sosny

Jeden z moich różańcowych spacerów.

Lichą furteczką naprędce kiedyś skleconą wychodzę z sadu na drogę i dalej… Zaszywam się coraz bardziej w zieleń pomiędzy młode brzozy, wierzby, osiki i sosny. Mój wzrok ślizga się po gałęziach, zrudziałych zeszłorocznych pióropuszach traw, nieskazitelnym jak szlachetna stal błękicie wiosennego nieba…
W końcu wzrok zniża loty i opada pod trzewiki, w których przemierzam świat.
Zauważam coś, co mnie zdumiewa. Robię szybki skan w głowie. Potem porównuję go z faktem sprzed miesiąca.
„Jak to możliwe?” – myśl jak błyskawica przerywa wartki potok odmawianych „Zdrowaś”
U moich stóp, w twardej, gliniastej ziemi, na poły jeszcze skutej niedawnym mrozem,
wydane na pastwę wiatrów porywczych i nieubłaganego słońca,
walczące o każdą kroplę rosy z innymi roślinami,
rosną pięknie i prężą się kilkucentymetrowe siewki sosen.

Nikt ich tu nie chroni, nikt o nie nie dba, nikt nie osłania przed racicami leśnej zwierzyny, nikt nie podlewa, nie chucha, nie dmucha, nie obraca doniczki do światła…
Pamiętacie?
Miesiąc temu pisałam Wam o sosence, która przypadkiem wyrosła w doniczce obok mojej kamelii. Miała żyzną ziemię, była podlewana, miała ciepło i przytulnie, czasem nawet ją pogłaskałam po igiełkach przypominających piórka koperku. I odwracałam tak, by starsza kamelia nie zabierała jej całego światła.
Mimo to pewnego dnia zwiędła i umarła.
Teraz stoję zdumiona i porównuję te dwa obrazki.

Przychodzą mi na myśl wszystkie te chwile mojego życia kiedy wydawało mi się, że jestem zupełnie sama. Wszystkie te momenty zagubienia i strachu, paniki i łez rozpaczy, cierpienia i poczucia bezsensu. Wszystkie te kawałki życia, dni, tygodnie, lata cierniste i jałowe, wyschnięte jak pustynia, bez cienia ochłody i cienia nadziei. Wszystkie te noce ciemne i mroźne, które wydawały się nie mieć końca i świtu.
Pamiętam wszystko.
W najciemniejsze dni powtarzałam nieustannie słowa Pawła: „nauczyłem się wystarczać sobie w warunkach, w jakich jestem”.
A jednak przeżyłam. Urosłam. Zmężniałam.
Jestem.
Sosny nie rosną w puchu, lecz na jałowej ziemi. Dojrzewają na piaskach i wśród wichrów.
Wielu z nas jest jak one. Niektórzy rosną na wydmach; są tacy, którzy wysiewają się w szczelinę skały; żywioły obnażają im korzenie, wykręcają ramiona wichury. Ale oni trwają.
Ręka, która je chroni jest przemożna, silniejsza od każdej nawałnicy, precyzyjna, szorstka i pełna niezwykłej miłości.
Wie, że drzewo nie jest kamelią i nie będzie rozwijać się w porcelanowej donicy. Nie nauczy go czekania na konewkę z wodą, lecz jak pożywić się najmniejszą kroplą rosy. Jak przeczekać noc, mróz i podnieść się spod kopyt.
Dotrwać do świtu.

Jeśli choć przez chwilę poczuliście się w środku tej historii, wiedzcie, że ta opowieść jest o Was.

pochwała rysy

Na drewnianym stole w kuchni powstała rysa.
Drewno pękło.
Od ciepła? Wilgoci?
Stół wypatrzyliśmy w sklepie z meblami holenderskimi, wśród używanych rzeczy. Lubimy przedmioty z przeszłością i duszą, która pięknieje wraz z wiekiem. Stół jest okrągły, po rozłożeniu tak duży, że mieści całą naszą rodzinkę. Do tego ma sześć krzeseł – dokładnie tyle ile nas:)
Właściwie to wypatrzył go mój mąż. Wypatrzył i… zakochał się od pierwszego wejrzenia.On tak ma. Ponoć z wypatrzeniem mnie było podobnie:)
Stół jest z litego dębu. Masywny. Ciężki i nobliwy.
– To właśnie jest urok stołu z drewna – powiedział mąż przesuwając palce wzdłuż powstałej na blacie szczeliny. W jego głosie zabrzmiała- delikatnie jak dzwoneczek- nutka pochwały.

