widok z górnej belki krzyża



Przyjeżdżają znajomi. Od progu rzucają newsa: sprzedają ten wymarzony dom, który kupili parę lat wcześniej ( ale już nie jest wymarzony) i kupują większy w lepszej okolicy. Są zdenerwowani i też nie śpią po nocach, a między nimi co chwila huczą pioruny i przelatują błyskawice. To ze stresu. Bo … muszą wziąć większy kredyt, a dom w stanie surowym, trzeba go wykończyć, rodzice odradzają ten ryzykowny manewr, terminy gonią …
Słucham niekończących się skarg, żalów i nerwowych relacji jak z pola bitwy.

Ale…
jestem tak daleko. Co mogłabym im powiedzieć?
Parę dni temu odwróciłam się od klifu nad oceanem, nie wiem kiedy mnie znowu zawoła na swoje strome zbocze. Tam
większe domy, droższe auta i wyższe stanowiska nic nie znaczą, nasze wielkie aspiracje są takie maleńkie, a ludzkie plany rozpływają się w pianie fal uderzających pięściami w brzeg.
Są tam tylko największe z pytań, naistotniejsze z rozterek. Wszystko inne znika.
– O, zobacz – mówię rozdygotanej zmianą domu koleżance – wiewiórka. Zamieszkała w tej budce zaraz za oknem. Na samotnej sośnie. To szaleństwo, bo tu wciąż buszują nasze cztery kotki. – śmieję się.
Uspokaja się na chwilę kontemplując zwierzątko.

* * *
Lubię patrzeć na jastrzębie szybujące nad okolicznymi polami. A jest ich tutaj parę. Krążą majestatycznie, pełne pokoju i na szeroko rozpostartych skrzydłach poddają się falom wiatru.
Tam, spod chmur, wszystko musi być inne, wraca do swych wlaściwych rozmiarów.
Drobne kroki są drobnymi krokami, błahe sprawy są wyraźnie błahe, kręte drogi ujawniają całą swą pokrętność ze szczegółami, a proste wiadomo gdzie prowadzą, góry są górami, głazy – kamykami, a ziarenek piasku nie widać.

Jeden z ptaków prawie zawsze siedzi na górnej belce polnego krzyża. Patrzy przenikliwym wzrokiem wkoło.
Gdy przejeżdżam obok autem uśmiecham się do niego.
– Jesteś mądry – posyłam mu myśl – wiesz, że z krzyża widać najwyraźniej.
Jego oczy jak dwie złote monety płoną w zachodzie słońca.

trawa

Odginam drut oplątany wokół oczek siatki, odsuwam bramkę i wąską szczeliną wysuwam się na drogę za sadem.
Idę po kwiaty i zioła do wianków na koniec oktawy Bożego Ciała. Cztery wianki na pamiątkę czterech Ewangelistów. Cztery małe wianki związane jedną wstążeczką niesie się tego dnia do kościoła, a ksiądz kropi je wodą święconą, przyzywając Bożej opieki nad polami, łąkami i lasami, nad tym całym światem, który jest naszym domem doczesnym.
Idę. Susza sprawia, że piach drogi jest lekki jak popiół i przy każdym kroku wznosi się chmurka, a potem miękko osiada na butach i stopach.
Trawa chrzęści pod nogami jakby upały pozbawiły jej życia. Ale – wiem to – wystarczy jeden deszcz, trochę rosy i znowu zazieleni się bujnie, wstanie.
Kiedyś napisałam :
„uczmy się pokory traw zdeptanych
które
nie broniąc się
wstają na nowo”

Miałam wtedy naście lat i znałam już niezłomność traw.
Nie znałam jednak własnej siły.

Ktoś ze znajomych napisał mi niedawno: wiem, że gdy to minie, znowu będziesz taka jak kiedyś, i będziesz znowu cieszyła się kwiatami, słońcem, zauważała drobiazgi…

Ten, kto to pisał, miał rację.
Choć ja sama nigdy nie mam tej pewności czy i tym razem… czy starczy jeszcze sił… czy nadejdzie dzień, gdy się podniosę.

Przychodzi. Jak deszcz.

