serce w nodze

 

Od gór wolę niziny, zamiast szczytów – kwietne łąki i falujące pola, ale tym razem góry mnie zachwyciły.

Może dlatego, że Błędne Skały i Skalne Miasto mają w sobie tyle tajemnic, uroczych zakątków, niespodziewanych dróg. Mają w sobie i nagość skał i bujność zieleni, i bezbrzeżny błękit nieba i małe oczka jeziorek. Jest w nich majestat i wielkość, a jednocześnie przytulność dająca ukojenie i poczucie bezpieczeństwa. Wędrowanie tam przyniosło mi o wiele więcej radości niż rozległe widoki ze szczytu Śnieżki.

Pewnie dlatego wciąż jeszcze śnią mi się te obrazki. Nieprawdopodobne formacje skał, ciasne tuneliki między nimi, wąska ścieżka pod nogami, paprocie i jagodzińce w najbardziej niespodziewanych miejscach, strumyczek nie odstępujący od nogi jak wierny pies.

Moja wyobraźnia została nasycona i napojona o brzegi. A mimo to wracałam do domu z niedosytem, pragnąca jeszcze więcej.

Może więc czas… Może w tym roku…

Zobaczymy:)

* * *

Nawet nasi uczniowie, wciąż utyskujący, że to za wysoko, za daleko, za trudno nie zmniejszyli mojej radości z przebywania tam.

I moje ulubione pytanie: „Po co tam idziemy?”:) Nawet nie policzę ile razy je słyszeliśmy:)

– Damy radę – powtarzałam zasapana, gdy raz po raz zatrzymywali się na szlaku, mówiąc, że już nie pójdą ani kroku dalej – Damy radę, parę oddechów, odpoczniemy i ruszamy – mówiłam.

I ruszaliśmy znowu.

– Skąd wiesz, że nie dasz rady tam wejść? – pytałam w drodze na Śnieżkę – Próbowałeś?

– Nie.

– No to spróbuj. Dowiemy się na szczycie. Tak naprawdę nie wiemy na ile nas stać, dopóki tego nie sprawdzimy. – tłumaczyłam. I szliśmy dalej.

I weszliśmy. Zmęczeni, bo pokonaliśmy własną słabość, własny rwący się oddech, drżenie mięśni, pot na czole. A potem wszyscy dzwonili ze szczytu do swoich rodziców z nowiną, że udało się!!! weszli!!!

– Proszę pani, bije mi serce w nodze! – zdziwiła się Amelka.

– Pierwszy raz to czujesz? – śmiałam się.

– Tak.

Może warto było właśnie dlatego. By po raz pierwszy serce zaczęło bić w nodze;)

Na tym też polega wychowanie: pokazać człowiekowi jak jest silny i choć mały, jak na wiele go stać.

I że największe z naszych zwycięstw to pokonać siebie.

 

leginsy

 

Po ciężkim dniu wycieczkowym układamy się już powoli z moją koleżanką Renatką do snu, gdy nagle nad naszymi głowami rozbrzmiewa dziewczęcy chórek, wyraźnie i zapałem coś recytujący. Ściany i sufity na naszej kwaterze są prawdopodobnie wykonane z tektury lub czegoś podobnego, bo gdy ktoś puknie w ścianę na drugim krańcu budynku ( chłopcy podrywający w ten jakże subtelny sposób dziewczynki:), my słyszymy to w naszym pokoju z takim wzmocnieniem, jakby ktoś przeprowadzał remont przy użyciu młotka. Dodam, że o 23 w nocy;) I dodam, że tegoż remontu nie pozwoliłam chłopcom dokończyć:)

 

Teraz przez nasz sufit sączą się dyszkanciki dziewczęce, a swój występ kończą frazą:

– „…ale wspomagaj nas w naszych troskach i kłopotach. W imię Ojca i Syna i Ducha świętego. Amen”

Zaczynamy się obie śmiać z Renią, pokazując palcem na sufit.

– Idę, zapytam czy to one – postanawiam i biegnę po schodach na górę.

– Tak, proszę pani – przyznają się od razu cztery dziewczynki.

– Bo pani nam opowiadała, że święty Antoni pomaga znaleźć zgubione rzeczy – tłumaczy Daria – a Wiktoria zgubiła czarne leginsy.

– Tak – dodaje Amelcia – a my już wszystko przeszukałyśmy i nic. I wtedy przypomniałyśmy sobie co pani mówiła.