Urok rzeczy naprawdę prawdziwych.
On nie polega na tym, że są niezniszczalne i zawsze takie same. Rzeczy prawdziwe nie muszą być zawsze gładkie i nieskazitelne, równe i błyszczące.
Wystarczy, że są prawdziwe.

Mimo szpar, pęknięć, wad i rys…
prawdziwa miłość
prawdziwe życie
prawdziwy człowiek
prawdziwe piękno
Prawda jest jak drewno i jak ono „pracuje”.
Musi nas czasem przeorać, zranić, musi nas przeobrażać.
Nie jest jak plastikowe talerze, które się na tłuką; tiulowe kwiaty, które nie więdną; botoksowe twarze, które się nie marszczą; wirtualne przyjaźnie, które nie bolą; związki bez zobowiązań; prawo bez konsekwencji, wychowanie bez wymagań…

Złudzenia prawdy.

Wczoraj przymocowaliśmy kolejne stare okiennice do naszych okien. Przetarte mocno szorstka ręką czasu, a potem naszą szlifierką.
– Jesteśmy wariaci – zaśmiał się mąż, wbijając młotkiem długi kołek w mur – wszyscy wkoło wyrzucają takie śmieci, a my je przyczepiamy.
– Jesteśmy – potwierdziłam z dołu, obsypana rudym pyłem borowanej wiertarką starej cegły. Cegły, którą moi pradziadkowie zrobili własnymi rękoma. Cegły, w której objęciach mieszkam dziś z moimi dziećmi.

Rzeczy prawdziwe mogą być kruche, ale trwają.

rodzenie kamieni

Spacerujemy po lesie. Całą rodziną.
Las pachnie nieziemsko i szumi w nieznanym nam dialekcie.
Przemierzywszy jego przestrzeń wychodzimy na skraj. Tu wzrok biegnie nieskrępowanie jak sarna po polach. Aż po horyzont. Ozimina jeży się zamaszyście na zielono.
Zastanawia tylko jedno.
Skąd tu tyle kamieni? Małych i zupełnie dużych. Znam to miejsce. Jesienią pola były gładkie. Przeczesane ludzką ręką, uprawione, zabronowane.
– Ziemia wypycha zimą kamienie na powierzchnię – tłumaczy mi mąż, syn rolnika.
– Dlaczego?
– Przez mróz. – odpowiada lakonicznie i krótko.
Ludzie wsi po prostu to wiedzą.
Zasada stara jak świat i wyryta w pamięci sentencją znaną od pokoleń : „ziemia rodzi kamienie”.
– Jeden chłopak – dodaje mąż – zrobił sobie nawet specjalną maszynę do zbierania kamieni z pola.
Tak. Teraz sobie przypominam – przy każdym polu, na każdej niemal miedzy, pod starą rosochatą gruszą zawsze leżały stosiki kamieni. Z roku na rok coraz większe i większe. Zbierał je dziad, potem ojciec, syn, wnuk… Przez lata, dekady.
Ziemia co wiosnę rodziła głazy, a oni cierpliwie i w pocie czoła je zbierali. Bez utyskiwania zbędnego. Akceptując tę cechę ziemi. Jej kamieniorodność.
Czasem zrobili z kamieni podmurówkę pod dom, wybudowali piwniczkę albo przydrożną kapliczkę. Czasem brukowali kawałek podwórka. Ten najbardziej błotnisty i uciążliwy. Sklecili cembrowinę studni, palenisko w domu. Wyrównywali nierówności drogi przez wieś. Zrobili parkan wokół cmentarza.

Ziemia rodziła im kamienie, a oni z wdzięcznością nawet to od niej przyjmowali. I oswajali polne kamienie, by służyły i ludzkie życie czyniły lepszym.

Być wdzięcznym. Także za trud i opokę życia, przez którą trzeba się mozolnie przebijać czasem.
Być pogodzonym. Także ze sobą. Z tym, że często rodzę kamienie. A najobficiej wtedy, gdy ściśnie mnie przymrozek. I muszę znieść cierpliwie i bez utyskiwania swoją grzeszność, błędność, głupotę.
Być cierpliwym. Wciąż i wciąż na nowo kamienie wybierać, znosić z pola własnego serca i umysłu.
Bóg dał nam sam maszynę do ich zbierania. Konfesjonał.