I oto idę znów szczęśliwa, kurz polnej drogi podnosi się przy każdym kroku. Idę jasnym tunelem z drzew, krzewów, traw zbóż i kwiatów. I błogosławię Go za wszystko.
– Czy tak wygląda Twój raj? – pytam, ścinając chabry nożyczkami.
– Nie ma słów, które rozumiałabyś na opisanie jego wspaniałości – odpowiada.

Idę.
Z bukietem rumianków, chabrów, traw, z trelem ptasim zaplątanym jak kosmyk włosów wokół ucha, wiatr porusza kielichem różowej sukienki jak kwiatem maku.

Jestem trawą.
Znów stoję prosto.
Do następnej burzy, nawałnicy, suszy, która mnie zdepcze.








Mistrzyni

 

Nagle spada ciśnienie, a na niebo nadciąga fregata ciemnych chmur. Czuję, że muszę się położyć pod kocyk i podrzemać. Hania przynosi mi ciepły termoforek, a Lalcia siedzi obok zagrzebana w drugi kocyk. Z półeczki na ścianie patrzą na nas przenikliwie ulubieni święci. Między nimi błękitnooka Maryja. Namalowałam ją miesiąc lub dwa miesiące temu, zaraz po Wenantym.

Po jakieś chwili, gdy już prawie zasypiam, słyszę:
– Robiłam z Maryją zawody kto dłużej wytrzyma bez mrugania – prawi córeczkowy głosik.
– I co? – mruczę jak niedźwiedź z gawry.
– Przegrałam – przyznaje się głosik.
– Domyślam się – mruczę znowu.
– Maryja jest mistrzynią „niemrugania” – sprawiedliwie przyznaje moja rozmówczyni.

🙂

 



Zresztą, nie tylko w tym jest Mistrzynią🌸

Jej wzrok niegasnący, powieki nie znające znurzenia, cała zapatrzona w Boga i z troską patrząca na nas.
Zasypiam pod niebieskim niebem Jej spojrzenia i budzę się każdego ranka w lazurze Jej oczu.

 

święta zwykłych dni

 

Stoimy obie przed wielką srebrną taflą lustra w łazience.
– Zobacz – mówię, dotykając swoich policzków – lepiej weź ten aloes ze sobą, bo jak przyjedziesz następnym razem twoja mama będzie wyglądała na młodszą od ciebie – żartuję.
– Oj mamuś – mruczy ona, tuląc się do mojej twarzy.
Patrzę i nie mogę uwierzyć za każdym razem moim oczom. Obok mnie stoi młoda piękna kobieta, kość z mojej kości, krew z mojej krwi. 21 lat temu zobaczyłam ją po raz pierwszy, maleńką kruszynkę, która nawet nie zakwiliła po urodzeniu tylko od razu uważnie przyglądała się światu swoimi czarnymi oczkami.
Był 25 maj, za oknem upalne już lato.


* * *
Pamiętam też siebie, młodą dwudziestoparoletnią dziewczynę, która za chwilę miała zostać matką.

– Może poczekamy do jutra – zaproponowano mi wtedy – Jutro ma przyjechać ekipa z telewizji i będą na żywo nagrywać program z okazji Dnia Matki, to by było tak pięknie: urodzi pani swoje pierwsze dziecko w takim dniu – zachęcał personel szpitala. – I ten niezwykły milenijny rok.


Żywo stanął mi ten obraz przed oczami wyobraźni. Oto rodzę moje dziecko przed oczami tysięcy gapiów oglądających telewizję śniadaniową;) Na dodatek to mój debiut w rodzeniu:)
– Nie – zaprotestowałam na tyle gwałtownie na ile pozwalał mi mój ówczesny stan – podłączcie oksytocynę.
Kobiecie ciężarnej się nie odmawia, bo jak to u nas mówią: takiemu, co odmawia, myszy buty zjedzą;)


Więc …
urodziłam tego samego dnia, bez fanfar i medialnego szumu, lecz otulona kochającym spojrzeniem męża i pełna jakiegoś dziwnego uniesienia.

Ból jest – oczywiście. Jako matka czwórki dzieci nie będę zaprzeczać, że poród boli. Ale ból rodzenia to dziwny rodzaj bólu, osładza go, że od razu widzisz jego owoc.
Niewiele jest takich cierpień w naszym życiu.
Ból, o którym wiesz, że musisz go przejść, że nie ma innej drogi i to sprawia, że nie miotasz się szukając dróg wyjścia.
Ból, który – jesteś tego pewna – dasz radę znieść i o którym szybko zapomnisz.