– A wy znacie na pamięć modlitwę do św. Antoniego? – pytam jeszcze zdziwiona.

– Znalazlyśmy w intenecie i razem odmówiłyśmy – śmieją się dziewczynki.

– A, to jak tak, to możecie być spokojne – stwierdzam – leginsy na pewno się znajdą.

– No nie wiem – powątpiewa Amelka – my już naprawdę wszystko przeszukałyśmy kilka razy, i pod łóżkami, i w szafie, w łazience…

– Możecie już przestać szukać – przerywam jej – Antoni już sobie teraz sam poradzi.

 

I jak myślicie? Poradził sobie?

Leginsy znalazły się same, już w innym hotelu. W walizce Darii:)

 

Niezrównany święty Antoni😇

 

życie jabłoni

 

Przekwitły tulipany, szafirki i narcyzy, kwitną jeszcze bzy, judaszowiec, bratki we wszystkich doniczkach, stokrotki na trawie jak słoneczka.

I nasz co rok chorujący kasztanowiec. Żyje ze swoją dolegliwością i dzielnie zakwita co roku i co rok jesienią przynosi parę garści kasztanów. Jest w tym uroczy i jest dla mnie kolejną lekcją z lekcjonarza życia, tą pod tytułem: „Można być ciężko chorym i przynosić obfity owoc.”

I jeszcze nasze stare jabłonie, niektóre rozpłatane na pół, ze śmiertelnymi ranami nie do uleczenia, kwitną regularnie i obdarowują nas co drugi rok mnóstwem jabłek.

„Nawet będąc śmiertelnie rannym, można kwitnąć i przynosić owoc”. – szepczą, gdy spaceruję w sadzie.

Tamaryszek powoli zmienia się różową chmurkę, azalie obnażają swoje wdzięki, czosnki ozdobne chwieją się fioletowymi pomponami, winobluszcz zielonymi ramionami oplata nasze patio, krzewuszka czeka jeszcze w różowych pąkach, a kalina tworzy już białe rozetki.

I- jak zwykle o tej porze roku – czekamy z nadzieją, że któraś z naszych paulowni zakwitnie choć jedną liliową trąbką. I zakwita. Ma ich aż cztery. Cieszymy się jak dzieci, z głowami zadartymi do góry:)

Jedno następuje po drugim. Gdy coś przekwita, w jego miejsce pojawia się inne, kolory mienią się co dzień inne, życie nie zamiera, lecz płynnie się zmienia. Co dzień inne, lecz równie piękne.

Tak samo my.

Powoli przekwitamy, a na naszym miejscu pojawiają się piękne odrosty z naszych korzeni – młode, świeże krzewy obsypane kwieciem.

Życie naszych dzieci z roku na rok bujnieje, są już zupełnie samodzielnymi bytami, niezależnymi od nas, wyrosłymi z nas, lecz nie będący naszą częścią. Nie muszą już pić naszych soków, wytworzyły własny krwioobieg, są już w innym ekosystemie. Miło na to spojrzeć jak sobie radzą z życiem, jak się zmagają, dokonują wyborów, jak rosną, mężnieją i zwyciężają.

A my jak te stare jabłonie. Jeszcze kwitniemy, ale coraz bardziej krusi. Nie wiemy czy następna burza nie będzie naszą ostatnią i ile wiosen jeszcze nam zostało.

 

 

w przeddzień

 

Nusia wraca do domu po dwóch dniach nieobecności. Została zaproszona przez koleżankę na ognisko, ale pomyliła dni i pojechała dzień wcześniej, z czego obie skwapliwie skorzystały uznając, że spędzenie dwóch dni razem jest zdecydowanie lepsze niż dnia jednego.

Dodam, że obie od wtorku piszą matury.

Kasztany kwitną już na potęgę:)

Więc tata odbiera Nusię po tych dwóch dniach i wiezie do domu, a w aucie gawędzą sobie.

Córka opowiada w jak ciężkim stresie są jej koleżanki z klasy. Oczywiście z powodu egzaminu dojrzałości.

– Co chcesz – wtrąca rodziciel – To byłoby nienormalne, jakby się ktoś nie stresował wogóle.

– Dzięki – odpowiada nieco urażona Hania.

No i taka jest właśnie prawda o naszej średniej córce.

Typ wyjątkowo odporny na nerwy:)

 

 

Ewangelia dnia

 

Msza w małym kościółku.

