głos wołającego…

Słoneczne niedzielne popołudnie. Na mszy na szesnastą jest nieco mniej ludzi niż na inne msze. Jest ciszej, bardziej kameralnie , a przez ludzkie głosy przebija modlitwa gołębi gruchających na dachu kościoła.
Rzadko bywam na tej popołudniowej mszy, ale tym razem tak się złożyło.

Kiedy widzę wysokiego brodacza wychodzącego do ołtarza, moje serce przechodzi od razu w stan gotowości.
Brodacz jest księdzem z bardzo krótkim stażem i można by go nazwać nieopierzonym gołowąsem, gdyby nie wzmiankowana wyżej bujna i czarna broda. Gdy czyta, nieznośnie przekręca słowa, co wyraźnie wskazuje na jakiś rodzaj dysleksji. Śmiejemy się czasem z mężem, że błędy ortograficzne widać nawet w mowie:) Podczas nowenny do Matki Bożej zdarza mu się nazwać „niezrównaną miłość macierzyńską” miłością niezrównoważoną:) Brodacz jest widać również żartownisiem, bo gdy tylko nadarzy się jakakolwiek okazja, chochliki śmiechu przemykają mu w czarnych oczach, a usta konwulsyjnie drżą za sumiastym wąsem.
Lecz gdyby tylko poprzestać na tych obserwacjach, można by się bardzo pomylić.
Bo oto nagle brodaty młody ksiądz staje za amboną, przez chwilę milczy jak pływak przed skoczeniem do wody. Wypowiada pierwsze słowo… I nagle…
Nie ma już młodego chłopaka. Nie ma dyslektyka. Nie ma żartownisia. Ani niezgrabnego dryblasa.
Jest prorok.
Nie mniejszy i nie mniej gromowładny niż Mojżesz, Eliasz, Jeremiasz…

Jego słowa jak taran rozbijają zakrzepłe serca, ułudę naszych sądów, pozory naszych póz, pokrętność słów, fasady myśli, śmieszności planów, niskość marzeń. Podnoszą nas na skrzydłach i koją jak studzienna woda spierzchnięte wargi.
Pod sklepieniem kościoła zalega ogromna cisza. Nikt nie pokasłuje, nikt nie szepcze, nikt nie szura nogami, nie dzwoni breloczkiem. Zdaje się jakby nikt nie oddychał.

Siedzę w oniemiałym tłumie otwarta na ciosy jego słów, które równie mocno bolą jak i leczą.
Są jak chirurgiczny skalpel. Precyzyjne, głębokie cięcia. Operacja na otwartym sercu.
Siedzę wgnieciona w dębową ławkę, wbita w nią prawdą o sobie, którą właśnie usłyszałam.
Siedzę tak jak kiedyś siadywałam przed otwartym na oścież oknem w samym środku szalejącej burzy, pełna grozy i rozkoszy otwarcia na żywioł prawdy.
Albo mnie zabij, albo przemień – modliłam się wtedy. Tak samo proszę teraz.
Wóz albo przewóz. Nie ma półcieni, półprawd, półsłówek, retuszowania.
Prawa czy lewa strona?
TAK czy NIE?

A prorok mówi dalej…
„wobec Dobrego, pełnego Miłości Boga kim jestem jeśli nie zbrodniarzem?”
„i traktuję go jak zwykłego bożka. Widzisz – mówię – odmówiłem tyle i tyle różańców, byłem na pielgrzymce, pościłem. Teraz daj mi czego chcę. Płacę, żądam i wymagam bożku”
„Dlaczego odchodzę od konfesjonału z ulgą, ale bez pokoju. Dlaczego odchodzę z ulgą, ale bez rozgrzeszenia? Odchodzę z ulgą, bo ksiądz nie dopytał mnie o ten grzech nieczystości, nie zapytał co to dokładnie było: czy zdrada, pornografia czy jeszcze jakieś inne świństwo? Nie dopytał co to za grzechy języka: czy obmowa, kłamstwo, czy zniszczyłem komuś życie?”
„Martwię się czasem, że już tyle lat, a ja wciąż nie przynoszę żadnych owoców jak to drzewo z przypowieści. Tyle się modlę, tyle mszy, Komunii, spowiedzi i nic. Ktoś kto zna się na drzewach powiedział mi ostatnio, że drzewo może nie rosnąć i być karłowate i niekształtne nawet kilkanaście lat. Rośnie w cieniu, na dnie lasu. A potem wystarczy, że nagle obok runie inne drzewo, pojawia się smuga światła i w ciągu kliku miesięcy to bezpłodne skarlałe drzewo wyrasta wysoko.”