Tak właśnie było.

Nie pamiętam bólu, tylko szczęście, rodzaj ekstazy.



* * *

I oto teraz stoję przed srebrną taflą lustra, a obok mojej twarzy jaśnieje twarz mojej córki pierworodnej. Ma taki sam koci uśmiech jak ja.
– To ja wezmę ten żel z aloesu – mówi – żebyś się w bobasa nie zamieniła:)

Zwykłe niezwykłe chwile.

Jakoś nie świętujemy hucznie ani Dnia Matki, ani Dnia Ojca. Dla nas ten dzień jest codziennie, w każdej takiej chwili, gdy dzieci tulą się do nas, cmokają w przelocie w policzek, przychodzą po krzyżyk na czole wieczorem, piją z nami wspólnie kawę lub jedzą obiad… Gdy moje córki „grzebią” w mojej szafie, gdy syn omija kosiarką tulipany, które ku jego utrapieniu posadziłam w trawie, gdy siedzimy razem na tarasiku, a wiatr targa nam włosy wplątując weń zapach sosen i dymu z naszego komina…

Te wszystkie dni, chwile, momenty są naszymi świętami. I nie potrzebujemy specjalnych dat w kalendarzu.

Mamy 365 dni w roku na świętowanie życia🌸

 

… a choroba mojego męża jeszcze bardziej nam to uświadomiła.

koronka Hioba

 

Wyniki mojego męża nie pozostawiają złudzeń: wycięty z płuca guzek to przerzut nowotworu nerki.
Rak powrócił.
Po 4 latach ciszy i spokoju znowu w łódź naszego życia uderzyły niespokojne fale.


Wraz z chorobą powróciły: strach, niepewność, smutek, ciemność.
Siedzę otulona ciemnym zamszowym pledem kolejnej nocy. Te noce ostatnich lat zdają się być nieprzerwane. Tak niedawno wyszłam z mroku po śmierci Ewy, a tu już znowu zmierzch osuwa się jak zasłona.
Próbuję w tej ciemności, po omacku i bez wielkiej nadziei poukładać rozrzucone puzzle planów, nadziei, marzeń o przyszłości, jakie mieliśmy.

Noc.

Gdyby powtórzyć to słowo tysiące razy, wciąż nie oddasz jego istoty, ani głębi, ani… tajemnicy.
Bo wśród tej ciemności gdzieś z dna serca wciąż podnosi się głos niczym nie zachwianej ufności:


Choćbyś mnie zabił, ufać Tobie będę.

Tak, to z Księgi Hioba. To jego wołanie.

I nieustannie to zdanie powtarza moje serce, bez udziału mojej woli, poza nurtem świadomości, na jawie i we śnie.
Tysiące razy w ciągu doby.



Ni to śpiew, ni szloch, a może i jedno i drugie.
Koronka ufności tych, którzy stoją pod murem.

Choćbyś mnie zabił, ufać Tobie będę!”

Amen.

Bądź uwielbiony także pośród nocy.

zamiast piania koguta

Budzi mnie dziwny terkot jakby coś jeździło po podłodze.
Jakby co?
Błysk przypomienia jak flesz strzela na odświeżonych snem synapsach .
– Jakby rolką do ubrań – uslużnie podpowiada.
Rolką do ubrań po podłodze? – nie dowierzam intuicji i zaczynam podejrzewać, że to jeden z tych moich snów, z których chichocze potem cała rodzina, gdy im opowiadam.
Ale odległy turlający grzechot z salonu znowu się rozlega.
Nie ma wyjścia: otwieram oczy i raz jeszcze przekonuję się „na-usznie” , że to rzeczywistość postanowiła obudzić mnie dziś rano w sposób wielce oryginalny. Jakby uznała, że pianie koguta jest już nazbyt oklepane;)
Rzeczywistość rozpoczęła dzieło, a ciekawość postanowiła je zwieńczyć. Wywlekła mnie więc spod cieplutkiej kołdry i poniosła w ślad za uporczywym turkotem.

I co zastałam w salonie?
Mego męża, który na kolanach, z czołem marsowym roluje mrówki.
– Zrobiły sobie tu ścieżkę i weszły do zmywarki – zameldował, gdy tylko mnie zobaczył.