Siadamy na ławeczce na dworze. Jest pięknie. Przed nami rozległy trawnik, a za murem widok na stary park. Śpiewają ptaki, brzęczą pszczoły jak złote dzwoneczki, raz po raz świdruje przy uchu komar. Patrzymy na bawiące się na trawce małe dzieci.

Oto chłopczyk prostuje dmuchawiec. Najpierw go podeptał, a teraz biorąc za główkę, ustawia do pionu, dmuchawiec zaś wdzięcznym mdlejącym ruchem ponownie opada. I tak po wielokroć. Ku rozpaczy malca.

Trudno było wytrzymać, by się nie śmiać, choć akurat trwała msza święta.

Czasem Bóg nam podsuwa inną Ewangelię niż ta, która akurat jest w czytaniach z dnia. Też trzeba jej wysłuchać, ujrzeć, pomedytować nad nią chwilę.

Nad tym jak czasem frywolnie podepczemy coś ważnego, a potem dziwimy się jak to było kruche i że ciężko lub niemożliwe jest to naprawić.

Są rzeczy tak koronkowe i misterne jak dmuchawiec na łące. Może to być nasze zdrowie, nasze małżeństwo, zaufanie drugiej osoby, podeptana wiara, której uczyli nas nasi rodzice. Możemy tak zdeptać całe lata naszego życia, a potem dziwić się i smucić, że zostawiliśmy za sobą tylko ruinę i klepisko.

Ale… jest coś, co nas odróżnia od chłopczyka z dmuchawcem.

Bo nasze wspomożenie w imieniu Pana.

On, nawet największej kalece i najbardziej okaleczonej sytuacji przyjdzie na pomoc, jeśli tylko zawołamy. A dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych.

Pan Zastępów, który grzmi w wodospadach, lśni w kroplach rosy nad ranem, który tęczę jak łuk rozpina, mieszka na niedostępnych szczytach i zna najodleglejsze głębiny oceanów… Co dla Niego jest zbyt trudne? co dla Niego nieosiągalne? jakie zgliszcza zbyt spalone? jaka pustynia zbyt wyschnięta? jaka rana nieuleczalna? jaka pułapka bez wyjścia?

Wołaj więc, a przyjdzie!!!

Podźwignie ciebie i wszystkie kruche dmuchawce, które głupio zdeptałeś.

Taką Ewangelię wczoraj przeczytałam i taką homilię usłyszałam:)

 

 

trucizna

 

Taką opowieść z życia świętego Antoniego usłyszeliśmy kiedyś w Radecznicy.

Historia ta opowiada o tym jak niemalże zostal otruty.

Nawołując bowiem gorliwie do nawrócenia i piętnując grzeszne życie, naraził się pewnemu możnemu i proporcjonalnie do majętności niegodziwemu człowiekowi. Ten tak go znienawidził, że pewnego dnia urządziwszy przyjęcie, zaprosił nań świętego i kazał postawić przed nim talerz z zatrutą zupą.

Myślał, że w ten sposób za jednym zamachem pozbędzie się i wroga i wyrzutów sumienia, jakie w jego sercu wzbudzały kazania Antoniego.

Antoni jednak, zanim sięgnął łyżką po strawę, wstał i powiedział:

– Duch święty objawił mi, że kazałeś dodać do mojego talerza trucizny, ale teraz na twoich oczach zjem to, a Bóg wybawi mnie od śmierci.

Po czym krótko pobłogosławił stół i jedzenie i zaczął jeść.

Oczywiście eksperyment zakończył się szczęśliwie dla obu, gdyż Antoni w dobrym zdrowiu żył jeszcze wiele lat, a nikczemnik, który chciał go otruć, nawrócił się.

* * *

Podczas pandemii mój lekarz, który uważał, że covid jest wymyślony, chorzy udają chorych, umierający- umierają na niby, a szczepionka to trucizna, ostrzegał mnie, że jeśli się zaszczepię, umrę w 2024 roku, bo to jest już ukartowane.

– Umrze pani – straszył mnie.

– Liczę się z tym panie doktorze – odpowiadałam spokojnie, bo przecież każdy z nas umrze.

Zostałam zwyzywana przez niego od wariatek, a gdy zachorowałam na covid – wyśmiał mnie, że udaję i powiedział, że moje objawy to tylko wpływ pogody.

Podobnych ludzi spotkałam wielu. Może działali w dobrej wierze, lecz siali zamęt i panikę.

A ja musiałam się zaszczepić, ufając, że preperat – choć może nie do końca sprawdzony i nie do końca przebadany – nie uczyni mi krzywdy.