A na końcu, z czasem, kiedyś… zrozumiem także i to, że „potykałem się dobrym potykaniem”, a dla Boga nie jest niczym trudnym nawet z moich grzechów zbudować mi drogę do nieba, podmurówkę pod świętość, studnię łask, piwnicę, w której zachowa od zepsucia to co najcenniejsze – pokorę…

Z wiekiem odkrywam to coraz bardziej i wyraźniej.
Celowość mojego błądzenia.

Eureka!!!

– Pouczę się przy tobie – syn licealista układa się na łóżku obok i rozkłada podręcznik i zeszyt do matmy.
Uśmiecham się. Miło mi, gdy tak przychodzi po prostu. By być blisko.
Stukam sobie dalej spokojnie w klawiaturę.
– Wow!!! – Ależ to genialne!!! – krzyczy niespełna po minucie wertowania.
– Ludzie!!! Odkryłem to!!! – jego ekscytacja rośnie szybciej niż nasza rzeżucha:)
– Co? – pytam zaaferowana, podnosząc oczy znad laptopa – Nowe twierdzenie? Synku, szybko zapisz!! – mobilizuję wyhodowanego na własnej piersi Einsteina.
– Nie, nie nowe. Odkryłem to twierdzenie, które zapisaliśmy na początku zeszytu. Jest genialne!!! Wow!!!
Oczy syna błyszczą jakby pochylał się nad skrzynią wypełnioną złotymi monetami.
Śmieję się.
– Gratulacje synku. To też sukces. Niektórym nigdy nie udało się odkryć genialności dawno odkrytych praw – mówię.

Odkryć przenikliwą mądrość stojącą za Dziesięciorgiem przykazań.
Geniusz złotej zasady: „nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe”.
Przejrzystość Ewangelii.
Naoczność miłości, z której utkano świat.
Nieuchronność konsekwencji każdego czynu.

A wszystko jest jak pierwsze twierdzenie zapisane na pierwszej stronie zeszytu do matematyki.
Oczywiste.
I godne zachwytu.

sześcioro drzwi

Od jakichś dwóch miesięcy w naszej nowej sypialni mamy nową szafę.
Olbrzymią.
Mój mąż podzielił ją na sześć równych części. Każda z nich ma identyczne pobielane drzwi, a na drzwiach tkwią identyczne drewniane gałki.
Wszystko pięknie. Szafa jest śliczna, duża i pojemna. Taka, jaka miała być, by można w niej było ulokować dużą część szpargałów i ubrań, które od czasu przeprowadzki wciąż leżały w pudłach.
Jest tylko jeden problem.
Mimo usilnych usiłowań wciąż nie potrafię zapamiętać za którymi drzwiami co się mieści. I za każdy razem, gdy czegoś szukam, stoję przez chwilę zdezorientowana przed sześcioma identycznym drzwiami prowadzącymi do sześciu różnych królestw.
Dość często zdarza mi się chybiać celu.
Szukam torby na przykład, a po otwarciu drzwi okazuje się, że za nimi są książki i materiały potrzebne mi do pracy. Szukam własnych ubrań i prawie zawsze trafię na część, w której są ubrania mego męża.
Jest to dość frustrujące, więc na gałce najbardziej strategicznych drzwi powiesiłam materiałową różę.
Choć – przyznam – i to w chwilach roztargnienia – nie daje gwarancji sukcesu za pierwszym razem.

Siedzę sobie w wieczornym półmroku, przy mojej lampce otulonej romantycznie skrawkiem koronki i patrzę na jasny rząd drzwi. Myślę o naszych błądzeniach większych i dotkliwiej bolących niż szukanie właściwych drzwiczek mebla.
Jak się połapać czasem, że furtka, którą otwieramy jest ta właściwa?
Jak zapamiętać te, których klamek nie warto dotykać, bo przekonaliśmy się już nie raz, że za nimi pustka i trwoga?
Skąd wiedzieć które i kiedy otworzyć?

Jak być mądrym i wśród miliona na pozór identycznych dróg wybrać tę, która nie wiedzie do zguby?
Czym ją oznaczyć?
Kwiatem róży?
Własnymi łzami?

