bo następnego dnia przyszly do mnie dziewczynki z klasy Maryni i zapytały:

– Dlaczego pani nie przyszła wczoraj do nas się pomodlić? My też chcemy:)

No więc umówiłam się z nimi, że tego wieczoru przyjdę specjalnie do nich.

W ciągu dnia podchodziły kolejne osoby i pytały czy mogą też przyłączyć się do modlitwy, więc znowu umówiliśmy się w pokoju chłopaków.

A oni znowu wieczorem przyszli wcześniej, zapukali do mojego pokoju i przypomnieli, że „dziś też się modlimy proszę pani”.

Tym razem poszłyśmy już we trzy: ja, Inka i Marynia. Zastałyśmy pokój tak wypełniony naszymi uczniami, że brakowalo powietrza do oddychania:) Kazałyśmy więc uchylić okno i odmówiliśmy razem koronkę do miłosierdzia, dziesiątek różańca i Pod Twoją obronę.

To był niesamowity widok. Młodzi ludzie siedzący we wszystkich kącikach pokoju, na podłodze, pod oknem i w skupieniu modlący się razem z nami.

To jest jeden z tych widoczków, które zapamiętasz na całe życie. Może nawet bardziej niż śliczny Wodospad Kamieńczyka, rozległy widok ze szczytu Śnieżki, uciekające spod nóg drzewa, gdy wjeżdżasz kolejką w Kapaczu, dostojne zabytki Pragi czy tańczące fontanny wrocławskie.

Może nawet bardziej odciśnie się to w moim sercu niż wszystkie te cuda ziemi.

Dlatego jestem wdzięczna, że mogłam pojechać jeszcze raz w te same miejsca. Bo każda droga jest inna i przynosi inne łaski. Można co dzień przemierzać tę samą trasę i co dzień będzie dla nas inna i w inny sposób nas pobłogosławi.

 

 

 

 

 

 

Indianie:)

 

Nie nadążałam już z podlewaniem kwiatów i ogródków. Upały niemiłosierne i ani kropli deszczu.

Wczoraj więc przypomniałam sobie stary indiański sposób na wywoływanie deszczu:) Otóż, zauważyliśmy już jakiś czas temu, że gdy tylko umyjemy okna dachowe ( a robimy to najwyżej dwa razy w roku), zawsze potem pada.

Naszykowałam więc wiadro z wodą do mycia ram, ściereczki i płyn do szyb. Mąż powyjmował liście z kołnierzy okiennych i zabrałyśmy się za pracę. W okrojonym żeńskim składzie, bo bez Alusi, która właśnie pojechała w Bieszczady.

Okien jest cztery, więc mycie ich, łącznie z uprzątnięciem pokoi, zajmuje ponad godzinę.

Gdy tylko to uczyniłyśmy, niebo nagle zaczęło ciemnieć, a po kwadransie pojawiły się pierwsze krople. Nieśmiało sobie kapały, przerywając raz po raz, więc, by je rozochocić, wywiesiłam jeszcze prowokacyjnie cały sznur świeżo upranych ręczników i ściereczek.

No i się zaczęło:)

Poszła taka zlewa, jakiej już od dawna potrzebowała cała okolica.

Dziś pomyłyśmy okna na parterze domu i efekt był identyczny. Już trzy razy padało. Kolejne pranie wisi na sznurze, a z daleka już słychać pohukiwania burzy👍

Wniosek jest jeden. Choć mamy już XXI wiek, wciąż stare indiańskie metody się sprawdzają:)

Polecam jeśli u was nadal sucho.

 

pełnia

 

Pełnia księżyca. I trzecia z kolei bezsenna noc. Wujek i siostra lunatykowali, ty tylko nie możesz zasnąć;)

Przy okazji zamartwiasz się o cały świat. No bo kto się ma zamartwiać? Pan Bóg:)

Walczysz o każdą kroplę snu, aż o czwartej nad ranem w końcu się poddajesz.

Słońce przesiewa się już przez lniane zasłony i słyszysz poranną piosenkę ptaków. Wstajesz, naciągasz sweter, robisz kawę, siadasz przy uchylonych na tarasik drzwiach. Karmisz kota i zasłuchujesz się w potrójną piosenkę dudka.