Musieliśmy się zaszczepić i ja i mój mąż, który w tym czasie miał być poddany kolejnej ciężkiej operacji związanej z nowotworem, i nasza najstasza córka, która pracowała wówczas w szpitalu.

Przypominałam sobie wtedy tę historię o Antonim i tak jak on polecałam siebie i moich bliskich Bogu.

” a jeśli by co zatrutego zjedli, nie będzie im szkodzić” – powiedział kiedyś sam Jezus.

Zaszczepiłam się dwukrotnie, też w dobrej wierze i pokładając ufność w tych słowach.

* * *

Ten lekarz zmarł nagle na początku tego roku.

Był mniej więcej w moim wieku, więc było to zaskoczeniem dla wszystkich.

Ja wciąż żyję.

Rok 2024 jeszcze się nie skończył, więc wszystko się jeszcze może zdarzyć. Ale póki co, żyję i dobrze się miewam:)

Jak Antoni po zatrutej zupie.

Bo, gdy nie mamy wystarczającej wiedzy ani doświadczenia, gdy nasz rozum zawodzi i jesteśmy w przysłowiowej kropce, nasz ratunek jest w imieniu Pana i w ufności w Nim pokładanej.

 

Ps. Codziennie modlę się o wieczny odpoczynek dla mojego byłego lekarza. Był dziwnym człowiekiem, mieszanką dobroci i jakiegoś szaleństwa. Nie było w nim pokoju. Jeśli będziecie pamiętali, to i Was proszę o modlitwę🙏

 

kwiatki świętego Antoniego

 

Dziś o świętym Antonim, bo naprawdę jestem mu to już od dawna winna.

Jest niesamowitym opiekunem. Bardzo cichym i 100- procentowo zainteresowanym każdym, najmniejszym szczegółem naszego życia.

Nie pomija też oczywiście spraw wielkich:)

kwiatek 1

Moja bliższa znajomość z nim zaczęła się w Padwie, u jego grobu. Byłam tam wieki temu, jeszcze na studiach, z moimi kolegami i koleżankami z roku. Oczywiście byłam zawsze wychowana w przeświadczeniu, że święty Antoni jest patronem od rzeczy zgubionych, więc wyciągnęłam jakże logiczny wniosek, że musi pomagać też w odnajdywaniu się zagubionych życiowo czy znajdowaniu rzeczy dobrych.

Stając przy jego grobie, byłam nieco zagubiona. Zupełnie nie wiedziałam jakie jest moje miejsce w życiu. Studia – to było dla mnie oczywiste były dobrą drogą, ale co po nich, co dalej?

I westchnęłam wtedy tylko w duchu: „Pomóż mi znaleźć moją drogę życiową”.

I choć westchnienie było cichutkie, Antoni ma doskonały słuch.

Miesiąc po powrocie z Włoch, mój dzisiejszy mąż zaprosił mnie na pierwszą randkę, a po 2 latach byliśmy małżeństwem:) Droga pojawiła się jak na zawołanie i wciąż prowadzi mnie przez życie. Już ponad ćwierć wieku.

* * *

kwiatek 2

Ostatnio w przedszkolu moja koleżanka Kasia szepnęła mi na odchodne:

– Rut, pomódl się proszę, bo dziś mamy występ, a ja zgubiłam litery do dekoracji. Wszystkie szafki już sprawdziłam. Nigdzie nie ma.

( Tak, tak, to poważny problem. Zrozumie to tylko ten, kto był nauczycielem lub organizował jakieś przedstawienie)

– Święty Antoni – podpowiedziałam i jej i sobie, a potem, obejmując ją ramieniem w progu sali, pomodliłam się króciutko – Antoni, pomóż Kasi znaleźć te literki. Wiesz, że są jej bardzo potrzebne.

I tyle. Musialam biec szybko, bo już czekali na mnie w szkole.

I na pierwszej lekcji dostaję sms od Kasi: Rut, mam literki! Antoni pomógł!

* * *

kwiatek 3

Którejś słonecznej niedzieli założyłam komplet biżuterii, który moja Alusia dostała od koleżanki. Było pięknie, więc po obiedzie poszłam pospacerować po podwórku i sadzie. Zajrzałam do wszystkich ogródków, okrążyłam wszystkie kwitnące drzewa w sadzie, zrywałam kwiatki. Lecz, gdy wróciłam do domu, nagle spostrzegłam, że nie mam jedego kolczyka. Ślicznego, srebrnego z czerwonym oczkiem.