Życie na wsi:) Pełne uroczych niespodzianek od świtu po zmierzch.

nieustannie


Zawsze zastanawiałam się co to znaczy ” modlić się nieustannie”, co to znaczy w zwykłym codziennym życiu osoby, która przecież poza modlitwą ma jeszcze mnóstwo obowiązków, prac i relacji do budowania. Nie można przecież klęczeć cały dzień ani odciąć się od rodziny, by adorować Najświętszy Sakrament. To niemożliwe w życiu świeckim.
Powoli tego uczę.
Rozmawiam więc z Nimi przy gotowaniu obiadu, wieszaniu prania, podkładaniu do pieca, zasypiam z modlitwą w głowie i budzę się z modlitwą na ustach. Rozmawiam z moimi ulubionymi z nieba nawet pod prysznicem, proszę, by dusze czyśćcowe odmawiały ze mną różaniec, a Aniołowie czuwali.
Pomaga też to, że w naszym domu nie ma ani jednego zakątka, gdzie nie byłoby obrazu lub krzyża. W łazienkach są anioły, w sypialni dwie półki z ikonami naszych świętych ulubieńców, nad łóżkiem Matka Bożej Opatrzności, po lewej – Jezus Miłosierny, na parapecie figurka Maryi, na antresoli mieszkają Anioł, Józef, Franciszek i Staś Kostka, w pokojach dzieci – obrazy i krzyżyki, w salonie olbrzymi obraz MB z Guadelupe, w kuchni – krzyż z Jerozolimy i Anioł z kredensu:) Nawet w kotłowni na ścianie obok pieca jest obrazek Maryi z Fatimy i zatknięte za niego inne obrazki ze świętymi. Za każdym razem, gdy tam zaglądam, przesyłam dłonią całusa Maryi i szepczę: „Matko, ocal mojego męża”, „pomóż temu lub tamtemu”. I tak 20 – 30 razy dziennie, bo miłość się nie nudzi, a wiara jest uporem serca.
W warsztacie męża – oczywiście św. Józef. To Jego oficjalnie mianowaliśmy kierownikiem budowy, gdy powstawał nasz dom.
Na podworku dwie kapliczki, a w sadzie na starej jabłoni mała figurka Maryi. Są jeszcze oznaczone na drzewach sadu stacje drogi krzyżowej.
Wszędzie też po całym domu, na tzw. „podorędziu” można znaleźć jakiś różaniec. Różańce mamy w kieszeniach kurtek i płaszczy i w każdym samochodzie.
I wciąż powstają przecież nowe wizerunki świętych, które maluję;)


* * *


Wiem, że być może wielu ludzi razi takie nagromadzenie „świętości”, że może ktoś uznać to za niegustowne czy przesadzone, ale tak naprawdę w ten naturalny sposób wyraża się nasza wiara i przekonanie, że w tym domu i na tym podwórku jesteśmy otoczeni Bogiem, Aniołami i świętymi. Po prostu nie czujemy się jedynymi mieszkańcami tego miejsca. Oni są z nami i chcemy o tym pamiętać oraz chcemy, by oczywiste to było dla wszystkich, którzy nas odwiedzają.
Pewnie, że figurka Maryi nie za bardzo pasuje do nowoczesnych wnętrz, a może obraz Jezusa psuje kompozycję na pięknej ścianie, lub – wg niektórych – krzyż na parapecie to brak minimalizmu i chaos. Lecz to nie forma w naszym życiu jest najważniejsza. To, co jest ważne jest dużo głębiej, pod powierzchnią naszych gustów, stylów, mód, zapatrywań.



Gdy chodzę po moim domu, sprzątam go, podlewam kwiaty, obieram ziemniaki do obiadu, ścieram kurze gdziekolwiek spojrzę, mój wzrok napotyka znak obecności nieba pod moim zwykłym ziemskim dachem z zielonej blachy. A nawet najmniejsze, przelotne spojrzenie z miłością w Ich oczy jest już modlitwą. Więc też uczę się modlić nieustannie, nie przerywać dialogu z Nimi , stale pamiętam, nabieram ufności w Ich miłującą opiekę, czuję, że jesteśmy jedną wielką rodziną.

O wiele większą niż by się to na pozór wydawało nieuważnemu obserwatorowi.