Wychodzę ze świątyni zlana od stóp do głów.
Prawdą.
Wstrząśnięta.
Prawdą.
Rozdarta.
Prawdą.

utracone źdźbło

Patrzę na mrowisko pod moimi stopami.

Dopiero powstaje. Ruch jak to na wielkiej budowie. Niezliczona masa uwijających się robotników. Akcja rozbita na tysiące kadrów. Rusztowania, ekipy, pojedyncze zmagania, „obsuwy” w planie dnia.

Patrzę na to z perspektywy lotu ptaka. Wszystko mam jak na dłoni.
Nieporuszona nad wielkim poruszeniem. Jedna nad milionami.

Nagle dostrzegam w dużej odległości od mrowiska małą robotnicę. Ciągnie z mozołem źdźbło kilkadziesiąt razy dłuższe i cięższe od niej. Zmaga się z wertepami terenu, z niezliczonymi przeszkodami, na których ładunek się blokuje i zawiesza. Biega wtedy zdesperowana i próbuje uchwycić problem z drugiego końca. Gdy jednak pokona jedną przeszkodę, zaraz pojawia się kolejna, jeszcze większa i trudniejsza do przebrnięcia.
Patrzę na tę szamotaninę z coraz większym współczuciem. Oceniam wzrokiem odległość jaka dzieli mrówkę od celu. Jakieś 50 kilometrów w naszej ludzkiej skali.
W końcu, gdy drobina znów zawiesza się na kolejnym wzgórzu z trawy, nie wytrzymuję. Pochylam się i wyjmuję z jej łapek źdźbło. Przecież wiem doskonale gdzie jest cel. Przekładam ładunek na pagórek budowanego mrowiska. Dla mnie to pestka. Jeden ruch ręką.

Ale mrówka nagle zamiera.
Jest zdezorientowana i zbita z pantałyku. Zastyga w bezruchu i absolutnie na szczęśliwą nie wygląda. Wszak coś wymknęło się jej z rąk. I nie rozumie co się stało ani jaki tego sens.

Zdumiewa mnie ta reakcja.
– No tak – konstatuję po chwili – przecież ona nie wie, że cel został osiągnięty. Dla niej to tragedia – straciła coś cennego. Wyślizgnęło się z łapek. Bezpowrotnie.

Zastanawiam się nad moim życiem i nad wszystkimi tymi chwilami, gdy płakałam i byłam wstrząśnięta, bo coś mi się z rąk wyślizgnęło. I nie wiedziałam co dalej. Wszystkie te przestoje w życiu, kiedy droga zdawała się urywać za zakrętem. Tragedie utraconego czegoś, co wydawało się tak cenne i kluczowe w budowaniu przyszłości.
Nasz pierwszy dom, który zaczęliśmy kiedyś mozolnie budować gdzieś tam za górami za lasami… a potem wszystko z rąk wypadło. W jednej chwili. Ból jak piorun przeszył serce na wylot.
A Tyś wtedy po prostu miłosiernie wziął źdźbło w palce i je przeniósł… bo Ty jeden wiedziałeś gdzie jest cel mojej drogi.
Może w końcu powinnam zrozumieć, że chwile, gdy myślę, że wszystko stracone; są Twoim pochyleniem się z czułością nade mną.
I że, gdy droga znika to dlatego, że zbudowałeś mi lepszy szlak do miejsca, o którym nawet nie marzyłam.