Drzwi mojej szafy nauczę się za jakiś czas. Minie miesiąc, dwa. Może pół roku.
Jak wiele czasu upłynie nim nauczę się celnie żyć?

Żmudna nauka wyborów.

przyjaciel sad

To zdjęcie, które widzicie u góry strony to mój sad.

Ten, o którym tyle Wam piszę, który jest tłem i miejscem akcji części mojego życia, moich wędrówek, moich myśli… Ten, w którym się modlę, słucham kropel deszczu, zamyślam nad biedronkami i ptasimi trelami…
To tu jest słynna ławeczka w cieniu brzozy i zakątek z małym brzozowym krzyżykiem, gdzie przychodzę z różańcem. To do niego prowadzi ścieżka upleciona ze 120 kroków. A w samym jego środku jest betonowe koryto jak z innej bajki, na którym siadam i wsłuchuję się w siąkanie Pana Poranka.
To nad tym dzikim sadem słyszę zawsze klęgor żurawi, które jak wahadło zegara odmierzają wiosny i jesienie kolejnych lat. To tutaj tropię ślady dzikich przyjaciół odbite na śniegu. I szepty Boga w moim sercu.

Ale to zdjęcie jest już stare. Sad na nim jest jeszcze małym sadem. Widać, że zapomniał już rękę człowieka, ale jabłonki wciąż rosną w przykładnych szeregach, jak je niegdyś posadził mój dziadek. Jest zarośnięty, lecz jeszcze niezupełnie dziki.
Dziś sad został zupełnie zagarnięty przemożną ręką natury. Jest w nim cały jej chaos i ład, piękno i groza, nieprzewidywalność i harmonia, niedostępność i otwartość, zadziorność i łagodność.
Wszystko, co może pomieścić sad. Wszystko co może pomieścić serce człowieka.

Nie myślę o tym sadzie jak o kawałku krajobrazu czy skrawku martwej ziemi. On jest jak żywa istota, wciąż rosnąca i rozwijająca się, towarzysząca mi w mojej drodze.
W gruncie rzeczy jest podobny do każdego z nas. Jest podobny do mnie. Tego wszystkiego, co noszę w sobie i czego żadne słowa wyrazić nie zdołają.

Bóg daje nam za przyjaciół nie tylko osoby. Podarowuje nam przyjaciół – miejsca.

Przyjaciel pomaga nam odkryć tajemnicę nas samych, złożoność naszej istoty i jej nieprzebrane bogactwo.

Odkryć w sobie delikatność przędzy pajęczej rozpostartej między gałązkami głogu…
i cierpkość owocu dzikiej róży, która sama wysiała się w sadzie…
płaczliwość mżawki spływającej po liściach…
Odkryć w sobie upojność zapachu mirabelkowych kwiatów…
i zgniłość jabłka, które opadło w trawę bez osiągnięcia dojrzałości…
Odkryć w sobie kalectwo jabłoni z obłamanym konarem…
i jej płodność jesienną na pograniczu szaleństwa…
Odkryć w sobie spod sterty słów, ten krzyk na dnie serca podobny do krzyku jastrzębia – nieziemską rozpacz i tęsknotę…
i swoją miękkość podobną podszewce liści podbiału…
Odkryć swoją agresję i żal i radość, niewinność dziecka i rozczarowania starca, ból, szaleństwo, bogactwo i biedę.

Wszystko to odkryć i przyjąć. Dotknąć. Pochylić się jak nad liściem, źdźbłem trawy, tropem zajęczym…
Tego mnie uczy mój sad.
Od dziesięciu lat.

Dlatego tak go lubię.
Takim, jaki jest.

pakowanie walizek

 

Drodzy stali goście i podczytywacze.

To już tak wiele lat minęło od czasu, gdy zaczęłam pisać bloga. Kawałek czasu, świata, mojego życia.

Tydzień temu otrzymałam wiadomość, że platforma blox zamyka przestrzeń blogową.

Mój blog niedługo zniknie. Pod koniec kwietnia.

Pakuję więc walizki, przeglądam wszystkie chwile, owijam je jak cenne pamiątki i …

… nie wiem jeszcze co zdecyduję.

Może założę nowy blog gdzieś indziej. Może przeniosę ten w inne miejsce. Może przestanę pisać.