Szkoda mi go było, więc natychmiast wyszłam z domu i jeszcze raz obeszłam wszystkie zakątki, teraz już schylona w pół i ze wzrokiem utkwionym w ziemi i trawie. I nic:( Sprawa beznadziejna. Kto znajdzie mały kolczyk na tak wielkiej połaci obrośniętej bujnie wszelkiego rodzaju roślinnością?

Smutna wróciłam do domu i – nie mając zbyt wielkiej nadziei – poprosiłam o interwencję Antoniego.

Trochę mi jednak wstyd wzywać świętego do spraw tak błahych i próżnych jak kolczyk. Bo mi się wydaje czasem, że ja mu gitarę zawracam takimi drobiazgami, a tam gdzieś na drugim końcu świata może mama szuka zgubionego dziecka, albo ktoś zgubił drogę do Boga.

Ale Antoni ma chyba nieograniczone możliwości i nie wyrzuca do kosza nawet najmniejszych petycji ani próśb, bo…

Po południu przyjechali znajomi, wypiliśmy herbatkę, zjedliśmy kawałek ciasta i chciałam mojej koleżance pokazać kwiatki, więc wyszłyśmy na dwór. I kilka kroków od progu domu krzyknęłam i podskoczyłam. Moja znajoma też odskoczyła, bo przestraszyła się, że zobaczyłam węża w trawie.

Ale powód mojego zaskoczenia był inny. W trawie coś lśniło. To zgubiony kolczyk patrzył na mnie figlarnie swym czerwonym oczkiem:) Jakby mi go ktoś podrzucił prosto pod stopy.

– Święty Antoni! – krzyknęłam i opowiedziałam koleżance całą historię.

* * *

kwiatek 4

Dziś siedziałam sobie wczesnym popołudniem na patio, odmawiałam różaniec, gdy nagle zauważyłam, że do sypialni wleciała pszczoła i obijając się o szybę, próbuje się wydostać. Okno było uchylone, ale ona nie mogła znaleźć szczeliny. Powinnam wstać, pójść do domu, zestawić wszystko z parapetu (czyli dużą figurkę Maryi i 20 doniczek z fiołkami – mam małą plagę urodzaju:) i spróbować ją wygonić, bo inaczej skończy się to jej śmiercią.

Tym bardziej, że widziałam ją walczącą o wolność już godzinę temu. Ale wtedy byłam zajęta sprzątaniem.

Teraz, na patio naprawdę nie chciało mi się znowu przerywać modlitwy. I tak już przerywałam ją kilka razy. A to żeby dokończyć zupę, potem żeby zebrać pierwsze pranie i rozwiesić drugie…

Więc szepnęłam tylko cicho w imieniu pszczoły: – Święty Antoni, pomóż jej znaleźć drogę wyjścia, żeby nie zginęła.

I – uwierzcie mi – nie minęła minuta, gdy nagle zobaczyłam ją jak wychodzi. Nieco otumaniona pokręciła się po szybie i odleciała.

Ach, Antoni!

I takich drobiazgów mogłabym opowiadać wam wiele.

* * *

kwiatek 5

Na koniec jednak opowiem Wam o cudzie uzdrowienia, jakiego doświadczyłam za przyczyną św. Antoniego w Radecznicy. To jest przepiękne miejsce, które odkryliśmy zupełnie przez przypadek wiele, wiele lat temu i do którego już tyle razy wracaliśmy. Jest w nim jakaś niezwykła siła przyciągania. Dodam, że jest to jedyne miejsce na świecie, w którym święty osobiście się objawił i sam poprosił żeby zbudować kościół, a on będzie rozdawał tam wielkie łaski. I rozdaje.

Mnie łaski zdrowia udzielił po tym jak pewnego grudnia połamałam rękę, idąc do kościoła. To było złamanie otwarte i jeszcze tej samej nocy byłam operowana, a w rękę wbito dwa haki dla stabilizacji kości. Długa rekonwalescencja, ręka usztywiona na wiele tygodni. Kiedy jednak zdjęto już wszystkie opatrunki, gips, wyjęto haki i wydawało się, że wszystko powinno być na dobrej drodze, pojawiły się uporczywe bóle w nadgarstku. Minęło już wiele miesięcy od operacji, a ból dokuczał mi co dzień i utrudniał najprostsze czynności.