Ps. Ten obrazek narysowany przez moją przyjaciółkę Anett lata temu to moje wyobrażenie nieba. Dać się ponieść tym Rękom. Ponad wszystkimi pagórkami i dolinami. Tam.

mój odcień normalności

Dzwoni mój brat Max.
– Słuchaj, zadam ci dziwne pytanie Rut – zagaja nieco nieśmiało brodacz, doktor ornitologii – czy ty miewasz zaniki pamięci?
– No, jak każdy. Ciągle coś zapominam – odpowiadam rozbawionym tonem.
Ale Max nie daje się tak szybko zbyć. Problem jest wszak poważny. Nasza Babcia Rubaszna była chora na Altzheimera. Jej matka również. Nasz tato zmarł na raka nim można było stwierdzić czy wadliwy gen odziedziczył.
– No bo wiesz – kontynuuje brat – Ja nie pamiętam co jadłem wczoraj na obiad – wyznaje wstydliwie.
– Max, ja też nie pamiętam! – śmieję się – Ba, nawet nie pamiętam czy jadłam dziś obiad.
– No… – przerywa mi tubalny głos w telefonie – Ale normalni ludzie to tak chyba z pięciu dni pamiętają co jedli – rzuca argument koronny.
Wtedy prycham śmiechem na dobre.

A kto powiedział, że jestem normalna?
Czy normalni ludzie szyją wielkanocną kurkę ze szmatek o północy? W łóżku?
Czy normalni ludzie stawiają starą maselnicę w łazience?
Namawiają własne małoletnie dziecko, by pozjeżdżać z górki śniegu zamiast zjeść śniadanie?
Czy normalni modlą się siedząc na starym korycie w środku sadu?
Czy normalni robią „świecę” na środku własnego trawnika?
Wywijają na środku salonu szalone hołubce?
Czy jedzą dżem porzeczkowy z chrzanem?
Czy normalni ludzie o wzroście 182 zgłaszają się do przedstawienia, by zagrać krasnoludka?
Czy rozmawiają z ojcem Badenim biorąc prysznic?
Biegają na bosaka w czasie deszczu?
Albo pielą ogródek z filiżanką kawy w jednej ręce?
Huśtają się na oponie uwieszonej na jabłoni?

Nie. Nie roszczę sobie praw do normalności:)

Zresztą, lubię powiedzonko, które przyniosła kiedyś z wykładu moja siostra Amelia:

„Wszyscy są nienormalni, tylko większość niezdiagnozowana”.

Wykład był na Akademii Medycznej:)

I tego się trzymam, naciągając czapkę krasnoludka na głowę i szykując portki w kratę:)

rozmowa ojca z synem

Siadam na starym betonowym korycie dawno temu pozostawionym w sadzie. Chyba jeszcze mój dziadek je tu umieścił, w czasach, gdy miał stado owiec. Było zdrojem dla nich.
Dziś wrośnięte w zieloną przestrzeń, z kępkami trawy i mchu na dnie jest moim przystankiem w codziennej wędrówce. Siadając na nim czuję się jak biblijne kobiety u studni lub – zależnie od nastroju – jak ta swarliwa baba – żona rybaka z bajki o złotej rybce.
Tak czy owak koryto jest symbolem zdroju, przy którym spotykam Boga albo morałem jak z bajki – „masz tyle, bądź wdzięczna, bo zostanie ci tylko stare koryto” 🙂

Ostatnio moi chłopcy krok po kroku porządkują nieokiełznaną dziką połać sadu. Cywilizują go raz z prawa raz z lewa. Warczą piły, szumi kosa, zgrzytają sekatory, chrzęści kosisko kosiarki i traktorka. Spoceni, podrapani i szczęśliwi, że nadają kształt tej ziemi.
Pewnego dnia doszli do betonowego koryta.
– To drzewo trzeba wyciąć – wskazał mój mąż na starą rosochatą śliwę zwieszającą się ramieniem nad niegdysiejszym zdrojem owiec – Ona i tak już nic nie rodzi.
– Nie, tato – powiedział syn – Zostawmy ją. To miejsce bez niej nie będzie już tak wyglądało.
I stareńkie bezpłodne drzewko ocalało.
Wtulam się w cień jego bezowocności z ufnością. Sama rodzę kwaśne owoce.