Muszę to przemyśleć i przemodlić. Nie byłabym sobą, gdybym tak nie zrobiła. Znacie mnie trochę.

 

Cokolwiek zdecyduję, dam Wam znać zanim „garniec pełen złota” – jak wszystkie tego typu przedmioty – zamieni się w legendę.

Znalezione obrazy dla zapytania spakowana walizka

 

Za bardzo Was szanuję, by zniknąć bez słowa, po angielsku.

 

 

Rut

 

 

 

klucznik

 

 

Czytam „Dzieci z Bullerbyn” – lekturę drugoklasistów. Dzielimy się z Lalą sprawiedliwie. Ona rozdział i ja rozdział, a Nusia się przysłuchuje i zagrzewa. Sama zaś ma problemy z przełknięciem „Zemsty”.

– To nudne. – mówi – Nic z tego nie rozumiem.

– Weź sobie opracowanie w necie przeczytaj. – proponuje drogę na skróty brat.

Obie z Alą oczy wywracamy na drugą stronę ze zgorszenia.

– Nudne? – pytamy chórem –Fredro?!!

– Weź, znajdź teatr w necie. Obejrzymy z nią razem i wtedy zrozumie i łatwiej jej będzie czytać – zarządzam.

Więc oglądamy. W tej słynnej najnowszej wersji filmowej Wajdy z plejadą sławnych aktorów.

Obie z Alą zwijamy się ze śmiechu, recytujemy z pamięci najsłynniejsze smakowite zdanka.

– Mocium panie, me wezwanie…  mocium panie, w tym sposobie…

– Jeśli nie chcesz mojej zguby, krokodyla daj mi luby

A Nusia?

– Weź nie śpij!!! – gorszy się starsza siostra i kuksańca jej w bok daje.

Mimo tej niemocy, następnego dnia córka średnia jeszcze raz dzieło przeczytała i… fabułę pojęła, a nawet…

– Ciekawe to – rzekła pochlebnie, co pewnie nieco uspokoiło hrabiego Fredrę w grobie:)

Laurcię przepytuję z tabliczki do 30. Na wielkiej płachcie wypisuję słupki kolorowymi flamastrami. Żmudny proces próbuję zmienić w zabawę. I się udaje. Niechętne dziecię samo zaczyna się napraszać o przepytywanie z tabliczki.

– Lubię tabliczkę. – wyznaje

Z najstarszą przerabiam biologię do matury. Nic już nie pamiętam z tej dziedziny, ale zdrowy rozum i łeb a karku wciąż posiadam, a to nieoceniona pomoc z zgłębianiu zadań z genetyki. Kiedy tak razem ślęczymy, maturzystka, której ostatnio żagle przywiędły jakoś, nabiera rumieńców i werwy.

– Muszki owocówki  o szkarłatnych oczach z miniaturowymi skrzydłami

– Pomidor o łodydze ciemnej z włoskami

Rankiem dnia następnego budzę się z „osteoblastami” i „osteoklastami” w głowie.

🙂 🙂 🙂

 

 

 

 I tak sobie myślę, że  wzbudzanie  zapału i entuzjazmu to jeden z  największych  talentów, jakie mamy.

Bo do każdego trzeba mieć odpowiedni klucz, albo raczej – wyrażając się współcześnie – kod dostępu.

Jednego zmotywuje  pochwała, inny zareaguje, gdy na niego  krzykniesz, trzeciemu można zaproponować współpracę lub rywalizację, czwarty zbudzi się od kuksańca w bok. Są tacy, którym potrzeba kolorowego wykresu albo innego zobrazowania. Czułości. Podnoszenia porzeczki.  Poważnej rozmowy. Obrócenia czegoś w żart. Ciastka z kremem:) Marchewki na kiju:)

Trzeba iść przez życie i zbierać kolejne klucze do kolejnych osób, sprawdzać je raz po raz, by nie zardzewiały, czasem przeszlifować, bo po latach zgrzytają w zamku. Bo przecież chłopak, który 20 lat temu został moim mężem, dziś już jest inny.

Trzeba też mieć klucz najważniejszy.

Znalezione obrazy dla zapytania klucz w zamku

Klucz do samego siebie.

Bez niego nigdy nie będziesz swoim własnym przyjacielem.