Tak, jest prawdziwy:) A jako dziecko myślałaś, że to ptak z bajki. Teraz już wiesz, że on istnieje. Uśmiechasz się do tego wspomnienia i zaraz przychodzi myśl: jak po takiej nocy, przetrwasz ten dłuuugi dzień.

A potem przychodzi myśl inna: „Skoro On daje bezsenne noce, da też łaskę przejścia dnia”. I uspokajasz się.

Kawa stygnie w kubku. Smuga światła przecina trawnik.

Po niej przechodzisz.

 

dżungla

 

Życie jest bujne jak pnącze na wiosnę. Jak nasz winobluszcz pięciolistkowy lub wisteria, które oplatają coraz bardziej nasze patio zieloną koroną liści. Gdyby ich nie okiełznać, nie próbować odpowiednio pokierować, tu i tam przyciąć, mieszkalibyśmy już zapewne w dżungli i mielibyśmy problem ze znalezieniem drzwi wejściowych do domu.

Ostatnio tak – nie mogąc już sobie poradzić z wisterią oplątującą wszystko – przerzuciłam jej gruby sznur na balkon i pozwoliłam po nim zaplatać się na górę. Skorzystała skwapliwie:)

Ale mój mąż był nieco mniej zadowolony ( kiedy już sznur zauważył, czyli po jakichś trzech dniach;)

– Nie będę mieszkał w buszu – odezwał się srogo.

– A to teraz jest już jakby za późno na takie deklaracje – odparłam z uśmiechem – Od lat żyjemy w buszu:)

 

I wisteria została. Wciąga się po sznurze zielonym mocnym uściskiem i zapewne jeszcze w tym sezonie oplecie nasz balkon.

Dżungla.

Od rana do późnego wieczoru śpiew ptaków i ich trajlowanie. Kolory wlewają się do domu przez olbrzymie okna, zaglądają doń kolejne rozkwitające krzewy i kwiaty w domiczkach. Fiołki wewnątrz domu też nie chcą być gorsze i jeden po drugim wypuszczają kwiatowe pączki.

Koty śpią na nowych kanapach, gdyż – mimo naszych protestów i tłumaczeń – uznały, że są to meble zrobione i ustawione specjalnie do ich dyspozycji. Dobrze, że przezornie kupiłam poduchy w kolorze ich sierści i nie widać tak puchu, który w dużych ilościach wychodzi z naszych futrzaków:) Są zupelnie jak dmuchawce – pylą i pylą aż do samej zimy:)

Ale gdybyż ta bujność życia ograniczała się tylko do tego, co już opisałam.

Nie ogranicza się zaiste.

Nasze ludzkie sprawy są równie bujne, puszące, oplatające wszystko, kwitnące i angażujące 24 godziny na dobę. Z tego wszystkiego trudno mi zasnąć wieczorem, bo tyle się kotłuje w głowie.

Ale o tym napiszę może innym razem, bo na razie brak mi słów. Bo łatwiej jest opisać bujne życie wisterii czy panoszące się istnienie kotów niż to, czym jest nasze życie.

Więc może innym razem:) Jak już znajdę czas i słowa do tego potrzebne.

 

detale

 

Lubię takie detale, drobiazgi położone gdzie niebądź, zatrzymujące wzrok, nieoczywiste, przenoszące w oka mgnieniu gdzieś indziej.

Kłujący owocnik jadalnego kasztana, znaleziony – nie wiedzieć czemu – na spacerze w lesie. Gdzie u nas jadalne kasztany? I skąd się wziął na ścieżce w naszym lesie? Zagadka nierozwikłana. Bo nie wszystko trzeba rozwikłać.

Trzy szyszki żeńskie zerwane z sosny w sadzie, gdy na początku maja oglądałam gałązki, by zrobić syrop na kaszel. Niestety było już zbyt późno – kwiaty męskie pyliły.

Kłębek sznurka. Uwielbiam sznurki. Lubię je mieć. Różne. Przydają się tak często i na tak wiele sposobów, że dom bez zapasu sznurka nie jest do końca wyposażony;)

I wszystko to na małym stoliku, obok bukietu z polnych kwiatów.

Drobiazgi.

Bóg też je kocha. Dlatego tak nas umiłował.