Czy takie rozmowy nie rozgrywają się czasami nad naszymi głowami?
O naszej tragicznej bezpłodności i o tym, że świat nie byłby jednak taki piękny beze mnie i bez ciebie. Rozmowy Ojca z Synem. Gospodarza z ogrodnikiem.

„Zostawmy ją. Ten świat bez niej nie będzie wyglądał tak samo.”

Jeszcze rok. Dwa. Pięć…

nie-produktywnie

Marnotrawienie czasu.

By poleżeć przy chorym dziecku, otulić je sobą, swoją obecnością, oddechem własnym owinąć szyję.
Zmarnotrawić czas na modlitwę.
Posłuchać śpiewu ptaków koło siódmej rano.
Poprzedzierać się jak traper przez las i przez gęstwinę własnych myśli.

Porozmawiać z kimś.
Popatrzeć w wygwieżdżone niebo. Zapatrzeć się w jeden wers psalmu. Przeliczyć w nim litery. Zamknąć oczy na słońcu.
Zauważyć biedronkę, która wylądowała na łańcuchu czerwonego różańca .
– Dokładasz mi Zdrowasiek ?– zapytać figlarnie, patrząc w błękit nad sobą.

Pogłaskać łuskę na gałązce sosny, zachwycić się różowymi kwiatami modrzewia, pracą mrówek mrówczą. Nakręcić film jak dzieci puszczają bańki . Zapatrzeć w ogień ogniska wczesnym wieczorem lutowym. Musnąć ustami białe pąki głogu, dotknąć liścia pokrzywy i poczuć pożar rozchodzący się po skórze.

Mieć na to czas.

Nie przyrośnie od tego PKB. Nie zaokrągli się bardziej sumka na koncie. Nikt nie przyzna premii, ani awansem nie doceni za układanie kwiatów w wazonie czy liczenie igieł na sośnie.
Tracić czas, by go odzyskać.
To proste dla dzieci i starców. Trudne i czasem a-wykonalne dla ludzi takich jak my.

Zowią nas czasem „osobnikami w wieku produkcyjnym”.

I może dlatego jesteśmy cieniem własnych marzeń.

przyjaciele

Czasem długo nie piszę.
Wybaczcie.
Toczę ze sobą walkę, dzień po dniu.
Bo słowo jest dla mnie jak magnes, ma nieodparty urok, pulsuje w moich żyłach, uwodzi, szepce nocami…
Ale życie jest tak bogate, bujne… Próbować opisać to wszystko z kunsztem, na jaki zasługuje, zakrawa na szaleństwo lub pychę… Lecz nie napisać nic, byłoby czarną niewdzięcznością.
Między tymi dwoma biegunami upływa czas, gdy nie piszę.

Dziś wygrało we mnie coś, co sprawiło, że włączyłam komputer i dotknęłam gładkiej czarnej czcionki.
Póki jeszcze żyje we mnie wspomnienie minionych kilku dni spędzonych z naszymi przyjaciółmi i całego tego dobra i bogactwa, jakie do nas przywieźli.
Nie można tych chwil nie ocalić od zapomnienia.

Dlatego to zawsze ja biegam z aparatem, robię fotki, kręcę krótkometrażowe filmiki akcji, zapisuję zdania, wrażenia, blaski oczu, cień na twarzy…
Utrwalam, utrwalam , utrwalam w małej ciemni mojego serca. To co ulotne i kruche próbuję przenieść w wieczność.
Niewykonalne zadanie dla małej mrówki, jaką jestem. A jednak…

Cud przyjaciół zasługuje na nawet niezdarną próbę uwiecznienia.