 

 A jeśli go masz…

nie ma góry, której nie ruszysz z posad,

ani rzeki, która będzie zbyt głęboka,

nie ma tragedii, której nie uda się przejść,

ani nudy, której nie da się uleczyć.

 

Ja mam kilka takich sposobów na samą siebie. Gdy czeka mnie naprawdę trudny dzień, tydzień, czas, obiecuję sobie nagrodę.

Mówię: Rut, jeśli to przejdziesz…

To nie musi być nic wielkiego ani nic drogiego. Po prostu miła chwila. Jakieś małe spełnione marzenie.

Ulubiona napoleonka kupiona w cukierni. Książka. Chwila z gorącą czekoladą i ciszą. Obejrzenie starego filmu z dzieciństwa. Nasiona nowych kwiatów.

 

Działa.

Klucz zgrzyta w zamku… i drzwi uchylają się.

Znalezione obrazy dla zapytania uchylone drzwi

 

Effata.

 

 

 

 

 

60 biedronek

 

Jeden z pierwszych takich złotych dni w tym roku. Wypełniony po brzegi płynnym miodem słońca, kwileniem ptaków, wietrzyka przeczesywaniem liści, zapachem budzącej się ziemi.

Siedzę na ławeczce w sadzie, kiwającej się już ze starości i obrosłej niebieskawym płaszczem porostu o pięknej nazwie  Biedronecznik zmienny ( punctelia subrudecta), siedzę więc i sycę się całą wiosnowatością wiosny w połowie lutego. Jej kipieniem, szumieniem i wylewaniem się hojnym przez brzegi kielicha. Moje trzewiki czarne zanurzone w rudo-brązowym dywanie liści.

Znalezione obrazy dla zapytania porosty

Ławeczka jest stara, bo – jeśli pamiętacie – została zrobiona wówczas, gdy będąc w ciąży Laurką, w moich wędrówkach docierałam tylko do tej pochylonej brzózki  i potem zupełnie nie miałam siły, by zrobić choć krok jeszcze. Tak więc ławeczka jak na ławeczki i to takie wystawione cały boży rok na słońce i smaganie wiatru, bębnienie deszczu, otulanie w śnieżny puch i skuwanie mrozem, jest już naprawdę sędziwa. Ma prawo do kiwania, skrzypienia, wyglądu nie-wyjściowego i wyszczerbiania się brzegami.

Zupełnie jednak jej to nie przeszkadza, zwłaszcza w towarzystwie moich trzewików, które od łażenia po sadzie, niezależnie od pogody, też już do wyjściowych nie należą:)

I właśnie obok ich  nosków czarnych ruch się zrobił jakiś drobny i powolny. Oto spod przywiędłej kołdry zeszłorocznych liści zaczęło się gramolić coś małego i czerwonego. A obok drugie. Trzy centymetry w prawo – trzecie. I jak okiem sięgnąć nagle wiele czerwonych drobin wychynęło na świat.

Biedronki!!!

Podobny obraz

Uśmiechnęłam się.

– Droczysz się? – zapytałam.

 

Bo wyobraźcie sobie, kilka dni temu kupiliśmy Laurce 60 biedronek. Czerwonych, żółtych, różowych, seledynowych, lazurowych. Za zawrotną sumę 6 złotych.

Biedroneczki są akurat tak małe jak prawdziwe i uzbrojone w możliwość przyklejenia ich gdziekolwiek.

No i to „gdziekolwiek” nas poniosło.

Cała rodzina biegała po domu i rozklejała małe kolorowe drobinki. Biedronki oblazły lustra domowe, poręcz schodów, lampy, białe drzwi, ozdobiły zdjęcia przodków, schowały się we wszystkich kątach…  I choć za oknem było jeszcze buro i wietrznie, a łachy śniegu uparcie trzymały się cienia, u nas była już wiosna.

– Droczysz się? – zapytałam znowu – I kto tu kogo naśladuje? – zaśmiałam się w duchu.

Zmrużył oczy figlarnie.

– Ale pamiętaj Rut: nie wszystkie dni mogą być złote, inkrustowane biedronkami i śpiewem ptaków. Ciemnych dni też potrzebujesz. Może bardziej niż sądzisz. W ciemności i ciszy rodzą się rzeczy najważniejsze.

 

Pamiętam.