I znowu nadarzyła się okazja, by odwiedzić Radecznicę. Nie, nie specjalnie, by prosić o uzdrowienie. Nawet o tym nie pomyślałam:) Po prostu już się stęskniliśmy za tym miejscem.

Ale gdy już klęczałam w ławce sanktuarium, nagle pojawił się znowu ten ból. Jakby sam się dopraszał interwencji. Więc poprosiłam: „Pomóż mi”.

Ból zaczął się zmieniać w ciepło otaczające całą dłoń, jakby ktoś chwycił mnie swoją ciepłą dłonią i ogrzał chore miejsce.

A potem ciepło i ból zniknęły.

Gdy wracaliśmy już do domu, auto zaczęło podskakiwać na wybitej drodze i nagle ból znowu chwycił za rękę. Lecz wiem, że wtedy potrzeba decyzji wiary, bo to jest pokusa do zwątpienia. Powiedziałam więc sama do siebie:

– Jestem zupełnie uzdrowiona. Moja ręka jest zdrowa.

Wtedy ból zniknął i nigdy więcej się nie pojawił w tym miejscu. A minęło już osiem lub dziewięć lat od tego czasu:)

* * *

Sami więc widzicie, że jestem wielokrotną dłużniczką świętego z Padwy. A mój dług mogę w malutkim procencie spłacić, opowiadając o nim i dodając innym ufności w jego opiekę i wstawiennictwo.

Mam nadzieję, że i wy poczuliście się otuleni jego dobrocią i troską.

 

 

takie kwiatki:)

 

Siedzimy niedzielnym rankiem przy stoliku w salonie. Na stoliku koronkowa serweta, na serwecie szklany wazon, w wazonie pęk białego i liliowego bzu pachnie. Jego słodki zapach miesza się z czarnym gorzkim naszej kawy. Mężulek pije ze swojej ulubionej filiżanki z wymalowanym kwiatem magnolii, a ja jak zawsze – z mojego małego kubka w bratki.

– O!!! – wykrzykuję nagle zza bukietu – mam szczęście!!! – i sięgam po upatrzony mały biały kwiatek.

– Ja też!!! – niespodziewanie z drugiej strony bukietu odkrzykuje mąż.

I oto dwa białe kwiatki bzu lądują na mojej dłoni.

– Nie, to pewnie bez szlachetny – powątpiewuje w nasze szczęście luby.

Więc żeby się upewnić przeszukujemy skrupulatnie wszystkie gałązki. Ale nie. Tylko te dwa kwiatki tam były:)

Tak więc oficjalnie możemy dziś stwierdzić, że…

ZNALEŹLIŚMY SZCZĘŚCIE🌸🌸🌸🌸

 

 

życie wiosny

 

Wbrew pozorom zimne noce i poranne przymrozki przedłużają życie wiosny. Kwiaty jakby zatrzymaly się w pół słowa, w pół kwitnienia i wciąż cieszą oczy pięknymi barwami. Tulipany przekwitłyby już dawno, gdyby nie nocne chłody. Drzewa nie stałyby jak białe królewny w swoich muślinach, gdyby mróz nie dotykał ich każdego poranka.

Zresztą i same noce są tak potrzebne. A do tego deszcze, wiatry, mgły.

Wszystko ma swój cel i sens. Nawet to, co ciemne, szczypiące jak mróz i zmywające nam czasem głowę jak deszcz.

Nam jako ludziom trudniej jest uzasadnić noc niż dzień, dostrzec wartość wichury czy siekącego deszczu, trudniej zrozumieć krzyż niż wybuch śmiechu, chorobę niż zdrowie, śmierć niż trwanie, burzę niż pogodny dzień. Ale fakt, że nie do końca to pojmujemy, nie odbiera tym rzeczom wartości.

Bo przecież w śmierci może być prawdziwe życie, w chorobie – zdrowie, w ranie – uleczenie, w wichurze – uciszenie, w zimnie – otulenie, w słabości – siła, w płaczu – pocieszenie, w krzyżu – zbawienie.

Może być.

Choć nie zawsze jest. Nie zawsze.

Wszystko zależy od tego w jaki sposób to przeżywamy. I z kim.

Wpatrując się w Jego krzyż, coraz mocniej zawieszając swój wzrok na Nim, stapiając swoje serce z tkanką Jego krzyża, zrozumiemy tak wiele tak nowych rzeczy.

Nawet tak banalnych jak to, że przymrozki przedłużają piękno wiosny:)