* * *
Patrzę na cienkie palce Ewy. Jak sprawnie kroją marchewkę. Równe pomarańczowe krążki toczą się po desce. Tak samo rytmicznie brzmi nasza ściszona rozmowa. Szykujemy razem zupę krem z warzyw wg św. Hildegardy – pożywną i – co istotne – zdrową. Bo Ewa jest ciężko chora. Może pamiętacie, gdy ponad 2 lata temu prosiłam Was o modlitwę za nią, gdy zdiagnozowano u niej złośliwego raka piersi. Te dwa ostatnie lata to czas walki, zwycięstw i porażek, dobrych i złych wieści, ostatnio gorszych.
Teraz przyjechała z rodziną, by wspólnie świętować z nami naszą 20 rocznicę ślubu.
Kroimy sobie razem te warzywa i rozmawiamy o życiu – o tym, jakie jest piękne i że tak niewiele wiemy o przyszłości. Jesteśmy takie podobne, że aż czasem się z tego śmiejemy, bo już dziwić się przestałyśmy analogiom naszych losów i ścieżek. Antiochia i Aleksandria – mówimy tylko o sobie i uśmiech rozjaśnia nam twarz. Dwa skrzydła wiatru.

* * *
Wczesnym rankiem słyszę szuranie w przedpokoju. Uchylam na chwilę oczy i widzę dziwną postać ubraną w kilka swetrów i kurtkę, z kapturem na głowie i uśmiechem przyklejonym do twarzy. Kocim, jak mój własny. Postać mozoli się wciskając buty. Z racji, że jest godzina 6:30 uznaję, że to po prostu mój kolejny szalony sen i zamykam oczy.
O godzinie 8:30, gdy wstaję na dobre z łóżka ( długi weekend ma swoje prawa:)okazuje się, że dziwna postać siedzi na tarasie i jest to Anett. Wyszła skoro świt żeby poprzechadzać się po moim zaczarowanym sadzie.
– Jeszcze nigdy nie słyszałam żeby tyle różnych rodzajów ptaków śpiewało naraz – opowiada rozpromieniona i pokazuje milion zdjęć, które zrobiła moim ukochanym roślinkom.

Nie wiem jak to możliwe, ale ona zna mnie najlepiej na świecie. Na prezent daje mi porcelanową lalkę z second handu, kilometr starej koronki ecru, kilka coś-jakby serwetek, własnoręcznie namalowany obrazek, sadzonkę jaśminu i materiałowe kwiatki, a moje serce na ten widok eksploduje z radości. Jest jak siostra bliźniaczka, której prawie nic nie trzeba tłumaczyć. Gdy coś strasznie boli, piszę jej po prostu: : „Wiesz”. A ona odpisuje: „Wiem”. I to jest najszczersza prawda.
Gdybym miała ją porównać do czegoś to chyba do wodospadu – wciąż w ruchu, perlistego, z mnóstwem kolorów odbijających się w rozbryzgiwanych kroplach wody, radosnego aż do samej głębi.
A przecież Anett zmaga się z depresją.

* * *
Mąż Ewy robi nam niespodziankę i przywozi organy. Dlatego musieli przyjechać tym większym autem:)
– Ksawery – piszę do przyjaciela księdza – możesz przyjechać?
I Ksawery przekłada wszystko, co może przełożyć w swoim napiętym grafiku i przyjeżdża z dala na jedną małą godzinkę z darem największym, jaki może dać. Z Eucharystią.
Nasz dom na chwilę zamienia się w kościół, rozbrzmiewa liturgicznym śpiewem, chóralną modlitwą i szmerem słów, które mają moc przemieniać chleb i wino. Wraz z mężem wypowiadamy słowa, które 20 lat temu połączyły nas w jedno i dały fundament naszemu domowi. Łzy płyną po policzku. Słodkie łzy radości. Wokół nas ci sami przyjaciele i gromadka naszych dzieci.
I gdy widzę Ciało podobne płatkowi kwiatu w dłoniach Ksawerego, przylatuje do mojej pamięci Andrjusza – przyjaciel, którego z nami nie ma, a który za dwa dni w dalekim Lwowie powie „tak” Bogu i pragnieniu, które tak długo i mozolnie kiełkowało w jego sercu.
Bo z przyjaciółmi jest tak, że nie muszą być na wyciągnięcie ręki, a i tak są blisko.

* * *
Pewnego dnia znika nam mąż Anett. Wszyscy tu co jakiś czas znikają, więc się nie niepokoimy. Rozmowy toczą się soczyście jak jabłka, rozlewa się aromat herbaty koperkowej, którą nałogowo już popijamy, śmiechy dzieci oglądające stare filmiki z ich udziałem unoszą się pod sufitem.
Nagle pojawia się Martin. Cały rozanielony jakby spotkał Anioła.
– Co robiłeś? Gdzie byłeś? – witają go nasze pytania.
– Rąbałem drzewo –mówi łamaną polszczyzną, bo jest rodowitym Czechem – Ale było fajnie!!!
– Byłeś w stodole tyle czasu?
– Tak – odpowiada tonem człowieka, który właśnie spełnił się życiowo.

* * *

Ella przywozi wyciskarkę. Gromadnie jedziemy na targ po owoce i warzywa, a potem siadamy przy wielkim dębowym stole (tym z rysą), który nagle wydaje się taki malutki i wszystko obieramy i kroimy na sok. Soku trzeba zrobić cały gar żeby obdzielić tak liczne towarzystwo.
Zresztą – wszystkiego jest dużo. Ilości wprost hurtowe.
I zupy, i herbaty, i krzeseł z taboretami, które zostały zniesione z całego domu, i mokrych ręczników, koców, kołder, posłań, zdjęć pstrykanych ukradkiem i tych pozowanych na tarasie, prezentów, kwiatów, śmiechu, gwaru rozmów, tupotu stóp na schodach, uścisków, wspomnień, cytatów z książek, muzyki, wypraw samotniczych i towarzyskich do sadu, lasu czy ogrodu, aut na podwórku…
Wszystkiego w bród.

A najwięcej zwykłego ludzkiego ciepła, które otulało serce nawet w chłodne wieczory i rozgrzewało bardziej niż gorąca zupa.
Kiedy o tym piszę, wiem, że to wciąż za mało i nie takimi słowami. Że musiałabym napisać grubą księgę żeby nie zgubić tych dni. Ale nic więcej nie potrafię. Jestem jak źdźbło słomy, które marzy, by spisać historię wszechświata.
I muszę się pogodzić z moją niemocą i z tym, że tak niewiele donoszę w moich dłoniach do końca drogi.

Czasem jednak nawiedza mnie dziwna myśl czy przeczucie, że ktoś to gdzieś wszystko spisuje w języku, który potrafi wyrazić wszystko. I że nic, nawet włos, który spadł przy czesaniu, nie będzie zapomniane.

witraż

Kawałeczki naszej wiosny jak kolorowe szkiełka…

układają się w witraż…

na gładkiej tafli oczu
na światłoczułej soczewce aparatu…

chwile ulotne bardziej niż nasiona osik

nieudolnie próbuję zatrzymać myślą, gestem, słowem

ocalić od zapomnienia mojego mój własny świat.

Gdy zamykam oczy, migają kolorowe szkiełka jak w tej magicznej lunecie, którą miałam jako dziecko.

Wiosna.

rozdarcie serca

Wielki Czwartek.
Gdy suniemy naszym vanem do kościoła, słońce świeci i życie rozgrywa się zwykłą partią szachów. Ludzie jeżdżą na rowerach, młode kobiety prowadzą wózki, dzieci skaczą na trampolinach, dwie sąsiadki rozmawiają oparte o płot,ktoś myje okna, ktoś jeszcze jedzie traktorem na swoje pole, ktoś kosi trawnik, psy ujadają, a pszczoły zajęte są pierwszymi kwiatami.
Tamtego dnia, ponad 2 tysiące lat temu, musiało być podobnie. Przecież nikt nie wiedział, że to czyjaś ostatnia kolacja, ostatnia modlitwa, ostatnie rozmowy.
W kościele tłum gęstnieje w ciszy. Blask jak płynny miód wlewa się przez otwarte drzwi do wnętrza. Wraz z nim wchodzi procesja. Brodaty młody kapłan trzyma wzniesiony wysoko Ewangeliarz. Serce mi drży na myśl, że to być może on będzie dziś mówił.

Nie myliłam się. Po odczytaniu Ewangelii staje w ciszy nad amboną.
Spuszcza oczy jakby wpatrywał się w nurt wody, jakby z niego czytał. Wzroku nie podnosi ani na chwilę, gdy mówi.
Mówi o Judaszu, naszych zdradach…
Przenikliwie i bez znieczulenia rozpruwa szew po szwie splątanie ściegi serca.

Nagle zaczyna opowiadać o pewnym hiszpańskim artyście, który pochwalił się w Internecie, że ponad dwieście razy udawał, że przyjmował Komunię, a potem ją wynosił i konstruował z małych hostii swoje dzieło sztuki. Sprzedał je potem za olbrzymią ilość pieniędzy. Wielokrotnie większą niż 30 srebrników. Sąd uniewinnił go, gdyż nie obchodził się źle z „ białym okrągłym obiektem”.

Tu brodaty młody ksiądz przerywa jakby zachłysnął się wodą. Nagłe milczenie zwabia wszystkie spojrzenia na jego twarz.

Wtedy pojedynczy szloch rozrywa jego pierś. Jeden jedyny szloch. Po męsku za chwilę stłumiony i wtłoczony spowrotem do rozdartego serca.
Po moim policzku potoczyły się łzy. Jak perły z zerwanej nici.
„Tak Cię miłuje” – pomyślałam.

Rzadko płaczę.
On na pewno też.
Jezus tej nocy płakał.

Tak się zaczyna historia tego Triduum.
Obrazem Płaczącego Kapłana.

Życzę Wam wszystkim, by te święta nie były tylko pobożnym wspominaniem, ale „byciem w środku”.
Niech nas rozedrą miłością i przemienią na zawsze.

misterium zmian

Niosę delikatnie za czuprynkę małe stworzenie.
– Misiu!!! – wołam męża zaszytego w stodole.
Zza starych wierzei słuchać regularne stukanie.
Acha – myślę – rąbie drewno na opał. I uśmiecham się do naszego wiejskiego życia.
Stworzenie dynda mi w ręku.
– Misiu, zobacz – pokazuję mężowi – chciałeś dosadzić w sadzie kilka brzóz. Mam tu jedną – prezentuję w półmroku drewnianego budynku – Wyrosła między cegłami na patio.
– Oooo, super!!! – cieszy się mąż – Poczekaj, zaraz posadzimy. Tylko to skończę.
Brzózka jest naprawdę mała, ale pięknie już zazieleniła się w zaciszu patio czyli naszego przydomowego tarasiku, na którym wszyscy czują się zacisznie.

To dokładnie to samo miejsce, gdzie kiedyś była obórka dla byka i dokładnie to samo miejsce, które z przerażeniem omijałam jako dziecko, bo byk nie zachowywał się ani przykładnie ani cicho. Łomotał rogami w drzwi i ryczał tak, że gęsia skórka pojawiała się na myśl co by zrobił z małą dziewczynką, gdyby z zagrody się wydostał.
A dziś stoi tu stolik, leżaki, krzesła ogrodowe. Dziś rosną tu kwiaty w donicach i moje dzieci i brzózki w szczelinach. Dziś tu grillujemy ze znajomymi, czytamy książki, pijemy kawę, Nusia jeździ na deskorolce, Lalcia rysuje kolorową kredą, Ala uczy się do matury, słuchamy muzyki, modlimy się, śmiejemy, jemy obiady.
W najśmielszych snach mi się to nie wyśniło, choć wszyscy, którzy mnie lepiej znają, wiedzą jakie potrafię mieć bujne sny:)

Dziś, gdy siedzę na patio, myślę z wdzięcznością, że nie ma miejsc niezmienialnych, nie ma ciemności tak ciemnej, by nie mogło jej przeniknąć światło, a my powinniśmy pozwolić się zaskakiwać dniowi jutrzejszemu.
Choć wcale nie bezczynnie założywszy ręce dzisiejszego dnia.

Bo przecież ktoś te kwiaty posadził, ktoś obórkę zburzył,taras wylał, ktoś stół ustawił, obiad ugotował, dzieci przyjął z miłością, książki i krzesła kupił…
Nic się samo nie zrobiło.

I paradoksalnie – wszystko to z nieba nam spadło.
Łącznie za małą brzózką, która już rośnie w sadzie i kiedyś – wierzę – zaszumi moim wnukom.

milczenie po dniu

– Po ludzku myślimy dziś, że za wcześnie… – docierają do mnie strzępki kazania.
Tubalny, proroczy głos odbija się od krzyżowego sklepienia kościoła.

Siedzę w tłumie zamyślonych ludzi. Wielu z nich znam dobrze, jeszcze więcej – tylko z widzenia.
Świat małego miasteczka jest swojski i na wskroś przenikalny wzrokiem i słuchem. Znasz tu wszystkich i wszyscy cię znają, znają twoich rodziców, kojarzą dziadków, wszyscy twierdzą zgodnie które rysy twarzy twoje dzieci mają po tobie… Kiedy kichniesz w swoim pokoju, nawet za zasłoniętymi zasłonami, następnego dnia ktoś powie ci: „Na zdrowie”.

A jednak…
Nie wiemy wszystkiego.
Nikt z nas nie przypuszczał przecież, że już nie wyjdzie nigdy na ulicę trzymając za rękę swoją kochaną żonę Agnieszkę.
Nikomu się nie śniło, że nie zatańczy w czerwcu na weselu swojej córki. Goście już zaproszeni.
Nikt nie przewidział, że nie usłyszymy już jego głosu.
No bo po ludzku był zdrowy, pełen sił i nic mu nie dolegało. Pracował, śmiał się, załatwiał wszystko co potrzeba. Następnego dnia jak co dzień miał iść do pracy. Pomyślał, że siądzie jeszcze na chwilę przy komputerze skoro cicho w domu i wszyscy poszli spać.
Nigdy już spać się nie położył.
– Wyglądał na tym fotelu jakby spał. – opowiadała żona, gdy znalazła go rano. Mówiła cicho, stłumionych głosem, oszołomiona tabletkami.
Miał 54 lata i – jak twierdzimy po ludzku – pół życia przed sobą.
Wszyscy skamienieliśmy na wieść o tej śmierci. Agnieszka jest naszą koleżanką z pracy, uczyłam oboje jej dzieci.
– Gdyby chorował – mówimy – można by się oswoić z tą myślą.
– Dlaczego taki młody? – pytamy rozgoryczeni.
– W takim momencie życia? Bez przygotowania?
– Jak sobie poradzi Aga?
Pytania splatają się w gruby warkocz z głuchym milczeniem, bo każda odpowiedź byłaby nieokrzesanym uproszczeniem.
I każdy z nas osobiście musi się zmierzyć z odkryciem, że NIC NIE WIEMY.
Oprócz tego, że każdy dzień może być ostatni. Że nie ma znaczenia ile masz lat, czy chorujesz, jakie stanowiska piastujesz i ile masz planów na przyszłość.

Za każdym dniem zamknij drzwi na klamkę jak się zamyka dom wychodząc.

– Miał tyle lat, co ja – mówi cicho pani Jola.
– Był tylko 9 lat starszy ode mnie – szepczę w odpowiedzi.

Szelest słów opadających jak liście.
Szelest wieńców układanych na grobie.

Zamknij dom na klamkę.
Każdego dnia zrób to, świadomy wagi gestu.